sobota, 30 listopada 2013

O tym jak bardzo kocham Ślusi, Moni i Kasię

              Niedawno, świętując spóźnione urodziny M., zobowiązałam się napisać na blogu o tym, jak bardzo kocham Ślusi, Moni i Kasię. Tak więc oficjalnie to piszę! Kocham Was! I teraz mówię to na trzeźwo!
Z tego miejsca chciałabym im  podziękować za to, że są. Za to, że mogę na nich zawsze liczyć. Za to, że mnie wspierają. Za to, że można z nimi o wszystkim porozmawiać. Pośmiać się. Spędzić miło czas. Za wszystko. Dziękuję!

W ogóle tamtego wieczoru uświadomiłam sobie wiele ważnych rzeczy:
1. Mam wspaniałych przyjaciół, z którymi zawsze mogę porozmawiać
2. Moje życie jest wspaniałe, wszystko układa się w nim wspaniale: studiuję to, co chciałam, mam dobrą pracę, wspaniałego chłopaka, świetne współlokatorki, "normalną" rodzinę.
3. Aroniówka jest bardzo smaczna.
Tak więc nie mogę narzekać na swoje życie :-)  Wiem, że nie powinnam tego mówić publicznie, bo ludzie tego nie lubią.
Z jednej strony, to smutne, jacy jesteśmy zazdrośni, zawistni. Gdy tylko komuś się układa w życiu, tłumaczymy to tym, że pewnie jest oszustem. Albo "głupi ma zawsze szczęście". I przestajemy go lubić. Z reguły wolimy się przyjaźnić z ludźmi, którzy mają "gorzej" od nas. Szczerze mówiąc, nie rozumiem tego...

Kolejna rzecz, która przykuła ostatnio moją uwagę:
Chyba Paulo Coelho powiedział kiedyś, że oczy są zwierciadłem duszy.  Spróbujcie kiedyś, idąc ulicą, patrzeć ludziom w oczy. 99% z nich odwraca wzrok. Tak, jakby bali się, że w oczach wyczytamy całą prawdę o nich. To samo niestety często widzę rozmawiając ze znajomymi - strzelają oczami po kątach, patrzą na swoje paznokcie, na telefon - wszędzie byleby nie w moje oczy. Dlaczego tak bardzo się boimy patrzeć innym w oczy?


W moich głośnikach rozlega się piosenka "Last Christmas". Czyżby to znaczyło, że zbliżają się święta?... Znowu będzie Mikołaj, kolędy, ryba po grecku i barszcz z uszkami. Fajnie, tylko... jakoś z roku na rok coraz mniej czuję "magię świąt". Kiedyś już miesiąc wcześniej pisałam listy do Mikołaja, zastanawiałam się jak zrobić nowy łańcuch na choinkę, uczyłam się świątecznych piosenek, żeby móc się pochwalić przy wigilijnej kolacji. A teraz.... jest to dzień, w którym można się najeść innych potraw niż zwykle. Kiedy trzeba "pożyczyć" czegoś miłego każdemu po kolei, kto tylko wejdzie do domu. Kiedy zastanawiamy się, ile pieniędzy można wydać na prezenty, żeby było mniej więcej po równo. Kiedy idzie się na fajną Mszę o północy. Kiedy w telewizji pełno uśmiechniętych Mikołajów pijących Coca-Colę.  I tak dalej.... I pytam się Wasz wszystkich: Gdzie się podziała cała magia świąt?
Mam nadzieję, że w tym roku będzie w końcu inaczej!


czwartek, 14 listopada 2013

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy...

       Mam dzisiaj jakiś taki dzień, że wszystkim się ode mnie zbiera: dzieciom w pracy za hałasowanie, dziewczynom z mieszkania za pochlapaną podłogę. W takim razie jeszcze coś dorzucę:

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Rozmawia chłopak z dziewczyną. Dwójka studentów, poważnych, dorosłych ludzi. Wyglądali na bliskich znajomych. Chłopak- papieros między zębami, ręce w kieszeniach i jakże romantycznie prowadzi rozmowę: "No i k...., ja pier....,jaka z niej taka i owaka, bo k..... coś tam tam coś tam". Na co dziewczyna, równie romantycznie stwierdza: "No nie pier....! K...., serio?". 

Inna sytuacja. Sala wykładowa. Przy katedrze siedzi sobie pan profesor i opowiada o jakimś tam zawiłym fakcie matematycznym czy też fizycznym - nie ważne. Część studentów poświęca całą swoją uwagę telefonom, smartfonom, tabletom i innych cudom techniki, totalnie ignorując wykładowcę. Część odsypia noc spędzoną przed komputerem. Jest jeszcze jedna grupa, chyba najbardziej przyciągająca uwagę. Są to osoby, które prowadzą bardzo ambitne dyskusje, na różne bardzo ciekawe tematy. Najbardziej przykuł moją uwagę jeden temat "rozmów", a mianowicie... Siedzą sobie dwie, trzy dziewczyny, jedna obok drugiej, i przedrzeźniają profesora, dorzucają jakieś bezsensowne komentarze i wyrażają się w bardzo niewybredny sposób na temat treści wykładu.... 

Ludzie! Szanujmy siebie nawzajem!  I ich pracę również.
Czy tak trudno jest uśmiechnąć się do drugiego człowieka, potraktować go z życzliwością? 

Zawsze gdy myślę o tego typu sytuacjach, przypomina mi się dowcip:

Jedzie sobie grupka dresów tramwajem. Jeden z nich odzywa się:
- Mogliby wynaleźć jakiś proszek, żeby jak go rozpylić, to te wszystkie staruchy, co miejsce zajmują, żeby pozdychały.
Na co odzywa się jedna ze starszych pań jadących tym tramwajem:
- Spokojnie, jak ty będziesz stary, to taki proszek na pewno już wynajdą.

Jeśli nie będziemy szanować innych, dlaczego inni mieliby nas szanować?.... 

No, to tyle jeśli chodzi o narzekanie na społeczeństwo. Nie o tym chciałam pisać. 

Jest listopad. Czas zadumy nad przemijaniem i takie tam. Więc i ja coś na ten tamat się wypowiem. 

Minął już okrągły rok. Ten czas tak szybko leci... 
Przecież tak niedawno była podstawówka, bieganie po oponach na szkolnym boisku. Gimnazjum, w-f, który był najlepszym miejscem na plotki. A liceum i matura były wczoraj! Co się stało z tym czasem? Gdzie on uciekł? Kiedy? Jak? 

Bardzo lubię przeglądać zdjęcia moich rodziców z czasów, gdy byli oni jeszcze dziećmi lub nastolatkami. To przecież było tak dawno! Teraz mama jest mamą, tata tatą i trudno uwierzyć w to, że kiedyś myli tacy mali. Przecież tak bardzo się zmienili! A my... czas leci, a my się nie zmieniamy. Jesteśmy tacy sami jak na zdjęciach z dzieciństwa. Tylko troszkę więksi. Ale przecież ci sami... 
To jak to jest? Rodzice się zmieniali, a my nie? Hmmm... Smutna sprawa. Chyba jednak my też się zmieniamy. Nie chcę używać tego przykrego słowa, ale powoli to się nawet starzejemy ;) 

Zastanawiam się, czy ja się zmieniłam? No, z wyglądu może troszkę. Ale chodzi mi o coś ważniejszego. Co z  moim charakterem, zachowaniem, podejściem do wielu spraw? Czy coś się zmieniło?
Wydaje mi się, że nie. Chociaż z drugiej strony...

W gimnazjum bardzo lubiłam w-f. Plotki w trakcie rozgrzewki, później odbijanie piłki od siatki i dalsza część plotek. I tak przez 45 minut.  Pamiętam o czym najczęściej rozmawiałam z M.: o jej chłopaku, o moich miłostkach, o tej koleżance, o tamtej nauczycielce, czasem o jakimś tam sprawdzianie. I to były najważniejsze problemy: bo on się do mnie uśmiechnął, a ona to powiedziała to, a on to nie odpisał na SMSa, a ona to się ubrała tak.... W liceum były już troszkę inne tematy do rozmów. Chodziłam do pokoju 66 albo pod prysznic i rozprawiało się na temat liczb kwantowych i orbitali, Nagrody Nobla, płazińców, matury. Czasem przewinął się temat jakiegoś mniej lub bardziej interesującego chłopaka, który zachował się tak, chociaż powinien inaczej. A teraz? Najczęściej to się nie rozmawia. Na uczelni każdy siedzi wpatrzony w swojego tableta. W domu- wpatrzeni wszyscy w laptopa albo siedzą nad książkami. A jak już się zacznie rozmawiać, to coraz częściej wychodzi narzekanie na ludzi, na społeczeństwo, na politykę, na brata, chłopaka, szefa, profesora, sprzedawcę w sklepie... 
Czyli jednak coś tam się zmieniamy! 
Tylko czy na lepsze?

Minął rok. Przez ten czas dużo we mnie się zmieniło, nie wątpię. Na pewno moje podejście do wielu spraw, stosunek do otoczenia i do ludzi. I niewątpliwie On miał na to spory wpływ. To wszystko co było, było ważne. Ale teraz, jest teraz. I warto sobie to uświadomić - że już nie będziemy tacy jak dawniej. Że nie wrócą problemy jakie mieliśmy rok, dwa, trzy lata temu. Trzeba stawiać czoła nowej rzeczywistości, takiej jaka jest teraz. I nie ma co wracać zbyt często do przeszłości. Czasu nie cofniemy, nie zmienimy tego co już zrobiliśmy. Trzeba się z tym pogodzić i iść dalej. 
Teraźniejszość też dość szybko staje się przeszłością. Aby cokolwiek zrobić z sobą, ze swoim życiem, mamy tylko chwilę, pięć minut. Bo zaraz może być za późno! Dlatego moja rada na dziś: rusz się, spełnij jakieś swoje marzenie, zrób coś dla siebie. Coś, co będzie miało swoje skutki jutro, i pojutrze, i za rok... Bo ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy! Więc dbajmy właśnie o nie, i róbmy wszystko, by były jak najlepsze!