Większość z Was została już zaspamowana zaproszeniami do polubienia strony. Mojej strony. Część osób pewnie kliknęła bez zastanowienia, bo klika wszystko co inni wysyłają. Inna grupa (stanowiąca większość, bo aż 200 z 250 moich znajomych) zaproszenie zignorowała. Kolejni polajkowali, bo z czymś im się ta nazwa skojarzyła. Ale trzy osoby napisały do mnie z pytaniami: a co to za strona, a po co, a czemu... Ta trójka już wie. Reszcie spieszę z wyjaśnieniami, może wtedy ktoś jeszcze polajkuje!
Już jakiś czas temu zauważyłam, że moja wszelaka aktywność żywi się lajkami. Im więcej było polubień mojego posta, tym bardziej chciało mi się pisać kolejne. A brak odezwy ze strony ludu oznaczał brak weny do pisania.
Długo zastanawiałam się, dlaczego ludzie nie czytają moich postów. Pomysłów było kilka:
- Może to dlatego, że ich nie interesuje moje życie prywatne?
Nieeeeeeee, to na pewno nie to.
- Może te posty są dla nich za długie?
Być może, ale też nie jestem pewna. Przecież czasem wychodzą ciutkę krótsze...
- To może dlatego, że nie wszyscy jeszcze wiedzą o moim blogu?
Tak, to jest sensowne wytłumaczenie! Postanowiłam więc założyć fan-page mojego bloga, gdzie będę stosować techniki marketingu proponowane przez mistrzów "zarabiania w sieci bez wychodzenia z domu", dzięki czemu moja strona zyska na popularności. Dzięki temu z kolei będzie więcej lajków, a ja będę szczęśliwsza.
Albo postanowiłam zostać Januszem biznesu: zdobędę tysiące lajków, później zrobię taki myczek, żeby firmy płaciły mi za umieszczanie reklam na swoim blogu i zostanę milionerką robiąc to, co kocham robić, czyli pisząc posty na bloga.
Albo po prostu lubię fajne cytaty i robienie mini-graficzek polegających na wklejeniu cytatu w obrazek, a kończy mi się miejsce na ścianie, gdzie mogłabym je naklejać, więc niech będą w sieci.
Trudno powiedzieć, który powód jest prawdziwy, możesz sobie któryś wybrać.
Tak więc jeśli ktoś jeszcze chce dać mi mojego lajka, to może to zrobić tutaj: https://www.facebook.com/lendross/
Dobra, to tyle jeśli chodzi o żebranie lajków. Wypadałoby napisać coś mądrego, co by popularność nie spadała. Problem jest taki, że mimo moich usilnych nawoływań do ruszenia się z domu, do zmiany swojego życia, do odkrywania pasji.... jedyne co osiągnęłam to dwupiętrowy dom z najdroższą lodówką (oczywiście w grze The Sims).
Jeśli chodzi o wzbijanie się na szczyty swoich możliwości, to ostatnio byłam na Ślęży. Trzeci raz w życiu. Do tej pory byłam tam tylko w nocy, dochodząc tam z Wrocławia na pieszo. Tym razem za dnia, w dodatku podjeżdżając prawie pod szczyt autem - do przejścia pozostała raptem godzinka, i to najłatwiejszym szlakiem. Pewnie sobie pomyślicie, że strasznie obniżyłam sobie wymagania i spadam na dno... Otóż, nie! Bo pierwszy raz udało mi się pokonać tę trasę w doborowym towarzystwie 5-miesięcznego dzieciaczka :D No dobra, to mamusia targała dziecko na górę, a ja tylko patrzyłam, jak się męczy i szłam sobie z usmiechem na ustach... ale ja i kilkugodzinny pobyt z takim małym dzieckiem to już jest szaleństwo! Na szczęście dziecko nie odniosło chyba żadnego uszczerbku na skutek przebywania ze mną tyle czasu...
Z racji tego, że w tym tygodniu nie byłam na żadnym szczycie, miałam dużo czasu na siedzenie na facebooku i prowadzenie interesujących rozmów z różnymi osobami. W pewnym momencie zeszło troszeczkę na temat przeciętności. Rozmawialiśmy o tym, czy jest sens próbować się za coś brać, na przykład zawodowo, jeżeli jest się w tym co najwyżej przeciętnym... I w związku z tym mam do Was wszystkich pytanie:
Czy przeciętność jest zła?
Jest tak samo blisko dna, jak i szczytu, więc nie wydaje się być aż tak złym miejscem, by z niego cokolwiek zaczynać. Ale z jakiegoś powodu, większość z nas, mówiąc że coś jest przeciętne, ma na myśli "słabe". Wakacje były przeciętne, przeciętnie zarabiam, przeciętnie wyglądam. Przeciętność nie jest czymś, czego byśmy chcieli.
Jednocześnie przeciętność jest całkiem kusząca. Przecież nie każdy z nas musi być maratończykiem, zdobywać Mount Everest, mieć wielki dom na przedmieściach, być dyrektorem dużej firmy. Znaczy się, fajnie by było... ale to wymaga ponadprzeciętnego wysiłku. Więc czy nie lepiej być przeciętnym? Poza tym, i tak żyjesz lepiej niż wiele innych osób na świecie, nie jesteś głodny, biegasz raz w miesiącu, a to lepsze niż nic, wynajmujesz całkiem ładną kawalerkę. I tak już dużo osiągnąłeś. Już jesteś ponad przeciętnością. Czy nie lepiej odpuścić?
Zasadniczy problem z przeciętnością jest taki, że jeżeli uwierzymy że jest dobra, bardzo szybko ściągnie nas ona na samo dno. Nie ma nic złego w tym, że przeciętnie grasz w szachy. Pod warunkiem, że próbujesz ponadprzeciętnie grać w piłkę. Tak - próbujesz. Nie musisz być najlepszy, ale musisz próbować być lepszy niż jesteś. Chodzi o to, by przeciętność Cię nie zadowalała. Żebyś próbował osiągnąć coś więcej. Bo przeciętność to dobre miejsce, by zacząć wspinać się na szczyt. Ale nie jest dobrym miejscem, by tam skończyć.
czwartek, 23 sierpnia 2018
sobota, 11 sierpnia 2018
Lekcja pokory
Ostatnio pisałam tutaj o odskoczni od rutyny. I pierwszy raz w życiu posłuchałam swoich własnych rad.... Było warto!
Miałam kiedyś marzenie, żeby zdobyć Koronę Gór Polski. Generalnie chodzi o to, żeby wejść na najwyższy szczyt każdego z pasm górskich w Polsce (a przynajmniej w teorii najwyższy, zdarza się że do Korony jakiś szczyt należy, potem się okazało że jest coś wyższego, ale już tak zostawili, czy coś). Do tej pory byłam na dwóch szczytach z tej grupy, więc zostało mi "zaledwie" 26. Postanowiłam więc, praktycznie z dnia na dzień, że pakuję się i jadę. Okazało się bowiem, że kilka ze szczytów jest baaaaardzo blisko Wrocławia. Żeby nikt nie miał mylnych wrażeń co do mojej odwagi, szaleństwa czy czegokolwiek innego - większość tych szczytów to niewielkie górki, na które wjeżdżają rodzice z dzieckiem w wózku, psem na smyczy i kubkiem kawy w ręce. Pierwsza wycieczka wypadła na Wielką Sowę. Trasa zakładała przyjechanie pociągiem do Głuszycy, potem spacer przez prawie 12 km, wejście na szczyt i powrót tą samą drogą. Obejrzałam zdjęcia jak wygląda trasa i stwierdziłam, że to przyjemny spacerek, więc nie ma co się specjalnie do tego przygotowywać - wystarczy założyć jakieś wygodne sandałki, wziąć butelkę wody i można iść. Na moje szczęście nie mogłam znaleźć sandałów, więc padło na adidasy. Dlaczego na szczęście? Okazało się, że szlak czasami prowadzi przez niezbyt często uczęszczane pola, zarośla i łąki, gdzie co kilka kroków widniały ostrzeżenia, żeby uważać na żmije. Fragment prowadził również przez fantstyczną ścieżkę z ruchomymi kamieniami, gdzie nogi leciały jak chciały, każda w inną stronę, grożąc upadkiem niemal na każdym kroku. Idąc tymi ścięzkami, próbując nie ugrząść w krzaczorach i starając się nie skręcić kostki, przypomniałam sobie słowa które usłyszałam podczas mojego pierwszego Białego: do gór trzeba podchodzić z pokorą i szacunkiem. I nie ważne, czy masz na myśli najwyższe szczyty Tatr, czy śmieszne górki pod Wałbrzychem. Ta zasada obowiązuje zawsze. Zawsze. A więc:
Lekcja 1: Nawet jeżeli byłeś na Świnicy, to może cię przerosnąć Wielka Sowa.
Kilka dni później postanowiłam zaliczyć drugą górkę w pobliżu - Chełmiec. Niewielki szczyt, dużo mniejszy od Wielkiej Sowy. Na górę wchodzi się około godzinki od wyjścia z pociągu (o ile idzie się szlakiem). Sprawdziłam trasę na mapce i bez większego stresu szłam w górę. Szlak ładnie oznaczony, droga szeroka, dostosowana nawet do samochodów. Wszystko układało się pięknie, aż doszłam do rozwidlenia szlaków. Mapa mówiła, żeby iść w górę żółtym: idzie po prostej, jest najkrótszy. Po kilku minutach marszu tą drogą uświadomiłam sobie, że dawno nie widziałam oznaczenia szlaku. I ta dróżka jakby taka węższa... I coś nie pnie się w górę, tylko idzie po prostej... Wzruszyłam ramionami i stwierdziłam, że pewnie zaraz znajdę oznaczenie, bo na pewno nie przegapiłam żadnej ścieżki. Idę dalej. Mija 5 minut, 10 minut, 15 minut... Oznaczenia jak nie było, tak nie ma. A ścieżka zaczyna iść w dół. Rozglądam się dookoła. Niby można wracać do rozwidlenia i pójść tym drugim szlakiem, ale to dobre pół godziny marszu przez te paskudne krzaczory. Odpalam mapy google (wielki pokłon dla ich twórcy) - okazało się, że obchodzę własnie szczyt dookoła, a ze szlaku zboczyłam już bardzo dawno. Przyglądam się mapce, przyglądam.... Jeżeli pójdę dalej tą ścieżką, wydeptaną tylko i wyłącznie przez zwierzęta, to za około 5 minut powinnam trafić na jeszcze jakiś inny szlak prowadzący na górę. A więc jest nadzieja, że trafię na szczyt! Idę więc, przedzieram się przez zarośla, podśpiewując pod nosem, bo nie jestem pewna czy to w krzakach to wiatr, sarna, czy jakieś potwory. Rozglądam się za szlakiem. Gdzieś tu powinien być.... Szukam, szukam, ale nie ma, nie ma... Ale kolejne kilka minut dalej powinien być kolejny szlak, może ten będzie lepiej oznaczony. To idę tam, trudno. Góra już prawie cała okrążona, zamiast godziny wyszły prawie dwie, ale w końcu jest - droga. Szeroka, wysypana żwirkiem. Idziemy! Przepełniona nową energią wkraczam na górę wręcz tanecznym krokiem. Szybkie drugie śniadanie i schodzimy! Sprawdzam godzinę. Jeżeli wyruszę teraz, to zdążę na pociąg. A kolejny godzinę później, więc zbieram się prędko. Gdzieś z tyłu głowy świta mi, że zapomniałam sprawdzić jak najlepiej wracać (planowałam zejść do innej miejscowości, niż ta w której startowałam). Patrzę więc na mapkę stojącą na szycie. Teraz niebieskim, a później tą fajną, żwirkową drogą. Łatwizna. Dochodzę do miejsca gdzie powinien zaczynać się szlak i spoglądam na oznaczenia, które biegną między drzewami, po niemal pionowym zboczu. Będzie zabawnie... Stawiam pierwszy krok, później drugi. Zbocze robi się jeszcze bardziej poinowe. Łapię się gałązek, drzewek i powolutku schodzę. Co krok osypują mi się spod nóg kamienie, staczając się głośno, coraz niżej i niżej. Już widzę oczyma wyobraźni, jak staczam się razem z tymi kamieniami, co zmusza mnie do silniejszego trzymania się biednych drzewek. Taka trasa trwała zaledwie kilka minut, ale tyle stresu co tam, nie najadłam się nawet na Świnicy! Pokora, pokora i jeszcze raz pokora. Oczywiście na pociąg nie zdążyłam ;-)
Kolejnym oderwaniem się od rutyny była pielgrzymka. Chociaż nie wiem, czy to nie podchodzi już pod rutynę, jeżeli jestem tam co roku, od chyba 8 czy 9 lat... Mimo żaru lejącego się z nieba, była to chyba najlżejsza ze wszystkich dotychczasowych pielgrzymek. Zero bąbli, pęcherzy, odcisków, zakwasów, bolących nóg, czy co tam jeszcze się może pielgrzymowi przytrafić. Ale chyba za głośno mówiłam, że w tym roku omijają mnie takie "przyjemności", bo Los postanowił utrzeć mi nosa. Pierwszym pstryczkiem był drobny wypadek z żelem pod prysznic. Mówili ludzie - pakuj wszystkie ciuchy do worków, bo jak spadnie deszcz, to wszystko ci zamoczy. Myślę sobie: gdzie tam będzie padało! Powietrze suche jak pieprz, bezchurne niebo, zapowiadają susze - jaki deszcz?! Z resztą, plecak porządny, nie przemoknie. No i racja, nie padało. Ale trzeciego dnia idę sobie pod prysznic, wyciągam swieżutką koszuleczkę, patrzę: wielka plama od żelu, który nieszczęśliwie się wylał w plecaku. Uśmiecham się pod nosem, z myślą: jak dobrze, że wzięłam zapasową koszulkę! Wyciągam drugą. Ta też z wielką plamą. Zaczyna ogarniać mnie konsternacja. Sięgam po trzecią. Ta też w żelu. Podobnie czwarta, spodnie, spódnica, spodenki... Generalnie w żelu jest wszystko. Najbliższa możliwość wyprania tego wszystkiego dopiero po powrocie do domu. To, co nosiłam do tej pory sztywne od brudu, wypadałoby już zmienić. Tylko na co?... Jedyne rozwiązanie - płukanie ręczne. W minimalnych ilościach wody, bo przecież susza, ludzie chcą pić, chcą się kąpać, a pranie, kto to słyszał żeby prać na pielgrzymce?! Tak więc lekcja trzecia - nawet jeśli wszystko idzie dobrze, nie chwal się tym za głośno, bo Los może to usłyszeć! A poza tym, ludzie nie lubią słuchać o tym, jak nam dobrze ;-) Jest w nas coś takiego, że wolimy, gdy innym powodzi się gorzej niż nam. Bardzo ciekawa cecha, ale to temat na osobnego posta ;-)
Jedna rzecz jednak wyszła dobra z tego wszystkiego: dostałam niesamowity komplement od kilku osób, a mianowicie - jak ty to robisz, że jesteś taka spokojna? Powtarzali mi, że już dawno by rzucali urwałami, przeklinali na czym świat stoi, czy jak tam jeszcze ludzie reagują, gdy idzie nie po ich myśli. A ja z uśmiechem pod nosem kradłam wodę skąd się dało i chodziłam w mokrych spodenkach, żeby wyschły szybciej. Chwilę nawet się zastanawiałam, jak to możliwe, że się nie denerwuję. Znam siebie już kilka lat i zazwyczaj w niespodziewanych sytuacjach panikowałam i dopiero po wyżaleniu się wszystkim dookoła, znalezieniu kogoś kto pogłszacze mnie po główce i powie że nic się nie stało, zaczynałam z pomocą tego kogoś ogarniać katastrofę. A teraz, totalny chillout. Czyżby to wyższy poziom mamtowdupizmu, który tak usilnie praktykowałam na studiach, że przeniknął on do mojej codzienności? A może magiczny efekt pielgrzymki? Trudno powiedzieć, ale podoba mi się to :D
Dobra, pstryczka już dostałam, bilans pozytywów i negatywów wyrównany. No to teraz już będzie dobrze. Los chyba jednak postanowił, że za bardzo się chwaliłam tym, jak to mi nic nie jest, podczas gdy inni miewali wielke pęcherze zamiast stóp. Postanowił więc jeszcze trochę mnie poupominać. Czy to od słońca, czy to brudu, czy jeszcze od czegoś innego, pojawiły mi się na ustach soczyste, wielgaśne bąble. Coś jakbym zrobiła botoks. Tak trzy razy. Wszystko boli, jeść się nie da, pić się nie da. Na szczęście narzekać się dało! Oj, gdyby nie dało się narzekać, to dopiero byłby ból! Wszyscy w grupie zostali przepytani o to, jakie kremiki mają w plecakach, żeby tylko znaleźć cokolwiek, co może pomóc na tą piękną ozdobę ust. Pierwsza próba, druga, trzecia. Bąble zamiast maleć, zaczęły przybierać niezdrowy, biało-żółty kolor. No Quasimodo to przy mnie był przystojniakiem. Ludzie zerkali coraz bardziej podejrzliwie, jakby zastanawiając się czy to zaraźliwe. O znalezieniu dobrego męża z taką twarzą to już właściwie nie było mowy! No i po co ta cała pielgrzymka mi była? Chyba już wolę staroświeckie, tradycyjne pęcherze na stopach! Dzięki tej sytuacji zrozumiałam doskonale dialog, który często się wymienia u mnie w rodzinie:
- Co u Ciebie?
- A stara bieda...
- No to dobrze, że nowej nie ma!
Tak więc w ciągu ostatnich dwóch tygodni Los aż cztery razy mi pokazał, że nie można nigdy być zbyt pewnym siebie. Że nawet częściej niż czasem, coś idzie nie po naszej myśli i że jeśli wszystko idzie zbyt dobrze, to pewnie zaraz spotka nas coś gorszego. I nie ma się co chwalić, że idzie zbyt dobrze, bo Los bardzo szybko uczy pokory. Chociaż czy chwalenie się lekcjami pokory nie podchodzi pod brak pokory?... Ale z każdą przeciwnością idzie sobie jakoś tam, lepiej lub gorzej poradzić, więc nie ma co narzekać, tylko wyciskać lemoniadę z tych wszystkich cytryn przesyłanych przez Los (Czy coś takiego. Przecież nie mogę zakończyć zbyt pesymistycznie!)
No i wyszło jakoś tak mądrze i wzniośle, a miało być o tym, że na pielgrzymce było fajnie! Że fantstyczni ludzie, że dobrze się szło, że było zabawnie, że pogoda wbrew pozorm dopisała, że zapraszam za rok i że znowu latałam w pomarańczowej kamizelce, i że dobroć ludzi nie zna granic, że ludzie są dobrzy, chętnie pomagają, że prysznic na dworze to genialne doświadczenie i że po raz kolejny udało się dotrzeć do celu! :D
Miałam kiedyś marzenie, żeby zdobyć Koronę Gór Polski. Generalnie chodzi o to, żeby wejść na najwyższy szczyt każdego z pasm górskich w Polsce (a przynajmniej w teorii najwyższy, zdarza się że do Korony jakiś szczyt należy, potem się okazało że jest coś wyższego, ale już tak zostawili, czy coś). Do tej pory byłam na dwóch szczytach z tej grupy, więc zostało mi "zaledwie" 26. Postanowiłam więc, praktycznie z dnia na dzień, że pakuję się i jadę. Okazało się bowiem, że kilka ze szczytów jest baaaaardzo blisko Wrocławia. Żeby nikt nie miał mylnych wrażeń co do mojej odwagi, szaleństwa czy czegokolwiek innego - większość tych szczytów to niewielkie górki, na które wjeżdżają rodzice z dzieckiem w wózku, psem na smyczy i kubkiem kawy w ręce. Pierwsza wycieczka wypadła na Wielką Sowę. Trasa zakładała przyjechanie pociągiem do Głuszycy, potem spacer przez prawie 12 km, wejście na szczyt i powrót tą samą drogą. Obejrzałam zdjęcia jak wygląda trasa i stwierdziłam, że to przyjemny spacerek, więc nie ma co się specjalnie do tego przygotowywać - wystarczy założyć jakieś wygodne sandałki, wziąć butelkę wody i można iść. Na moje szczęście nie mogłam znaleźć sandałów, więc padło na adidasy. Dlaczego na szczęście? Okazało się, że szlak czasami prowadzi przez niezbyt często uczęszczane pola, zarośla i łąki, gdzie co kilka kroków widniały ostrzeżenia, żeby uważać na żmije. Fragment prowadził również przez fantstyczną ścieżkę z ruchomymi kamieniami, gdzie nogi leciały jak chciały, każda w inną stronę, grożąc upadkiem niemal na każdym kroku. Idąc tymi ścięzkami, próbując nie ugrząść w krzaczorach i starając się nie skręcić kostki, przypomniałam sobie słowa które usłyszałam podczas mojego pierwszego Białego: do gór trzeba podchodzić z pokorą i szacunkiem. I nie ważne, czy masz na myśli najwyższe szczyty Tatr, czy śmieszne górki pod Wałbrzychem. Ta zasada obowiązuje zawsze. Zawsze. A więc:
Lekcja 1: Nawet jeżeli byłeś na Świnicy, to może cię przerosnąć Wielka Sowa.
Kilka dni później postanowiłam zaliczyć drugą górkę w pobliżu - Chełmiec. Niewielki szczyt, dużo mniejszy od Wielkiej Sowy. Na górę wchodzi się około godzinki od wyjścia z pociągu (o ile idzie się szlakiem). Sprawdziłam trasę na mapce i bez większego stresu szłam w górę. Szlak ładnie oznaczony, droga szeroka, dostosowana nawet do samochodów. Wszystko układało się pięknie, aż doszłam do rozwidlenia szlaków. Mapa mówiła, żeby iść w górę żółtym: idzie po prostej, jest najkrótszy. Po kilku minutach marszu tą drogą uświadomiłam sobie, że dawno nie widziałam oznaczenia szlaku. I ta dróżka jakby taka węższa... I coś nie pnie się w górę, tylko idzie po prostej... Wzruszyłam ramionami i stwierdziłam, że pewnie zaraz znajdę oznaczenie, bo na pewno nie przegapiłam żadnej ścieżki. Idę dalej. Mija 5 minut, 10 minut, 15 minut... Oznaczenia jak nie było, tak nie ma. A ścieżka zaczyna iść w dół. Rozglądam się dookoła. Niby można wracać do rozwidlenia i pójść tym drugim szlakiem, ale to dobre pół godziny marszu przez te paskudne krzaczory. Odpalam mapy google (wielki pokłon dla ich twórcy) - okazało się, że obchodzę własnie szczyt dookoła, a ze szlaku zboczyłam już bardzo dawno. Przyglądam się mapce, przyglądam.... Jeżeli pójdę dalej tą ścieżką, wydeptaną tylko i wyłącznie przez zwierzęta, to za około 5 minut powinnam trafić na jeszcze jakiś inny szlak prowadzący na górę. A więc jest nadzieja, że trafię na szczyt! Idę więc, przedzieram się przez zarośla, podśpiewując pod nosem, bo nie jestem pewna czy to w krzakach to wiatr, sarna, czy jakieś potwory. Rozglądam się za szlakiem. Gdzieś tu powinien być.... Szukam, szukam, ale nie ma, nie ma... Ale kolejne kilka minut dalej powinien być kolejny szlak, może ten będzie lepiej oznaczony. To idę tam, trudno. Góra już prawie cała okrążona, zamiast godziny wyszły prawie dwie, ale w końcu jest - droga. Szeroka, wysypana żwirkiem. Idziemy! Przepełniona nową energią wkraczam na górę wręcz tanecznym krokiem. Szybkie drugie śniadanie i schodzimy! Sprawdzam godzinę. Jeżeli wyruszę teraz, to zdążę na pociąg. A kolejny godzinę później, więc zbieram się prędko. Gdzieś z tyłu głowy świta mi, że zapomniałam sprawdzić jak najlepiej wracać (planowałam zejść do innej miejscowości, niż ta w której startowałam). Patrzę więc na mapkę stojącą na szycie. Teraz niebieskim, a później tą fajną, żwirkową drogą. Łatwizna. Dochodzę do miejsca gdzie powinien zaczynać się szlak i spoglądam na oznaczenia, które biegną między drzewami, po niemal pionowym zboczu. Będzie zabawnie... Stawiam pierwszy krok, później drugi. Zbocze robi się jeszcze bardziej poinowe. Łapię się gałązek, drzewek i powolutku schodzę. Co krok osypują mi się spod nóg kamienie, staczając się głośno, coraz niżej i niżej. Już widzę oczyma wyobraźni, jak staczam się razem z tymi kamieniami, co zmusza mnie do silniejszego trzymania się biednych drzewek. Taka trasa trwała zaledwie kilka minut, ale tyle stresu co tam, nie najadłam się nawet na Świnicy! Pokora, pokora i jeszcze raz pokora. Oczywiście na pociąg nie zdążyłam ;-)
Kolejnym oderwaniem się od rutyny była pielgrzymka. Chociaż nie wiem, czy to nie podchodzi już pod rutynę, jeżeli jestem tam co roku, od chyba 8 czy 9 lat... Mimo żaru lejącego się z nieba, była to chyba najlżejsza ze wszystkich dotychczasowych pielgrzymek. Zero bąbli, pęcherzy, odcisków, zakwasów, bolących nóg, czy co tam jeszcze się może pielgrzymowi przytrafić. Ale chyba za głośno mówiłam, że w tym roku omijają mnie takie "przyjemności", bo Los postanowił utrzeć mi nosa. Pierwszym pstryczkiem był drobny wypadek z żelem pod prysznic. Mówili ludzie - pakuj wszystkie ciuchy do worków, bo jak spadnie deszcz, to wszystko ci zamoczy. Myślę sobie: gdzie tam będzie padało! Powietrze suche jak pieprz, bezchurne niebo, zapowiadają susze - jaki deszcz?! Z resztą, plecak porządny, nie przemoknie. No i racja, nie padało. Ale trzeciego dnia idę sobie pod prysznic, wyciągam swieżutką koszuleczkę, patrzę: wielka plama od żelu, który nieszczęśliwie się wylał w plecaku. Uśmiecham się pod nosem, z myślą: jak dobrze, że wzięłam zapasową koszulkę! Wyciągam drugą. Ta też z wielką plamą. Zaczyna ogarniać mnie konsternacja. Sięgam po trzecią. Ta też w żelu. Podobnie czwarta, spodnie, spódnica, spodenki... Generalnie w żelu jest wszystko. Najbliższa możliwość wyprania tego wszystkiego dopiero po powrocie do domu. To, co nosiłam do tej pory sztywne od brudu, wypadałoby już zmienić. Tylko na co?... Jedyne rozwiązanie - płukanie ręczne. W minimalnych ilościach wody, bo przecież susza, ludzie chcą pić, chcą się kąpać, a pranie, kto to słyszał żeby prać na pielgrzymce?! Tak więc lekcja trzecia - nawet jeśli wszystko idzie dobrze, nie chwal się tym za głośno, bo Los może to usłyszeć! A poza tym, ludzie nie lubią słuchać o tym, jak nam dobrze ;-) Jest w nas coś takiego, że wolimy, gdy innym powodzi się gorzej niż nam. Bardzo ciekawa cecha, ale to temat na osobnego posta ;-)
Jedna rzecz jednak wyszła dobra z tego wszystkiego: dostałam niesamowity komplement od kilku osób, a mianowicie - jak ty to robisz, że jesteś taka spokojna? Powtarzali mi, że już dawno by rzucali urwałami, przeklinali na czym świat stoi, czy jak tam jeszcze ludzie reagują, gdy idzie nie po ich myśli. A ja z uśmiechem pod nosem kradłam wodę skąd się dało i chodziłam w mokrych spodenkach, żeby wyschły szybciej. Chwilę nawet się zastanawiałam, jak to możliwe, że się nie denerwuję. Znam siebie już kilka lat i zazwyczaj w niespodziewanych sytuacjach panikowałam i dopiero po wyżaleniu się wszystkim dookoła, znalezieniu kogoś kto pogłszacze mnie po główce i powie że nic się nie stało, zaczynałam z pomocą tego kogoś ogarniać katastrofę. A teraz, totalny chillout. Czyżby to wyższy poziom mamtowdupizmu, który tak usilnie praktykowałam na studiach, że przeniknął on do mojej codzienności? A może magiczny efekt pielgrzymki? Trudno powiedzieć, ale podoba mi się to :D
Dobra, pstryczka już dostałam, bilans pozytywów i negatywów wyrównany. No to teraz już będzie dobrze. Los chyba jednak postanowił, że za bardzo się chwaliłam tym, jak to mi nic nie jest, podczas gdy inni miewali wielke pęcherze zamiast stóp. Postanowił więc jeszcze trochę mnie poupominać. Czy to od słońca, czy to brudu, czy jeszcze od czegoś innego, pojawiły mi się na ustach soczyste, wielgaśne bąble. Coś jakbym zrobiła botoks. Tak trzy razy. Wszystko boli, jeść się nie da, pić się nie da. Na szczęście narzekać się dało! Oj, gdyby nie dało się narzekać, to dopiero byłby ból! Wszyscy w grupie zostali przepytani o to, jakie kremiki mają w plecakach, żeby tylko znaleźć cokolwiek, co może pomóc na tą piękną ozdobę ust. Pierwsza próba, druga, trzecia. Bąble zamiast maleć, zaczęły przybierać niezdrowy, biało-żółty kolor. No Quasimodo to przy mnie był przystojniakiem. Ludzie zerkali coraz bardziej podejrzliwie, jakby zastanawiając się czy to zaraźliwe. O znalezieniu dobrego męża z taką twarzą to już właściwie nie było mowy! No i po co ta cała pielgrzymka mi była? Chyba już wolę staroświeckie, tradycyjne pęcherze na stopach! Dzięki tej sytuacji zrozumiałam doskonale dialog, który często się wymienia u mnie w rodzinie:
- Co u Ciebie?
- A stara bieda...
- No to dobrze, że nowej nie ma!
Tak więc w ciągu ostatnich dwóch tygodni Los aż cztery razy mi pokazał, że nie można nigdy być zbyt pewnym siebie. Że nawet częściej niż czasem, coś idzie nie po naszej myśli i że jeśli wszystko idzie zbyt dobrze, to pewnie zaraz spotka nas coś gorszego. I nie ma się co chwalić, że idzie zbyt dobrze, bo Los bardzo szybko uczy pokory. Chociaż czy chwalenie się lekcjami pokory nie podchodzi pod brak pokory?... Ale z każdą przeciwnością idzie sobie jakoś tam, lepiej lub gorzej poradzić, więc nie ma co narzekać, tylko wyciskać lemoniadę z tych wszystkich cytryn przesyłanych przez Los (Czy coś takiego. Przecież nie mogę zakończyć zbyt pesymistycznie!)
No i wyszło jakoś tak mądrze i wzniośle, a miało być o tym, że na pielgrzymce było fajnie! Że fantstyczni ludzie, że dobrze się szło, że było zabawnie, że pogoda wbrew pozorm dopisała, że zapraszam za rok i że znowu latałam w pomarańczowej kamizelce, i że dobroć ludzi nie zna granic, że ludzie są dobrzy, chętnie pomagają, że prysznic na dworze to genialne doświadczenie i że po raz kolejny udało się dotrzeć do celu! :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)
