8. Spełnione marzenie
Zrobić eksperyment chemiczny
Pierwsze zajęcia odbyły się zaledwie dwa tygodnie temu, a ja już się czuję jakbym studiowała całe życie. I przyznam szczerze - nawet mi się to podoba. Niby uczenie się, to uczenie - podstawówka, gimnazjum, liceum, studia.... co za różnica? A właśnie, że jest! I to ogromna!
Zacznijmy od tej przyjemniejszej strony:
1. Zajęć jest dziennie tylko garstka (porównywalnie jak w podstawówce)
2. Jak się nie chce, nie trzeba chodzić na zajęcia (wykładowcy sami to co chwila powtarzają)
3. Większość przedmiotów w jakimś stopniu Cię interesuje ( w końcu sam wybrałeś taki kierunek).
Ale jest jeszcze coś, co bardzo mi się podoba w studiowaniu. A dokładniej to to, co się dzieje, jak się skończy zajęcia.I nie chodzi mi tu o tak popularne studenckie imprezy! O co zatem?
O dom.
Przez 3 lata liceum mieszkałam w Najwspanialszym Miejscu Na Ziemi, czyli w Bursie. Bez rodziców, ze znajomymi- po lekcjach można robić to, na co ma się ochotę, nikt Cię nie pilnuje. Fajnie, nie? Ale to też nie do końca tak wyglądało... Bo byli wychowawcy, bo była cisza nocna. No i Bursa była wszystkich - całe kilkadziesiąt czy ileś tam osób, mogło ją nazywać swoim "domem". Ale to nie było to...
Teraz kończę zajęcia i wracam zakorkowanymi ulicami. Przejeżdżam kilka przystanków w tramwaju, w którym jedziemy jeden na drugim. Spędzam pół godziny na światłach, wraz z tłumem irytujących się ludzi. Mijam zatłumiony chodnik i wchodzę do SWOJEGO mieszkania. Niby 4 ściany, jakaś kuchnia, kawałek stołu, a jednak tak ważne miejsce. A jeszcze ważniejsi są ludzie, którzy w tym domu na mnie czekają.
(No, może nie tak dosłownie, że siedzą, spoglądają na zegarek i zastanawiają się kiedy w końcu będę). Wiem, że gdy wrócę, będę miała się do kogo odezwać, komu opowiedzieć o liczbach zespolonych, granicy funkcji czy o konstrukcji elipsy. I wiem, że usłyszę równie ciekawe sprawozdania od nich.
W moim domu rodzinnym zawsze tak było - wracałam ze szkoły, jadłam pyszny obiadek i opowiadałam mamusi co słychać w szkole. Tutaj jest tak samo, chociaż jednocześnie jest się i słuchającą mamusią, i dzieckiem, które musi się z kimś tym wszystkim podzielić.
Dlatego tu i teraz dziękuję moim wspaniałym współlokatorkom za to, że tworzą mi prawdziwie rodzinną atmosferkę w naszym wspólnym gniazdku. To naprawdę dla mnie ważne, że mam do kogo wracać do tego domu :-)
No, czyli jestem studentem, sprzątam, gotuję i jeszcze do tego pracuję. Zaczyna się prawdziwe życie. Gdzieś w tym tłoku zapomniałam, że przecież nadal mam marzenia do spełnienia. Na szczęście jednak udało mi się coś tam zrobić.
Gdzieś tam we mnie sobie żyła dusza małego chemika. I ta dusza mi powiedziała, żebym napisała, że marzę o zrobieniu eksperymentu chemicznego. Więc się posłuchałam i napisałam. Niestety długo nie miałam pomysłu, jak spełnić to marzenie. No, teoretycznie można by się włamać do chemicznego kantorka w szkole i ukraść coś ciekawego, a potem na przykład wysadzić szkołę. Żeby sobie ułatwić realizację tego niecnego planu, zapisałam się w liceum na fakultet z chemii (tak, wydało się, to był jedyny powód). Ale niestety! Pani od chemii nie pozostawiała kantorka pod naszą opieką. Co gorsza, nawet za bardzo nie pozwalała nam nic "czarować" z odczynników, nawet w jej obecności. Byłam rozczarowana! Dlatego postanowiłam coś zdziałać samodzielnie. Na szczęście internet jest pełen świetnych pomysłów! Znalazłam kilka doświadczeń, które można zrobić z odczynników, które są w domu; soda, ocet, denaturat. Przyznam, że pomimo iż były to doświadczenia dla dzieci, sprawiły mi sporo radości. Ale nie mogłam jeszcze nazwać tego spełnionym marzeniem...
Minęło kilka miesięcy. Udało mi się znaleźć pracę - robimy dla dzieci różne warsztaty i szkolenia - głównie z fizyki i.... chemii! Czyli co tydzień spełniam swoje marzenie powodując wybuchy, zmiany kolorów i inne dziwadła, i jeszcze mi za to płacą!
Takiej pracy właśnie Wam życzę - żebyście robili to, co sprawia Wam przyjemność!