piątek, 11 sierpnia 2017

Superbohater


                Podczas pielgrzymki rozmawiałam z pewną dziewczyną, która zapytała mnie, która z moich pielgrzymek podobała mi się najbardziej. Chwilę się nad tym zastanawiałam, jednak nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie - każda z nich była przecież zupełnie inna! Analizując każde kolejne rekolekcje w drodze uświadomiłam sobie, że prawie nic nie pamiętam z tych pierwszych… Jakieś strzępki wspomnień, pojedyncze twarze, przebłyski z kolejnych miejsc. Jedyne, co utkwiło mi w głowie, to rozmowa z przedostatniego dnia trasy z jednym z porządkowych. Staliśmy przy bagażach, niedaleko sklepu. On, w zielonej kamizelce, z uśmiechem na twarzy. Ja, zmęczona po 13 dniach drogi, ledwo trzymająca się na nogach po najdłuższym dniu całej trasy. Pamiętam, że byłam zachwycona tym, że to on najwięcej tam robi, że cały czas biega tam i z powrotem, że może chodzić w kamizelce, że wszyscy go widzą i znają, że cały czas jest usmiechnięty, że rzuca żartami jak z rękawa. Zapytałam go wtedy, co trzeba zrobić, żeby też mieć taką fajną plakietkę z napisem „porządkowy”… 

            W tym roku moje marzenie sprzed 8 lat spełniło się. Też dostałam taką plakietkę i kamizelkę! Może zabrzmi to banalnie, ale dla mnie ta kamizelka stała się peleryną supermana – dodawała umiejętności, których nie mam jako zwykły człowiek… 


          Podczas wczorajszego żegnania się z ludźmi z grupy jedna z osób powiedziała mi, że nie zapomni „moich rączek”. Jakkolwiek by to nie brzmiało...  Chodziło jej o to, że gdy tylko starczało mi energii, maszerowałam tanecznym krokiem, machając przy tym rękoma w rytm piosenek. Dzięki temu lepiej się szło, a i ludziom, którzy patrzyli jak robię z siebie debila, było ciut weselej. Nie raz widziałam, jak ktoś uśmiechał się pod nosem na ten widok. I wiem, że śmiał się ze mnie. Tylko pierwszy raz w życiu, nie przeszkadzało mi to. Czułam, że takie jest moje zadanie – sprawiać, by im szło się lepiej. I kiedy widziałam ich uśmiechy wiedziałam, że mi się udało. Nie przeszkadzało mi, że mnie widzą. I mimo że na co dzień robię wszystko, żeby nie wychylać się z tłumu, żeby przypadkiem ktoś nie zwrócił na mnie uwagi, tu specjalnie pozwalałam się zobaczyć. Dostałam supermoc widzialności.

        Chyba wszyscy już wiedzą, że nie lubię odzywać się do obcych osób. Nie ważne o co by chodziło, zawsze mam w głowie milion powodów, dla których ta osoba mogłaby się zdenerwować o to, że się do niej odezwałam. Nawet jeśli miałaby to być propozycja pomocy komuś, zawsze bałam się, że zostanę zbesztana za wtrącanie się w nie swoje sprawy. Tutaj, dzięki kamizelce, udało mi się złożyć kilka nieswoich namiotów, ponieść komuś pokrowiec czy plecak, wprowadzić wózek po schodach… Gdyby nie kamizelka, pewnie bałabym się tego, co mogę usłyszeć proponując pomoc, tego co ktoś sobie pomyśli. Dostałam więc supermoc nieczytania w myślach.
 
           Kolejne osiągnięcie jest dla mnie chyba największym ze wszystkich. Prawie każdego dnia musiałam znaleźć punkt, do którego odnosiłam akumulatorki do ładowania. Było to dla mnie o tyle trudne, że codziennie musiałam podejść do kogoś i zapytać, gdzie ów punkt się znajduje. Pół biedy, gdy ktoś znajomy potrafił mnie naprowadzić. Niestety nie raz, musiałam podejść do kogoś obcego i zapytać o kierunek, a następnie jeszcze ze trzy razy dopytać różne osoby który to pokój, jak tam trafić… W normlanych warunkach pewnie prosiłabym kogoś, żeby to zrobił za mnie albo usiadłabym i płakała tak długo, aż ktoś podejdzie i zapyta, jak może mi pomóc. Albo łaziłabym tak długo po mieście, udając, że wiem co robię, aż w końcu bym znalazła. A tak, na szczęśćie, dostałam supermoc przyznawania się, że nie wiem wszystkiego i proszenia o pomoc.
 
         Niestety, kamizelka nie chroni przed wszystkimi trudnościami. Była jedna rzecz, z którą musiałam poradzić sobie tak czy siak – cisza. Zawsze myślałam, że problem zagłuszania myśli mnie nie dotyczy. Owszem, słyszałam jakiś mądrych ludzi, którzy opowiadali, że dzisiaj ludzie żyją w ciągłym hałasie, żeby zagłuszyć myśli czy swoje wewnętrzne głosy. Ale przecież u mnie w pokoju nie ma telewizora, muzyka jest wyłączona, w żadne gierki nie gram. Zatem mnie to nie dotyczy. Przecież ciągle słyszę to wszystko, co muszę... Uświadomiłam sobie, że to nie prawda dopiero wtedy, gdy rozładowała mi się bateria w telefonie i nie mogłam co 15 min sprawdzać, czy aby ktoś nie napisał i gdy weszliśmy w etap ciszy. Kiedy nikt nic nie mówił, nikt nie grał, droga była pusta, więc nie było nawet możliwości skupienia się na przejeżdżających samochodach… Wtedy uświadomiłam sobie, jak często zagłuszam to, co mówi do mnie moje serce. Że nie chcę go słuchać. Że robię wszystko, byleby zarzucić siebie innymi bodźcami zzewnątrz, żeby zapełnić tą dziwną pustkę… Dzisiaj pewna osoba powiedziała mi, że w wakacje zawsze czuje taki bezsens. Że nie wie, co ze sobą zrobić. Bo właśnie wtedy ta cisza dochodzi do głosu i zmusza do zatrzymania się i zastanowienia się, jaki ma cel w życiu. 

Dobrze, gdy cisza pozwoli ci zauważyć, że jesteś szczęśliwy! Kiedy zanurzenie się w niej sprawia, że rozumiesz, jak wiele masz i jak dobrze przeżywasz swoje życie. 

Ale co jeśli cisza uświadamia ci, czego ci jeszcze brakuje?...  

czwartek, 11 maja 2017

Namierzyć cel


        Ostatnimi czasy trafiam na wiele zmuszających do myślenia książek i filmów. Niby fajnie, bo człowiek może się rozwinąć i w ogóle... tylko problem jest jeden – to zaczyna być denerwujące, kiedy bierzesz się za coś, żeby się odmóżdżyć, po ciężkim tygodniu, a tu Ci autor jeszcze dorzuca kilka rzeczy do przemyślenia! No ale cóż zrobić- jeśli los daje Ci cytryny, zrób z nich lemoniadę. A jeśli daje Ci powody do myślenia, napisz posta na blogu! ;)

        Jakiś czas temu K. truła mi, że musimy koniecznie pójść na „Psa”. A konkretniej na „Był sobie pies”. Strach było wychodzić z nią na miasto, bo gdy tylko zobaczyła plakat, dopominała się o wyjście do kina. W pewnym momencie nawet chodzące po ulicy czworonogi wywoływały lawinę próśb, więc dla świętego spokoju kupiłam książkę inspirowaną filmem (albo raczej książkę, na której film się opiera, nie jestem pewna, nie chce mi się sprawdzać... ). 

Nareszcie spokój! 

Było to bardzo mądre posunięcie, ponieważ K. mi też pozwoliła ją przeczytać. Dziś udało mi się ją skończyć. I jestem bardzo pozytywnie zaskoczona! Czytając opis spodziewałam się kolejnej bajeczki dla dzieci w stylu „O psie, który jeździł koleją”, czy „Lassie, wróć!” (to wcale nie jest tak, że przy obu płakałam jak dziecko i liczyłam na to samo w tej historii) i... w sumie to nie zawiodłam się. Autorowi wyszło coś tego właśnie pokroju, chociaż ciut ambitniejsze. Otóż jest to historia o bohaterskim psie, który... reinkarnuje się! Ogólny zarys historii jest taki, że pewien uroczy szczeniak w pierwszym życiu uczy się czegoś, co wykorzystuje w drugim. W drugim wydaje mu się, że osiągnął wszystko, co miał osiągnąć - jest szczęśliwy, bo wypełnił swoje zadanie. Okazuje się jednak, że to ciągle nie było to - odradza się ponownie, by zdobyć kolejne umiejętności i spełnić kolejne zadanie. Gdy jest już przekonany, że tym razem już na pewno wykonał wszystko, co zostało mu powierzone, okazuje się, że nadal czeka na niego pewna misja, do której te wszystkie wcielenia go przygotowywały...  Nie chcę tutaj spoilerować, mówić jakie przygody go spotkały, czy jak wzruszające było zakończenie, ale chciałabym zwrócić uwagę na przesłanie, które mi się nasunęło na myśl. A w zasadzie na pytanie, jakie od momentu odłożenia książki, chodzi mi po głowie. A mianowicie: 

Jaki jest cel mojego życia? Jaką mam w nim misję do spełnienia?

Tak, wiem, część z czytających wzdrygnęła się na słowo „misja”, ale spokojnie, to nie ten kontekst. Tutaj to słowo to bardziej „powołanie”, chociaż z kolei druga połowa czytających właśnie tego słowa nie trawi (w tym ja). Więc może inaczej:

Co jest moim zadaniem, dla którego żyję?

Chodzi mi o to, że gdybyś teraz był tym książkowym psiakiem, to czy mógłbyś powiedzieć, że przecież robiłeś to, do czego zostałeś powołany? Że wykonywałeś zwoje zadania? Swoje cele? Że wiesz, po co w ogóle chodziłeś po świecie?...

Niektórzy żyją, żeby ratować innych. Zostają wtedy strażakami, lekarzami albo policjantami. Oczywiście nie chcę tutaj umniejszać ich roli, ale przecież nie każdy może należeć do jednej z tych trzech grup zawodowych! Czy taki ktoś nie ma żadnej ważnej misji do spełnienia?  
Dla kogoś innego takim celem będzie ukazywanie innym Boga – zostają wtedy księżmi, siostrami zakonnymi czy misjonarzami. Chociaż to też taka dość ekstremalna droga, nie każdy się na nią pokusi. 
Zatem czy ktoś zwykły, przeciętny, może mieć swoje zadanie życiowe? Oczywiście! I to czasem nawet nie jedno! 

Co może być takim zadaniem?

Dla kogoś może być to założenie rodziny (znam garstkę osób, a właściwie dziewczyn, dla których głównym sensem istnienia jest znalezienie męża i urodzenie gromadki dzieci). I na pewno będą one najszczęśliwszymi istotami na świecie zmieniając pieluchy, gotując obiady i sprzątając w domu. 

Dla kogoś innego będzie to praca z dzieciakami – taki ktoś będzie spędzać długie godziny, za marne pieniądze tłumacząc matematykę czy fizykę, a wieczorami sprawdzając kartkówki, a mimo to, będzie wstawiać kolejną jedynkę z uśmiechem na twarzy. 

Jeszcze ktoś inny żyje po to, żeby rozbawiać ludzi. Nie jest żadnym komikiem, aktorem czy clownem. Ale spotyka Cię raz na jakiś czas i zawsze ma w zanadrzu jakiś dowcip, albo zabawny tekst, który zapamiętasz przez kolejne dni i będziesz parskać ze śmiechu, za każdym razem, gdy go sobie przypomnisz. 

Dla kogoś innego życiowym celem jest pisanie – nie obchodzi go, czy ktoś przeczyta to, co stworzył. Wielu rzeczy nawet nie pokazuje światu. Ale siedzi wieczorami i zapisuje kolejne strony, dając upust emocjom czy zmieniając fikcyjny świat, który sam stworzył. 

I co istotne, posiadanie jednego celu, nie wyklucza posiadania innego. Bo czy jest coś złego w tym, że strażak opowiada dowcipy kumplom w remizie? Albo że pani doktor nie może się doczekać, aż wróci do swojego męża i dzieci? Albo że jakaś policjantka wieczorami pisuje kryminały? Grunt to odnaleźć swój cel na każdą dziedzinę naszego życia. Wiedzieć, co chcemy z siebie dać w konkretniej sytuacji. Wiedzieć, w jaki sposób chcę być dla innych... I żyć tak, aby na koniec dnia móc powiedzieć samemu sobie: wypełniłem swoje zadanie

Ale trudno będzie to zrobić, jeśli nie wiemy, co jest naszym zadaniem!

Więc chciałabym zaproponować Ci taką zabawę: weź do ręki długopis i znajdź jakąś kartkę. Od biedy może to być też notatnik w telefonie. Teraz zapisz takie proste zdanie: „Żyję, aby...”. Masz jakieś pomysły, co wpisać jako dokończenie zdania? Spróbuj zapisać wszystkie powody, które przychodzą Ci do głowy. A potem powieś tę karteczkę w miejscu, w którym będziesz mógł na nią patrzeć każdego ranka, przypominając sobie, jakie masz zadanie do wykonania dzisiaj! 

Dobra, wyszło to filozoficznie, pseudomotywacyjnie i generalnie jakoś tak nie w moim stylu. Jak nie chcesz, to przecież nie musisz niczego pisać ;) Ja tam napisałam... Była to chyba jedna z najtrudniejszych prac domowych w moim życiu! 

Miały być co prawda opisy wszystkich trzech „dzieł”, które mnie zainspirowały, ale wyszedł tak długi post, że pozostałe dwa zostawię na kolejny raz – zawsze to w zanadrzu pomysł na temat ;)

środa, 19 kwietnia 2017

Spalone mosty


             Zawsze, kiedy jadę sama samochodem, włączam radio i szukam stacji, gdzie akurat grają cokolwiek, co znam. Puszczam wtedy muzykę tak głośno, żeby zagłuszała moje fałsze, i śpiewam na cały głos. Nie ważne, jaki akurat mam nastrój – po dwóch, trzech piosenkach zawsze jadę z uśmiechem od ucha do ucha.
Ostatnio nie mogłam trafić na nic, co bym znała na tyle, żeby chociaż poudawać, że śpiewam... Na szczęście znalazłam w schowku jakąś starą płytę. Okazało się, że większość utworów znam! Przede mną jeszcze 20 kilometrów, czyli mnóstwo śpiewania! 

Po kilku prześpiewanych piosenkach trafiłam na taką, której nigdy dotąd nie słyszałam. Już miałam przewinąć na coś znajomego, gdy wpadł mi w ucho tekst, który zmusił mnie do refleksji... Postanowiłam posłuchać do końca, licząc że jeszcze coś ciekawego przekaże mi ten utwór, ale niestety – musiałam zadowolić się tą jedną linijką...

„Spalone mosty to najlepszy w życiu start”.

Ah, jak często mi się zdarzało tak właśnie zaczynać. Gdy coś idzie nie tak, wybierać inną drogę, a z tamtej rezygnować całkowicie i nieodwołalnie – zrywać kontakt, usuwać numery, blokować na portalach. Żeby przypadkiem ta osoba nie dała rady się ze mną skontaktować. Bo jak tu spojrzeć w oczy komuś, kogo się zawiodło? Jak potem odpisać osobie, która pomimo że pyta o drobiazg, na pewno ma na myśli to, że gdzieś kiedyś wcześniej coś zawaliłaś. Przecież lepiej zapomnieć o tej osobie. Spalić most. I zacząć od nowa. 

Wiem, że to nie jest wyjście. Słyszałam to już nie raz. „Nie możesz tak wiecznie uciekać!”. Ale z drugiej strony, dlaczego nie? Jeśli nie odezwę się teraz, jutro, za miesiąc ani za rok – ta osoba zapomni o mnie i o mojej porażce. Czyli jakby tej porażki nie było. Tak, jakby nie powiedziało się czegoś głupiego. Tak, jakby się nie wysłało maila. Tak, jakby się nie napisało na facebooku... Czyli tak, jakby nic się nie stało. Tak jakby...

Jest też inny problem. Co robić ze spalonym mostem? Pójść, nie odwracać się, zapomnieć? Tak byłoby najlepiej. Podjąć decyzję i trzymać się jej. Niestety – bardzo często stoję i gapię się na ten most. I nie potrafię się ruszyć. I zaczynam żałować, że go spaliłam. Żałować, że już teraz nieodwołalnie muszę iść naprzód. I mimo wszystko, mimo że już nie ma odwrotu, to stoję i patrzę... I nawet gdy już ruszę, potrafię iść przed siebie i nie zwracać na nic uwagi, a jedynie myśleć o tym płonącym za mną moście. A każdy, kto chociaż raz był na wycieczce w nowym, nieznanym miejscu wie, że wystarczy chwila zamyślenia się, by ominąć skrzyżowanie czy ważny punkt orientacyjny i całkowicie się zgubić... I wtedy błądzimy. 
Trudno jest trafić do celu, gdy myśli się o czymś innym niż cel. I trudno jest do niego trafić, jeśli w zasadzie nie wie się, dokąd się zmierza. A wtedy można trafić w różne miejsca. 

Również w te, w których nie chciałoby się być.

Są też mosty, których nie palę. Mimo że wiem, że prowadzą do miejsc, do których nie powinnam iść. Ale jest coś takiego w człowieku, że bardzo często chce tego, czego nie powinien chcieć. I nie potrafiłabym spalić tego mostu, mimo że wiem, że po drugiej stronie nie czeka na mnie nic dobrego. I mimo wszystko uparcie wchodzę na ten most. Czasem przechodzę na jego drugą stronę, mówiąc, że to ostatni raz. I gdzieś w głębi duszy mam nadzieję, że ktoś podejdzie i spali go za mnie. Powie, że niestety nie mam jak znowu tam pójść. Że pora ruszyć dalej. Wybrać coś innego. Lepszego. Ale nie nadchodzi nikt z ogniem... Więc idę tam znowu. Ostatni raz.

Czasem jest też tak, że przez przypadek wracasz do miejsca, w którym wcześniej spaliłeś most. Przynajmniej tak Ci się wydawało. I okazuje się, że jednak most nie jest całkiem zniszczony. Owszem, ledwo się trzyma. Ale gdyby być bardzo ostrożnym, może uda się jeszcze przejść na drugą stronę. I to jest jeszcze gorsze – bo stoisz i patrzysz. I musisz podjąć decyzję – próbujesz się wrócić tam, gdzie już byłeś? Czy idziesz dalej? Czy po drugiej stronie pamiętają, że to Ty podpaliłeś ten most? Może myślą, że sam się zniszczył, że to nie Twoja wina... Nie dowiesz się, dopóki nie przejdziesz. Co zrobisz?


środa, 1 lutego 2017

La La Land


     Dawno, oj bardzo dawno nie było żadnego posta. Ale teraz, kiedy chwilowo nie jestem studentem jeszcze kilkanaście dni wolności!, w końcu mam na to czas. No i nareszcie znalazłam temat – do tej pory wszystko kręciło się wokół obrony ;)

Korzystając z wolnego dnia (no tak, nie studiuję, to trzeba pracować) wybrałam się z M.M. do kina. Na wybłagane przez nią „La La Land”. Zanim zgodziłam się pójść, przeczytałam recenzję. Krótki opis filmu zniechęcił mnie całkiem skutecznie. Ot, banalna historia. No dobra, ma tam jakieś nominacje do czegoś, ale czym tu się zachwycać... Ale M.M. tak prosiła, tam miałczała, że ona chce, że nie było wyjścia. Przynajmniej popcornu się najem w doborowym towarzystwie! Po 30 min reklam (jakże by inaczej), zaczęło się od sceny, gdzie dziesiątki ludzi na środku zakorkowanej autostrady tańczą i śpiewają. Wszyscy znają kroki, nikt nie gubi rytmu, tancerze skaczą po autach – sytuacja z życia wzięta. No to się pięknie zaczyna... - pomyślałam, układając się w pozycji wygodnej do drzemania. Niestety, ciągłe komentarze M.M. nie pozwoliły mi zasnąć, więc zmuszona byłam oglądać dalej. I całe szczęście! Gdy aktorzy skończyli tą taneczną szopkę, zaczęła się fabuła, która dała mi bardzo dużo do myślenia. A mianowicie: Co jest ważniejsze? Nasi najbliżsi, czy nasze marzenia? Szczególnie poruszyło mnie to pytanie, ponieważ godzinę wcześniej podjęłam już decyzję, co jest dla mnie ważniejsze...

Film (w dużym skrócie) opowiada o pewnej parce. On - z marzeniem założenia własnego klubu jazzowego, ona - z marzeniem zostania sławną aktorką. Niestety, trudno budować związek, gdy ona jest w Paryżu na zdjęciach, a on w trasie koncertowej (która tak dla ścisłości nie była nawet jego celem). Tak czy siak, to nie może się udać! I powstaje pytanie – co robić? Walczyć o miłość? Zrezygnować z marzenia, przywiązać się do tej osoby i stworzyć sobie inne marzenia? Czyli jak to zostało powiedziane w filmie „dorosnąć”? Czy może spełniać swoje marzenia za wszelką cenę? Przecież świat jest pełen ludzi. Nawet na drugim końcu świata można znaleźć kolejną bliską osobę. Trudna decyzja... 

Dlatego właśnie ten film jest tak niesamowity. Bo pomimo banalnej fabuły, ma niebanalne zakończenie. Otóż większość z nas spodziewa się po bohaterach filmów, że wybiorą miłość. W końcu zawsze takie historie kończą się happyendem, ślubem i gromadą dzieci. A gdyby tak postaci wybrały własne marzenia? Nie nazwalibyśmy ich głupcami? Czyż miłość nie jest ważniejsza? Nie lubimy egoistów. Wolelibyśmy, żeby nasze ideały z ekranu potrafiły poświęcić siebie aż do końca. Ale czy można być szczęśliwym, rezygnując z marzeń? Liczne filmy próbują nam wmówić, że tak. „La la land” sugeruje coś innego. Oglądając go odnosimy wrażenie, że dopiero spełniając marzenia, wykorzystujemy nasze życie w całości, a ludzie, którzy zastąpią tych poświęconych znajdą się tak czy siak...


A teraz wyobraź sobie, że Ty musisz podjąć tego typu decyzję. Pomyśl o swoim największym marzeniu. O czymś, czego pragniesz od dziecka. I wybierz bardzo bliską Ci osobę. Mamę, przyjaciela lub partnera. I wiesz, że nie możesz mieć obu tych rzeczy. Wybrałbyś człowieka? Czy marzenie?

Boisz się, że wybierając marzenie zostajesz uznany za samoluba, nieliczącego się z innymi? Czy może obawiasz się, że wybierając osobę, nigdy nie zaznasz szczęścia, bo do końca życia będziesz pamiętać o odpuszczonym marzeniu? 

A teraz pomyśl, że decyzję musisz pojąć teraz, w tej chwili... Co wybierzesz?  

Pytanie oczywiście retoryczne. Każdy z nas ma swojego rodzaju hierarchię wartości i nikt nie powinien musieć się rozliczać z tego. Jest to sprawa całkowicie indywidualna i nie ma złej odpowiedzi na to pytanie. Ale warto mieć świadomość tego, co akurat dla Ciebie jest najważniejsze