niedziela, 29 grudnia 2013

Święta, święta... i po świętach

No i mamy już po świętach. Prezenty rozpakowane, brzuchy najedzone- można wracać do szarej nudnej codzienności.
Chociaż nie. Wróćmy jeszcze na chwilę do świąt.
Za radą kilkorga ludzi postanowiłam spędzić te święta troszkę inaczej niż zwykle: kupiłam łańcuch i bombki i przyozdobiłam pokój, pojechałam do lasu osobiście wybierać choinkę, pogłówkowałam nad prezentami, własnoręcznie je zapakowałam, upiekłam całą stertę pierniczków i powiesiłam je na choince, śpiewałam kolędy tak, że sąsiedzi musieli zainwestować w zatyczki do uszu, spróbowałam wszystkich 12 potraw, cieszyłam się jak dziecko, rozpakowując prezenty.... I wiecie co? Było super! Uważam, że to były najlepsze święta od wielu lat! To nic, że mój prezent nie przeżył nawet pierwszej nocy. To nic, że prezent dla taty okazał się całkowicie nietrafiony. To nic, że ten karp wcale nie był zbyt smaczny.... To nic! 
Dziękuję bardzo tym, którzy podsunęli mi ten pomysł na święta! 

Ale święta się skończyły... I co teraz? Hm, teoretycznie mamy jeszcze jedno święto! Przecież Nowy Rok się zbliża. No właśnie....
Nie od dziś wiadomo, że początek nowego roku sprzyja postanowieniom. Że będę się więcej uczyć, że rzucę palenie, że nie będę wydawać tyle pieniędzy. No i staramy się - pierwszy tydzień, drugi. Co wytrwalsi dają radę przez miesiąc. A potem, wracamy do starych przyzwyczajeń. Więc czy jest sens robić jakiekolwiek postanowienia?
No właśnie jest!

Kiedyś jedna z moich nauczycielek powiedziała, że stawiamy sobie wszyscy zbyt trudne do zrealizowania postanowienia. Bo na przykład: "nie będę jeść słodyczy"- to bardzo trudne wyzwanie. Znam niewielu ludzi, którzy daliby radę wytrzymać bez chociażby jednej malutkiej czekoladki. Powstrzymują się przez te kilkanaście dni, aż w końcu "wymiękają" i są źli na siebie, że nie podołali. A nie o to chodzi w postanowieniach! Czy nie lepiej powiedzieć "Nie będę jeść białej czekolady"? (Tym bardziej, że jej nie lubię i wcale mnie do niej nie ciągnie.) I w tedy, na koniec roku, móc z czystym sumieniem powiedzieć: "Spełniłem swoje postanowienie. Przez cały rok nie zjadłem ani kosteczki białej czekolady."... Wiecie jaka to radość, wiedzieć że osiągnęło się swój cel? To nic że taki malutki.Ważne, że się udało. I dopiero, jak nauczymy się spełniać te maleńkie plany, możemy się brać za te wielkie! 

A moje postanowienia na nowy rok? 
Pierwsze mam zamiar spełnić jeszcze w starym roku. A mianowicie - przeżyć najlepszego Sylwestra w swoim życiu. Myślę, że nie będzie to trudne. Szczególnie, że będę miała przy sobie takie fajne osoby :-)

Tak więc- bierzmy się za spełnianie planów, marzeń i postanowień! Bo na prawdę warto
Powodzenia!  

sobota, 30 listopada 2013

O tym jak bardzo kocham Ślusi, Moni i Kasię

              Niedawno, świętując spóźnione urodziny M., zobowiązałam się napisać na blogu o tym, jak bardzo kocham Ślusi, Moni i Kasię. Tak więc oficjalnie to piszę! Kocham Was! I teraz mówię to na trzeźwo!
Z tego miejsca chciałabym im  podziękować za to, że są. Za to, że mogę na nich zawsze liczyć. Za to, że mnie wspierają. Za to, że można z nimi o wszystkim porozmawiać. Pośmiać się. Spędzić miło czas. Za wszystko. Dziękuję!

W ogóle tamtego wieczoru uświadomiłam sobie wiele ważnych rzeczy:
1. Mam wspaniałych przyjaciół, z którymi zawsze mogę porozmawiać
2. Moje życie jest wspaniałe, wszystko układa się w nim wspaniale: studiuję to, co chciałam, mam dobrą pracę, wspaniałego chłopaka, świetne współlokatorki, "normalną" rodzinę.
3. Aroniówka jest bardzo smaczna.
Tak więc nie mogę narzekać na swoje życie :-)  Wiem, że nie powinnam tego mówić publicznie, bo ludzie tego nie lubią.
Z jednej strony, to smutne, jacy jesteśmy zazdrośni, zawistni. Gdy tylko komuś się układa w życiu, tłumaczymy to tym, że pewnie jest oszustem. Albo "głupi ma zawsze szczęście". I przestajemy go lubić. Z reguły wolimy się przyjaźnić z ludźmi, którzy mają "gorzej" od nas. Szczerze mówiąc, nie rozumiem tego...

Kolejna rzecz, która przykuła ostatnio moją uwagę:
Chyba Paulo Coelho powiedział kiedyś, że oczy są zwierciadłem duszy.  Spróbujcie kiedyś, idąc ulicą, patrzeć ludziom w oczy. 99% z nich odwraca wzrok. Tak, jakby bali się, że w oczach wyczytamy całą prawdę o nich. To samo niestety często widzę rozmawiając ze znajomymi - strzelają oczami po kątach, patrzą na swoje paznokcie, na telefon - wszędzie byleby nie w moje oczy. Dlaczego tak bardzo się boimy patrzeć innym w oczy?


W moich głośnikach rozlega się piosenka "Last Christmas". Czyżby to znaczyło, że zbliżają się święta?... Znowu będzie Mikołaj, kolędy, ryba po grecku i barszcz z uszkami. Fajnie, tylko... jakoś z roku na rok coraz mniej czuję "magię świąt". Kiedyś już miesiąc wcześniej pisałam listy do Mikołaja, zastanawiałam się jak zrobić nowy łańcuch na choinkę, uczyłam się świątecznych piosenek, żeby móc się pochwalić przy wigilijnej kolacji. A teraz.... jest to dzień, w którym można się najeść innych potraw niż zwykle. Kiedy trzeba "pożyczyć" czegoś miłego każdemu po kolei, kto tylko wejdzie do domu. Kiedy zastanawiamy się, ile pieniędzy można wydać na prezenty, żeby było mniej więcej po równo. Kiedy idzie się na fajną Mszę o północy. Kiedy w telewizji pełno uśmiechniętych Mikołajów pijących Coca-Colę.  I tak dalej.... I pytam się Wasz wszystkich: Gdzie się podziała cała magia świąt?
Mam nadzieję, że w tym roku będzie w końcu inaczej!


czwartek, 14 listopada 2013

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy...

       Mam dzisiaj jakiś taki dzień, że wszystkim się ode mnie zbiera: dzieciom w pracy za hałasowanie, dziewczynom z mieszkania za pochlapaną podłogę. W takim razie jeszcze coś dorzucę:

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Rozmawia chłopak z dziewczyną. Dwójka studentów, poważnych, dorosłych ludzi. Wyglądali na bliskich znajomych. Chłopak- papieros między zębami, ręce w kieszeniach i jakże romantycznie prowadzi rozmowę: "No i k...., ja pier....,jaka z niej taka i owaka, bo k..... coś tam tam coś tam". Na co dziewczyna, równie romantycznie stwierdza: "No nie pier....! K...., serio?". 

Inna sytuacja. Sala wykładowa. Przy katedrze siedzi sobie pan profesor i opowiada o jakimś tam zawiłym fakcie matematycznym czy też fizycznym - nie ważne. Część studentów poświęca całą swoją uwagę telefonom, smartfonom, tabletom i innych cudom techniki, totalnie ignorując wykładowcę. Część odsypia noc spędzoną przed komputerem. Jest jeszcze jedna grupa, chyba najbardziej przyciągająca uwagę. Są to osoby, które prowadzą bardzo ambitne dyskusje, na różne bardzo ciekawe tematy. Najbardziej przykuł moją uwagę jeden temat "rozmów", a mianowicie... Siedzą sobie dwie, trzy dziewczyny, jedna obok drugiej, i przedrzeźniają profesora, dorzucają jakieś bezsensowne komentarze i wyrażają się w bardzo niewybredny sposób na temat treści wykładu.... 

Ludzie! Szanujmy siebie nawzajem!  I ich pracę również.
Czy tak trudno jest uśmiechnąć się do drugiego człowieka, potraktować go z życzliwością? 

Zawsze gdy myślę o tego typu sytuacjach, przypomina mi się dowcip:

Jedzie sobie grupka dresów tramwajem. Jeden z nich odzywa się:
- Mogliby wynaleźć jakiś proszek, żeby jak go rozpylić, to te wszystkie staruchy, co miejsce zajmują, żeby pozdychały.
Na co odzywa się jedna ze starszych pań jadących tym tramwajem:
- Spokojnie, jak ty będziesz stary, to taki proszek na pewno już wynajdą.

Jeśli nie będziemy szanować innych, dlaczego inni mieliby nas szanować?.... 

No, to tyle jeśli chodzi o narzekanie na społeczeństwo. Nie o tym chciałam pisać. 

Jest listopad. Czas zadumy nad przemijaniem i takie tam. Więc i ja coś na ten tamat się wypowiem. 

Minął już okrągły rok. Ten czas tak szybko leci... 
Przecież tak niedawno była podstawówka, bieganie po oponach na szkolnym boisku. Gimnazjum, w-f, który był najlepszym miejscem na plotki. A liceum i matura były wczoraj! Co się stało z tym czasem? Gdzie on uciekł? Kiedy? Jak? 

Bardzo lubię przeglądać zdjęcia moich rodziców z czasów, gdy byli oni jeszcze dziećmi lub nastolatkami. To przecież było tak dawno! Teraz mama jest mamą, tata tatą i trudno uwierzyć w to, że kiedyś myli tacy mali. Przecież tak bardzo się zmienili! A my... czas leci, a my się nie zmieniamy. Jesteśmy tacy sami jak na zdjęciach z dzieciństwa. Tylko troszkę więksi. Ale przecież ci sami... 
To jak to jest? Rodzice się zmieniali, a my nie? Hmmm... Smutna sprawa. Chyba jednak my też się zmieniamy. Nie chcę używać tego przykrego słowa, ale powoli to się nawet starzejemy ;) 

Zastanawiam się, czy ja się zmieniłam? No, z wyglądu może troszkę. Ale chodzi mi o coś ważniejszego. Co z  moim charakterem, zachowaniem, podejściem do wielu spraw? Czy coś się zmieniło?
Wydaje mi się, że nie. Chociaż z drugiej strony...

W gimnazjum bardzo lubiłam w-f. Plotki w trakcie rozgrzewki, później odbijanie piłki od siatki i dalsza część plotek. I tak przez 45 minut.  Pamiętam o czym najczęściej rozmawiałam z M.: o jej chłopaku, o moich miłostkach, o tej koleżance, o tamtej nauczycielce, czasem o jakimś tam sprawdzianie. I to były najważniejsze problemy: bo on się do mnie uśmiechnął, a ona to powiedziała to, a on to nie odpisał na SMSa, a ona to się ubrała tak.... W liceum były już troszkę inne tematy do rozmów. Chodziłam do pokoju 66 albo pod prysznic i rozprawiało się na temat liczb kwantowych i orbitali, Nagrody Nobla, płazińców, matury. Czasem przewinął się temat jakiegoś mniej lub bardziej interesującego chłopaka, który zachował się tak, chociaż powinien inaczej. A teraz? Najczęściej to się nie rozmawia. Na uczelni każdy siedzi wpatrzony w swojego tableta. W domu- wpatrzeni wszyscy w laptopa albo siedzą nad książkami. A jak już się zacznie rozmawiać, to coraz częściej wychodzi narzekanie na ludzi, na społeczeństwo, na politykę, na brata, chłopaka, szefa, profesora, sprzedawcę w sklepie... 
Czyli jednak coś tam się zmieniamy! 
Tylko czy na lepsze?

Minął rok. Przez ten czas dużo we mnie się zmieniło, nie wątpię. Na pewno moje podejście do wielu spraw, stosunek do otoczenia i do ludzi. I niewątpliwie On miał na to spory wpływ. To wszystko co było, było ważne. Ale teraz, jest teraz. I warto sobie to uświadomić - że już nie będziemy tacy jak dawniej. Że nie wrócą problemy jakie mieliśmy rok, dwa, trzy lata temu. Trzeba stawiać czoła nowej rzeczywistości, takiej jaka jest teraz. I nie ma co wracać zbyt często do przeszłości. Czasu nie cofniemy, nie zmienimy tego co już zrobiliśmy. Trzeba się z tym pogodzić i iść dalej. 
Teraźniejszość też dość szybko staje się przeszłością. Aby cokolwiek zrobić z sobą, ze swoim życiem, mamy tylko chwilę, pięć minut. Bo zaraz może być za późno! Dlatego moja rada na dziś: rusz się, spełnij jakieś swoje marzenie, zrób coś dla siebie. Coś, co będzie miało swoje skutki jutro, i pojutrze, i za rok... Bo ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy! Więc dbajmy właśnie o nie, i róbmy wszystko, by były jak najlepsze! 







wtorek, 15 października 2013

Student

8. Spełnione marzenie
Zrobić eksperyment chemiczny

Pierwsze zajęcia odbyły się zaledwie dwa tygodnie temu, a ja już się czuję jakbym studiowała całe życie. I przyznam szczerze - nawet mi się to podoba. Niby uczenie się, to uczenie - podstawówka, gimnazjum, liceum, studia.... co za różnica? A właśnie, że jest! I to ogromna!
Zacznijmy od tej przyjemniejszej strony:
1. Zajęć jest dziennie tylko garstka (porównywalnie jak w podstawówce)
2. Jak się nie chce, nie trzeba chodzić na zajęcia (wykładowcy sami to co chwila powtarzają)
3. Większość przedmiotów w jakimś stopniu Cię interesuje ( w końcu sam wybrałeś taki kierunek).

Ale jest jeszcze coś, co bardzo mi się podoba w studiowaniu. A dokładniej to to, co się dzieje, jak się skończy zajęcia.I nie chodzi mi tu o tak popularne studenckie imprezy! O co zatem?
O dom.

Przez 3 lata liceum mieszkałam w Najwspanialszym Miejscu Na Ziemi, czyli w Bursie. Bez rodziców, ze znajomymi- po lekcjach można robić to, na co ma się ochotę, nikt Cię nie pilnuje. Fajnie, nie? Ale to też nie do końca tak wyglądało... Bo byli wychowawcy, bo była cisza nocna. No i Bursa była wszystkich - całe kilkadziesiąt czy ileś tam osób, mogło ją nazywać swoim "domem". Ale to nie było to...
Teraz kończę zajęcia i wracam zakorkowanymi ulicami. Przejeżdżam kilka przystanków w tramwaju, w którym jedziemy jeden na drugim. Spędzam pół godziny na światłach, wraz z tłumem irytujących się ludzi. Mijam zatłumiony chodnik i wchodzę do SWOJEGO mieszkania. Niby 4 ściany, jakaś kuchnia, kawałek stołu, a jednak tak ważne miejsce. A jeszcze ważniejsi są ludzie, którzy w tym domu na mnie czekają.
(No, może nie tak dosłownie, że siedzą, spoglądają na zegarek i zastanawiają się kiedy w końcu będę). Wiem, że gdy wrócę, będę miała się do kogo odezwać, komu opowiedzieć o liczbach zespolonych, granicy funkcji czy o konstrukcji elipsy. I wiem, że usłyszę równie ciekawe sprawozdania od nich.
W moim domu rodzinnym zawsze tak było - wracałam ze szkoły, jadłam pyszny obiadek i opowiadałam mamusi co słychać w szkole. Tutaj jest tak samo, chociaż jednocześnie jest się i słuchającą mamusią, i dzieckiem, które musi się z kimś tym wszystkim podzielić.
Dlatego tu i teraz dziękuję moim wspaniałym współlokatorkom za to, że tworzą mi prawdziwie rodzinną atmosferkę w naszym wspólnym gniazdku. To naprawdę dla mnie ważne, że mam do kogo wracać do tego domu :-)

No, czyli jestem studentem, sprzątam, gotuję i jeszcze do tego pracuję. Zaczyna się prawdziwe życie. Gdzieś w tym tłoku zapomniałam, że przecież nadal mam marzenia do spełnienia. Na szczęście jednak udało mi się coś tam zrobić.

Gdzieś tam we mnie sobie żyła dusza małego chemika. I ta dusza mi powiedziała, żebym napisała, że marzę o zrobieniu eksperymentu chemicznego. Więc się posłuchałam i napisałam. Niestety długo nie miałam pomysłu, jak spełnić to marzenie. No, teoretycznie można by się włamać do chemicznego kantorka w szkole i ukraść coś ciekawego, a potem na przykład wysadzić szkołę. Żeby sobie ułatwić realizację tego niecnego planu, zapisałam się w liceum na fakultet z chemii (tak, wydało się, to był jedyny powód). Ale niestety! Pani od chemii nie pozostawiała kantorka pod naszą opieką. Co gorsza, nawet za bardzo nie pozwalała nam nic "czarować" z odczynników, nawet w jej obecności. Byłam rozczarowana! Dlatego postanowiłam coś zdziałać samodzielnie. Na szczęście internet jest pełen świetnych pomysłów! Znalazłam kilka doświadczeń, które można zrobić z odczynników, które są w domu; soda, ocet, denaturat. Przyznam, że pomimo iż były to doświadczenia dla dzieci, sprawiły mi sporo radości. Ale nie mogłam jeszcze nazwać tego spełnionym marzeniem...
Minęło kilka miesięcy. Udało mi się znaleźć pracę - robimy dla dzieci różne warsztaty i szkolenia - głównie z fizyki i.... chemii! Czyli co tydzień spełniam swoje marzenie powodując wybuchy, zmiany kolorów i inne dziwadła, i jeszcze mi za to płacą!
Takiej pracy właśnie Wam życzę - żebyście robili to, co sprawia Wam przyjemność!

poniedziałek, 23 września 2013

Motywacja

7. Spełnione marzenie
Zrobić wszystkie zadanka ze zbiorów

Zaczął się nowy rok szkolny. Ciekawe ile osób powiedziało sobie "W tym roku wezmę się za naukę.", "W tym roku będę robić wszystkie zadania na bieżąco", "W tym roku nie będę uciekać z lekcji"?... Ambitne postanowienia. Szkoda tylko, że takie same są co roku, i co roku jest taki sam efekt- czyli żaden.
Skąd się biorą problemy z dotrzymaniem takich obietnic? Bo stawiamy sobie zbyt ogólne cele!
"Będę się uczył" jest bardzo ogólnym pojęciem. No bo przecież dzisiaj nic ważnego w szkole nie było, nic pani nie zadała, a przecież mogę to zrobić jutro - i milion innych wymówek. Aby osiągnąć jakikolwiek cel, należy jasno określić co postanawiamy!
Zamiast mówić, że "będziesz się uczył", powiedz  "codziennie zrobię 5 zadań z matmy". I rób je codziennie - nie ważne czy Ci się chce czy nie. 5 zadań to tylko 5 minut roboty (no dobra, może 10 minut). Jeśli przez cały semestr uda Ci się codziennie je robić, możesz być z siebie dumny! Udało Ci się być lepszym niż 85% społeczeństwa, którzy nigdy nic nie zmienili w swoim życiu, którzy nigdy nie zrealizowali żadnego postanowienia! Może więc warto poświęcić te 5 minut? 

Ogarnięta szałem I LO kupowałam wszystkie zbiory zadań z fizyki i chemii, które napotkałam na swojej drodze. Myślałam, że przecież się przydadzą. No bo jak się dużo ćwiczy, to później jest łatwiej i takie tam. Tylko, że przez całą pierwszą klasę zbiory leżały nieotwierane. Niestety, zamknięte książki nie wpływają na poziom wiadomości. Postanowiłam, że po wakacjach zacznę ich używać! I gdyby moje postanowienie miało właśnie taką formę, to pewnie skończyłoby się na postanowieniu. Zrobiłam to troszkę inaczej - wyliczyłam, że jeśli będę robić codziennie 10 zadań, to przed końcem roku szkolnego przerobię WSZYSTKIE zadania ze zbiorów. I tak wyglądało moje postanowienie - codziennie po 10 zadanek. I robiłam- niezależnie od pogody, chęci czy jakichkolwiek innych czynników. Czasem serio mi się nie chciało, wtedy otwierałam zbiór i robiłam te zadanka totalnie "na odwal", byleby tylko były. Ale już pod koniec, jakoś przez ostatni tydzień, codziennie odliczałam ile jeszcze zadań zostało mi do końca zbioru. Bo miało się spełnić moje kolejne marzenie...

Tak więc powodzenia i liczę, że Wam też uda się w końcu "zacząć się uczyć" :-)

Hmmm, przeczytałam jeszcze raz to co napisałam i stwierdzam, że to wygląda, jakbym próbowała się pochwalić jakim to kujonem jestem. Nie, nie taki był cel tego posta.
Chciałam uświadomić Wam inną rzecz - wszystko da się zrobić, każdy cel można osiągnąć. Trzeba tylko posuwać się do przodu małymi kroczkami. I chociaż czasami może Ci się wydawać, że nie dasz rady, walcz o to, czego pragniesz. Każdy osiągnięty cel przynosi szczęście. A jeśli na osiągnięcie go potrzebowałeś dużo czasu, włożyłeś w to dużo pracy, to szczęście będzie jeszcze większe!

A teraz garstka motywacyjnych obrazków, aby w końcu ruszyć 4 litery i zacząć spełniać marzenia!



poniedziałek, 16 września 2013

Wspomnienia

6. Spełnione marzenie
Przejść 25 km na raz

W Zielonej Górze mieszkałam trzy lata, jednak przez cały ten czas ani razu nie byłam na Winobraniu tak "na prawdę". No owszem, zdarzało mi się przemknąć koło stoisk w drodze na dworzec - ale nie o to chodzi. W tym roku nadarzyła się okazja, by to zmienić.
Wybrałam się na weekend do ZG. Miałam załatwiony nocleg w Najwspanialszym Miejscu Ze Wszystkich. Wspaniale było znowu tam wrócić, nawet na tą jedną noc! Miło było zobaczyć wychowawców, przejść się po korytarzu, na którym spędziło się tylu godzin szukając internetu, a nawet wykąpać się pod zasyfionymi prysznicami. Tak, Bursa jest jednym z tych miejsc, do których zawsze się chętnie wraca.

Aby odkryć, jakie zmiany zaszły w tobie, najlepiej wrócić do miejsca, które jest takie jak kiedyś. - Nelson Mandela

Najwspanialsze Miejsce Ze Wszystkich w ogóle się nie zmieniło. Ale leżąc na łóżku i słuchając odgłosów Bursy uświadomiłam sobie, że ja się zmieniłam. Dopiero w tedy dotarło do mnie, że Bursa już nie jest moim miejscem, że jestem tu tylko gościem. Już nie będzie śpiewania i grania na gitarze na korytarzu. Nie będzie stania w kolejkach pod prysznic, omawiając pytania do sprawdzianów. Nie będzie wspólnych kolacji o 18:30, które  przeciągały się w zależności od ilości nauki.
Na szczęście pozostały wspomnienia oraz ludzie, z którymi to wszystko się robiło. Nadal więc istnieje możliwość spędzania równie cudownych chwil. Tylko.... innych!

Nie płacz, że coś się skończyło, tylko uśmiechaj się, że ci się to przytrafiło.- G. G. Marquez


Mając cały weekend dla siebie postanowiłam pocieszyć się z innych rzeczy, które mi się przytrafiły. Wraz z Nim wybrałam się na spacer poprzez wszystkie miejsca, które miały dla nas duże znaczenie - Palmiarnia, Park, Ogród Botaniczny. Wszystkie wspomnienia odżyły. Mam nadzieję, że z każdym kolejnym rokiem będę miała coraz więcej wspaniałych miejsc i miłych sytuacji do wspominania! 
No dobra, koniec rozwodzenia się nad tym, co już przeminęło! I jak to się ma do spełnionego marzenia?Z pozoru, nic. No bo przecież, na pewno nie przeszłam 25 km wspominając minione wydarzenia! 
Kilka lat temu odkryłam w sobie powołanie do Pielgrzymek. Przeszłam już ponad 2000 km na trasie Rzepin-Częstochowa, kilka setek z Rzepina do Rokitna i na innych szlakach. W tym roku udało mi się nawet namówić Jego na wędrówkę ze mną. I tak, to były najwspanialsze wakacje w moim życiu, bo udało mi się połączyć to, co najbardziej kocham, z tym, którego najbardziej kocham. 



Racja. 
Ale łączy się z tym On oraz Zielona Góra. 

Tak, kocham chodzenie. Może jest to troszkę dziwne, ale któż dzisiaj jest normalny... 
Na pielgrzymce odcinki są stosunkowo krótkie. 10 km na raz to jest maximum. A ja czułam, że jestem w stanie przejść więcej. W dodatku był luty albo marzec - pielgrzymka była bardzo dawno temu, do kolejnej też jeszcze mnóstwo czasu. Miałam wielką ochotę wyjść i nie wracać. Postanowiłam spełnić swoje marzenie i przejść 25 km na raz, bez żadnego postoju, bez niczego. Nie wiem dlaczego akurat taka liczba kilometrów. Nie ważne. Usiadłam przed komputerem i rozpisałam sobie trasę dookoła Zielonej Góry, obliczając kilometry. Spisałam sobie, którędy iść, założyłam grubą kurtkę, wygodne buty i ruszyłam w trasę. Było .... fajnie. Szłam, i szłam i szłam. Nie była to żadna szczególna trasa - jakaś obwodnica, totalne bezludzia, troszkę lasu. W dodatku było strasznie zimno. Ale szłam dalej. Szczerze mówiąc, to nawet troszkę się nudziłam. Nie pamiętam za bardzo, o czym w tedy myślałam, jak mi się szło. Pamiętam tylko, że jak skończyłam, wróciłam do Bursy, to położyłam się na łóżku, zamknęłam oczy i pomyślałam "udało się". I dopiero w tedy zaczęłam się z tego cieszyć. Nie było to to samo co pielgrzymka, ale spełnienie marzenia wywołało u mnie spory wybuch pozytywnych emocji - nawet pomimo tego, że w trakcie spełniania marzenia nie czułam nic szczególnego.

Dlatego nie rezygnuj z żadnego marzenia, nawet jeśli wydaje Ci się, że to już jest nieistotne!  

sobota, 7 września 2013

Przypalona woda

5. Spełnione marzenie
Upiec ciasto

Wczorajszy dzień był niesamowity! Byłam w gimnazjum, spotkać się z nauczycielami, których nie widziałam od ponad dwóch lat. Miło jest, gdy przyjeżdżasz gdzieś, gdzie wszyscy Cię pamiętają, uśmiechają się na Twój widok, poświęcają swoją przerwę, żeby porozmawiać z Tobą parę minut. Bardzo mnie to dowartościowało. No i stwierdziłam, że dobrze jest mieć takie miejsce, do którego można wrócić.
Niestety przez tą wycieczkę zmarnowałam sporo czasu i nie zdążyłam zrobić porządnego obiadu. Musiałam wynaleźć coś na szybko. I właśnie to mi przypomniało o innym moim spełnionym marzeniu....

Do robienia czegokolwiek w kuchni miałam zawsze dwie lewe ręce. Mama się śmiała, że nawet wodę potrafię przypalić. W każdym bądź razie, szczytem moich zdolności były kanapki, które i tak nigdy nie były zbyt smaczne. W minione wakacje postanowiłam jednak wziąć się za gotowanie. W sumie to za dużego wyboru nie miałam, bo mama w pracy, a coś jeść trzeba. Zaczynałam od prostych rzeczy - ziemniaczki, mizeria. To, czego nie da się zepsuć. A jednak! Ziemniaki w większości lądowały w misce psa, bo były albo tak przesolone, że nie dało się ich jeść, albo przypalone na kształt małych czarnych kamyczków. Ale nie poddawałam się. Z każdym kolejnym dniem moje obiadki nadawały się coraz bardziej do spożycia. Pod koniec wakacji niektóre nawet bywały dobre!
Jednak obiad nigdy nie był szczytem moich marzeń. Mi się marzyło umieć upiec ciasto! Długo się jednak wzbraniałam przed tym, mając w pamięci historię z bezami. A było to mniej więcej tak:

Moja siostra w kuchni odnajduje się dużo lepiej ode mnie. Często coś tam pichci. Któregoś dnia naszła nas ochota na bezy. Siostra znalazła przepis i wzięłyśmy się do roboty. (tak, tak, postanowiłam jej pomóc, żeby było szybciej). Zrobiłyśmy to śmieszne "ciasto", które wylewa się na blaszkę, porozkładałyśmy malutkie placuszki i wstawiłyśmy do piekarnika. Beze pieką się strasznie długo, więc postanowiłyśmy, że włączymy sobie film, a z jakąś godzinkę zejdziemy sprawdzić, czy z bezami wszystko ok. Po około pół godzinie filmu siostra stwierdziła, że musi zejść na dół po coś do picia. Otworzyła drzwi i..... i na korytarzu zobaczyłyśmy kłęby dymy! Nie jakaś tam strużka - w całym domu było siwo tak, że nie było widać końca wyciągniętej przed siebie ręki! Spanikowane zbiegłyśmy na dół. Okazało się, że piekarnik był ustawiony na maxa, pomimo że do bezów ustawia się go na najniższą temperaturę. Z małych białych pacek, zostały nam małe czarne packi. Do tego cały dom przesiąknięty dymem. Kilka godzin wietrzenia niewiele pomogło. Od tamtej pory postanowiłam nie zbliżać się do piekarnika. 

W ostatnie dni wakacji miał nastąpić przełom. Przeszukałam maminą książkę kucharską w poszukiwaniu ciasta, którego nie da się zepsuć. Znalazłam coś w stylu tzw. Murzynka. Kilkanaście razy sprawdzałam każde zdanie w przepisie, czy aby czegoś nie pomyliłam. Gdy wsadziłam ciasto do piekarnika, cały czas siedziałam przed szybką, patrząc jak rośnie, i czy aby się nie pali. W końcu ciasto się upiekło! I nawet wyszło - skromnie mówiąc - bardzo dobre! Całą blaszkę zjedliśmy na raz!
Byłam bardzo szczęśliwa, że mi się udało. Miło było słyszeć słowa pochwały ze strony bliskich. Tak więc jak widzicie, nawet najbanalniejsze spełnione marzenie może sprawić wielką radość!

No i od tej pory zniknął mój strach przed piekarnikami ;-)

Pamiętacie tą piosenkę? :D

czwartek, 5 września 2013

Nałogowiec

3. Spełnione marzenie
Przeżyć dzień bez internetu
4. Spełnione marzenie
Przeżyć weekend bez internetu

Ostatnie dni wakacji... Pogoda nie sprzyja długim spacerem, wycieczkom czy pływaniu po jeziorze kajakiem. Co mi zostaje innego do roboty? Komputer! Oglądam filmy, które ani trochę mnie nie bawią, przeglądam strony, które mnie nie interesują i gram w gry, które mnie nie bawią. I pomimo, że to nudzi, siedzę przed monitorem, gapiąc się jak ciele w malowane wrota. Najgorsze jest to, że bardzo dużo osób tak robi. A nawet gorzej- znam ludzi, którzy nie znają innego świata, poza tym komputerowym. To już jest uzależnienie. I niestety dotyka to coraz większej małych dzieci. Jak wygląda dzień uzależnionego od komputera?
Wstajesz, sprawdzasz co się wydarzyła w każdej grze, sprawdzasz facebooka, naszą klasę, dziesięć kont pocztowych i miliard innych stron. Śniadanie jesz nie odrywając wzroku od monitora. W szkole myślisz tylko o tym, co napisać na forum, jak ten czy tamta odpisze na twojego posta. Wracasz ze szkoły, spożywasz obiad, sprawdzając jednocześnie co wydarzyło się w grze i na wszystkich forach, podczas gdy ty marnowałeś czas w szkole. Popołudnie możesz spędzić dla odmiany.... przed komputerem! Nawet noc nie jest spokojna, bo przecież o 4:30 kończy się misja, którą zadałeś swojemu żołnierzowi i musisz szybko ustawić kolejną, żeby nie marnować czasu!
Określenie "no-life" jest jak najbardziej pasujące do ludzi uzależnionych od komputera - dla nich najlepszymi przyjaciółmi są ci poznani w sieci. Kontakty w szkole czy na podwórku nie są tak istotne. No i w internecie znajomości nawiązuje się dużo łatwiej. Zawsze możesz zagadać. Jeśli osoba cię wyśmieje, to po prostu przestaniesz pisać. Ewentualnie powiesz, że młodszy brat ci się włamał na konto i to pisał. A jak łatwo się zakochać przez internet! Przez wiadomości nie widać większości wad. A w dobie "fotoszopa" nawet z największego potwora można zrobić księcia z bajki. W internecie jesteśmy również bardziej otwarci - mówimy o swoich problemach, obawach. Czujemy się anonimowi, więc mówimy wszystko, co nas boli. W realnym świecie rzadko mamy na to odwagę. Jest to kolejny powód dla którego wielu młodych ludzi wybiera świat wirtualny od rzeczywistego - jest dużo prostszy!
Nasuwa się pytanie - skąd tak dobrze znam świat nałogowych komputerowców?
Odpowiedź jest prosta. Przez wiele miesięcy należałam do tego grona. Dzisiaj, gdy udało mi się z tym zerwać, mogę potwierdzić, że jest to bardzo niebezpieczny nałóg. Odbija się nie tylko na zdrowiu fizycznym, ale i psychicznym. Właśnie stąd się bierze aspołeczność, nieumiejętność radzenia sobie w rzeczywistych sytuacjach....

Gdy dotarło do mnie, że to już jest uzależnienie, zaczęłam z tym walczyć. Najpierw ograniczałam się do 5h przy komputerze dziennie. Z każdym kolejnym tygodniem, zmniejszałam ten czas o kolejną godzinę. Aż nadszedł ten czas, kiedy stwierdziłam, że mogę wytrzymać bez komputera cały dzień. Specjalnie rozpisałam plan dnia tak, żeby cały czas mieć coś do zrobienia, żeby się nie nudzić. I udało mi się. Wtedy poczułam, że ten problem już mnie nie dotyczy. Nie wiem, czy jesteście w stanie sobie wyobrazić co to za uczucie, mieć świadomość, że udało się wygrać z nałogiem. Jest to coś wspaniałego! Trudniejsze był powrót do ludzi. Przez komputer straciłam wielu przyjaciół. Podczas gdy oni chodzili na ogniska, pierwsze imprezy, zakochiwali się - ja siedziałam przed komputerem. Nigdy do nich nie należałam, więc gdy odeszłam od komputera, też nie mogłam liczyć na liczne zaproszenia do wspólnej zabawy. Jednak przyszło liceum, nowi ludzi, tabula rasa.... Udało mi się znaleźć nowych przyjaciół, nowe zajęcia, trochę się ucywilizować. Zerwałam ze wszystkimi internetowi znajomościami, usunęłam wszystkie konta w grach i na forach, przyznałam się do tego, że tak na prawdę nie jestem przystojnym 19-latkiem...

Z tego wszystkiego był tylko jeden plus. Odkryłam swoją miłość do języków obcych. Poświęcałam godziny na rozmowy z Anglikami, Hiszpanami, Turkami i Brazylijczykami. Starałam się do każdego pisać w jego rodzinnym języku. Oczywiście pomagał mi translator, ale spędzając tyle godzin  na pisaniu, wiele zwrotów nauczyłam się na pamięć. :-)


Zawsze, gdy siadam przy komputerze, przypominam sobie jak to było wcześniej. I jestem naprawdę szczęśliwa z tego, że teraz jest inaczej!



środa, 4 września 2013

A jednak Wrocław

2. Spełnione marzenie
Dowiedzieć się co studiować.

Przeczytanie tego właśnie wpisu na blogu Pewnej Znajomej Z Bursy przypomniało mi, jak to się stało, że wybrałam taki a nie inny kierunek studiów. Jest to historia idealnie potwierdzająca tezę, że "nic nie dzieje się przez przypadek". Posłuchajcie....

Od samego początku liceum nie mogłam zdecydować się na to, którą ścieżkę kariery wybrać. Poszłam do klasy humanistycznej z myślą, że może zostanę prawnikiem. Jednak już po kilku tygodniach przekonałam się, że mogę być każdym, byleby nie prawnikiem! Na lekcjach WOSu nie dało się wysiedzieć, na historii podobnie. W dodatku kiepski był ze mnie humanista - pierwszą próbną maturę z polskiego oblałam, nie uzyskawszy nawet marnych 30%. Trzeba było szybko zmienić plany. Okazało się, że lekcje fizyki są całkiem przyjemne. Ale jak? Ja? Fizyka? Nie ma mowy! Pierwsza klasa zleciała bardzo szybko. Trzeba było wybrać fakultety. I jakoś tak mi się wymyśliło i nie mogłam się zdecydować, które dwa przedmioty spośród fizyki, chemii, biologii i matematyki wybrać. Moja wizja - pójdę na medycynę. Taaaak..... Miesiąc na fakultecie z biologii uświadomił mi,że jednak nie nadaję się na lekarza. I co teraz? Zostałam bez pomysłu na studia!

Od kiedy pamiętam szlajał się po lekarzach z różnymi mniej lub bardziej poważnymi chorobami. W liceum byłam na etapie badania "niewielkich zmian tkanki kostnej". Podejrzewano różne straszny choroby, więc jeździłam to na rezonans, to na scyntygrafię, RTG, tomografię - trochę tego było. I muszę przyznać, podobało mi się! Nie to, żebym była hipochondrykiem, który czuje się szczęśliwy gdy ma zrobiony komplet badań! Po prostu zafascynowały mnie te wszystkie wynalazki, które za pomocą niewidzialnych przecież promieni, mogą prześwietlić człowieka na wylot, pokazać tylko część jego narządów albo stwierdzić, co cię boli. To było niesamowite!
Po jednym z badań (chyba właśnie po scyntygrafii) dostałam karteczkę z wynikami badania, na której była pieczątka: "Ktoś JakiśTam - fizyk medyczny". Fizyk medyczny? Kto to jest?! Pierwszy raz o czymś takim słyszę! I z pomocą nadszedł mi Wujek Google. Przeczytałam czym taki ktoś się zajmuję i znalazłam kierunek bardzo podobny do fizyki medycznej, a mianowicie: inżynieria biomedyczna!

Tadam! I tak właśnie, dzięki "niewielkim zmianom tkanki kostnej" spełniłam swoje marzenie i dowiedziałam się, co właściwie chcę studiować :-)
Już niedługo okaże się, czy był to właściwy wybór. Jak na razie bardzo się cieszę  z tego, że udało mi się dostać, ponieważ próg był bardzo wysoki! Tak więc, może, będę inżynierem.....

wtorek, 3 września 2013

Jag älskar dig!

1. Spełnione marzenie
Mieć najwspanialszego na świecie chłopaka.

 Niektóre marzenia spełniają się niezależnie od nas, nie mamy na nie wpływu. Można próbować dopomóc szczęściu, ale jeśli to ma się wydarzyć, to wydarzy się i bez naszej pomocy!

Niby nadal trwają wakacje, ale pogoda na to nie wskazuje. Nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić, postanowiłam obejrzeć jakiś film. Nie miałam ochoty na kiepskie pseudo komedie, które raczej żenują, niż bawią. Postanowiłam obejrzeć coś z "klasyki" kina, a mianowicie.... "Dirty dancing".

Nie wiem, jak to się stało, że wcześniej tego filmu nie widziałam! Ale wywarł na mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie. Fabuła filmu jest banalna. Dziewczyna przyjeżdża na wakacje, spotyka chłopaka, który świetnie tańczy, zakochują się w sobie... W międzyczasie sprzeciw rodziców, a na koniec happy end. Proste, a mimo to chwytliwe. Dlaczego większość filmów ma właśnie tego typu strukturę? Bo to się sprzedaje! W końcu większość dziewczyn marzy o wakacyjnej miłości, która okaże się Tą Jedyną. Albo o królewiczu na białym koniu, który uczyni nas swoją królową. Albo o.... Nie ważne! Każda marzy o jakimś wspaniałym facecie, który wejdzie w jej życie i nie będzie chciał z niego wyjść.

Ja również miałam takie marzenie. W myśl swojego planu, postanowiłam robić wszystko, żeby go znaleźć. Uśmiechałam się do przystojniaków w autobusie, pisałam na fb wiadomości do fajnych kolegów z klasy, wykorzystywałam każdą okazję, by pobyć w towarzystwie jakiś chłopaków. I wiecie co?... Nie przynosiło to żadnych efektów! Fakt, czasem zdarzały się miłe rozmowy, nawet jakieś flirty. Ale to ciągle nie było TO! Po miesiącach poszukiwań, zrezygnowałam. Stwierdziłam, że przecież mam przyjaciółki, z którymi mogę spędzać czas równie dobrze jak z chłopakiem. Mogę im wszystko powiedzieć. Wesprą mnie, gdy tego będę potrzebować. Można się z nimi dobrze bawić. (Korzystając z okazji, chciałabym serdecznie im podziękować!) Więc po co mi chłopak! Zaczęłam poświęcać im wolny czas i.... I wtedy poznałam jego! Okazało się, że miłości nie należy szukać na siłę. Przyjdzie do nas, gdy będziemy się tego najmniej spodziewać. I z najmniej oczekiwanej strony. Tak więc przestańcie się rozglądać. Zacznijcie robić to, co lubicie, a na pewno w końcu spotkacie Tą Jedyną Wymarzoną Osobę, Która Odmieni Wasze Życie!

Nig­dzie nie ku­pisz szczęścia, miłość da­je je gratis.  - Phil Bosmans

Nie muszę chyba tłumaczyć, jak spełnienie tego marzenia wpłynęło na moje poczucie szczęścia. Nigdy nie wierzyłam w historie o motylkach w brzuchu, miłości od pierwszego wejrzenia i inne brednie, które wciskają nam disneyowskie filmy. Okazuje się jednak, że troszkę prawdy w tym wszystkim jest - gdy masz przy sobie Tą Jedyną Wymarzoną Osobę, cały świat nabiera barw, staje się bardziej wyrazisty i łatwiej jest cieszyć się z prostych rzeczy.
Dziękuję Ci za to, że pomogłeś mi odnaleźć Szczęście i spełnić jedno z moich marzeń! 

Ludziom, którzy nie znaleźli jeszcze swojej Drugiej Połowy, nie wiedzą jak się zabrać do poszukiwań lub chcą się upewnić czy "to jest TO", polecam przeczytać książkę Paulo Coelho "Brida".
Książkę do pobrania znajdziesz np. tutaj!

Jeśli czytałeś/łaś tą książkę, daj znać co o niej sądzisz! Mnie zafascynowała. Uświadomiła mi, że:
1. Nigdy nie rezygnuj z podążania z tym, co pragniesz. Nie rezygnuj z marzeń!
2. To, że czasami błądzimy, ma swój cel. Już wkrótce przekonasz się jaki. Nic nie dzieje się przez przypadek!
3. Na każdego z nas czeka gdzieś Druga Połówka.
4. Jeśli podejmujesz jakąś decyzję, to znaczy że jest ona najlepszą, jaką tylko mogłeś podjąć. I nie zmieniaj jej, tylko ze względu na chwilowe niepowodzenia!

Jeśli wątpisz w któryś z tych punktów, koniecznie przeczytaj "Bridę"! Przekonasz się, że mam rację.







Są rzeczy, o których marzy każda kobieta, niezależnie od wieku, rasy czy płci ;-)
Co jeszcze byście dodali do tej listy marzeń "uniwersalnych"?
A o czym marzy każdy facet?



poniedziałek, 2 września 2013

No to zaczynamy!

Jak współczuję tym wszystkim, którym wakacje właśnie się skończyły. Na szczęście należę do tej grupy osób, które jeszcze przez miesiąc będą się obijać :-)
Postanowiłam te ostatnie tygodnie wolnego spędzić robiąc coś dla siebie. A co, należy mi się, za te 3 lata harówki w liceum! Tylko... co to znaczy "robić coś dla siebie"? Podpowiem, że ma to coś wspólnego z czekoladą, całowaniem i graniem na komputerze. Ale może po kolei...

Kto nie chce być szczęśliwy? Hmmm.... Raczej większość dąży do tego, żeby raczej odczuwać jakieś szczęście. Może być ono różnie rozumiane, ale cel jest ten sam - żeby nam było dobrze. Postanowiłam te ostatnie dni spędzić właśnie na byciu szczęśliwą! Tylko jak to zrobić?....
Najpierw przeczytałam mnóstwo blogów, forum i mądrych stron psychologów, gdzie znalazłam porady nt. "jak znaleźć szczęście". Szczerze mówiąc, większość z tych stron to totalny kicz... Ale nie ważne. Zrozumiałam jedno - żeby być szczęśliwym, należy samemu sobie zdefiniować, czym jest szczęście. I nie chodzi mi o mądrą formułkę typu: "Jest to stan fizyczno-emocjonalny, w którym nasz poziom endorfiny jest bardzo wysoki bla bla bla". Chodzi o coś bardziej osobistego, np. "Jestem szczęśliwy, gdy mogę chodzić po górach". Oczywiście powodów naszej szczęśliwości może być dużo. I w sumie nawet im więcej, tym lepiej! 

Na mój plan natchnęła mnie Pewna Znajoma Z Bursy. Kiedyś zauważyłam w jej pokoju małe karteczki, przyklejone na desce nad łóżkiem. Były to wydrukowane obrazki z napisanymi marzeniami do spełnienia. Nie wnikam, czy to były jej prywatne marzenia, czy przywłaszczone z kwejka albo innych bestów - nie ważne. Chodzi o ideę. Stwierdziłam, że to całkiem niezły pomysł - spisać swoje marzenia. A jeszcze lepszy - zacząć je realizować. 
Moja lista ma w tym momencie niecałe 50 pkt, chociaż stale się rozrasta. Niektóre marzenia są banalne, inne wręcz niemożliwe do zrealizowania. Ale to nieistotne. Chodzi o coś innego...

Na pewno nie raz próbowałeś/łaś znaleźć jakąś drogę, która pozwoli Ci być szczęśliwym. Jeśli tak, to proponuję Ci, abyś wykorzystał/a moją metodę. Spisz swoje marzenia na kartce i zacznij je spełniać, jedno po drugim. Zobaczysz jaką radość daje skreślanie kolejnych pozycji! 
Musisz jednak regularnie dopisywać nowe punkty, ponieważ szczęście nie polega na szczęściu, ale na jego osiąganiu. 

" Szczęście nie jest stacją do której przyjeżdżasz, lecz sposobem podróżowania."


Kolejna istotna rzecz - dziel się z bliskimi swoimi osiągnięciami! Jeśli marzysz o locie balonem, poproś przyjaciółkę, by wybrała się z Tobą. Jeśli nie masz na tyle szalonych znajomych, rób zdjęcia i pokazuj je wszystkim na około - żeby Ci pozazdrościli! No i żeby sami zaczęli zmieniać swoje życie. Możesz również dzielić się swoimi marzeniami ze mną w komentarzach - chętnie poczytam o ludziach, którzy odważyli się sięgnąć po szczęście! 

I tu wracamy do początku mojej paplaniny - co mają z tym wszystkim wspólnego czekolada, całowanie i gry komputerowe? 
Wiadomo nie od dziś, że jedzenie czekolady może korzystnie wpłynąć na nasze samopoczucie (aż do momentu spojrzenia na wagę). Podobnie pocałunki. Te dwie "używki" powodują w naszym organizmie wzrost tzw. hormonów szczęścia. Nie bójmy się szukać innych sposobów na odczuwanie przyjemności. Bo to właśnie te drobne przyjemnostki składają się na szczęście! 
Jeśli mogę tylko coś podpowiedzieć.... Okazuje się, że pieniądze szczęścia nie dają! Doznania i przeżycia w 99% przypadków wywołują więcej szczęścia, niż dobra materialne (coś takiego przeczytałam w jednym z artykułów i sprawdziłam). I to jest dobra wiadomość! Nie musisz tracić fortuny. Chociaż oczywiście jakieś czysto materialne marzenie też Ci nie zaszkodzi....

Na początku miałam spory problem z napisaniem własnej listy marzeń. Niektóre wydawały mi się głupie, inne mało ambitne. Ale pisałam wszystkie. Po ich spełnieniu zauważyłam, że nie każde przyniosło mi taką samą radość. Ale każde sprawiało, że czułam się troszkę lepiej. Dlatego nie bój się pisać nawet głupich marzeń, jak np.... no nie wiem.... zrobić obiad, który będzie się dało zjeść.

"Sztuka życia - to cieszyć się małym szczęściem" Phil Bosmans

Jeśli nie masz pomysłów na to, co może sprawić Ci przyjemność, polecam odnaleźć w internecie (jest dostępny m.in. na torrentach) focusa extra, nr 5/2012.( Możesz się również zgłosić do mnie, to go udostępnię.)
  Znajdziesz tam niesamowite informacje oraz wiele ciekawostek, np. dlaczego kochamy desery, czy bogacze są szczęśliwi, czy ból jest przyjemny lub dlaczego tak bardzo ludzie lubią seks ;-)

Dobra, koniec mojego pisania. Ułóż swoją listę i zaczynamy spełniać marzenia!



A oto lista marzeń, które jeszcze muszę spełnić:

* Ważyć 49 kg!
* Skonstruować maszynkę do czytania! (Nie pytajcie co to jest ;) )
* Przygotować jeszcze jeden pokaz iluzjonistyczny
* Zobaczyć wszystkie Parki Narodowe w Polsce
* Wybrać się na obóz wędrowny
* Zbudować coś z zapałek, a następnie to podpalić (buahahaha! <złowieszczy śmiech>)
* Kupić samochód
* Zrobić spacer po Lubieniu
* Dostać Nagrodę Nobla
* Wzbić się w powietrze
* Wspiąć się na ściance wspinaczkowej
* Zjeść romantyczną kolację przy świecach
* Pojechać na samodzielnie zaplanowaną wycieczkę zagraniczną
* Spędzić noc w namiocie (początkowo brzmiało to "przespać się w namiocie", ale jakoś tak nasuwało mi skojarzenia.....)
* Całować się w deszczu (tak a propos przespania się....)
* Zjeść sernik z truskawkami
* Zwiedzić wszystkie zabytki Wrocławia
* Zagrać piosenkę na gitarze
* Napić się likieru kokosowego
* Wziąć udział w spływie kajakowym
* Pójść do wesołego miasteczka
* Pójść do zoo
* Pójść do cyrku
* Zrobić misia pluszowego
* Porozmawiać z kimś sławnym
* Zagrać w paintball'a
* Przetańczyć całą noc