Dawno, oj bardzo dawno nie było żadnego posta. Ale teraz, kiedy
chwilowo nie jestem studentem jeszcze kilkanaście dni wolności!,
w końcu mam na to czas. No i nareszcie znalazłam temat – do tej
pory wszystko kręciło się wokół obrony ;)
Korzystając z
wolnego dnia (no tak, nie studiuję, to trzeba pracować) wybrałam
się z M.M. do kina. Na wybłagane przez nią „La La Land”. Zanim
zgodziłam się pójść, przeczytałam recenzję. Krótki opis filmu
zniechęcił mnie całkiem skutecznie. Ot, banalna historia. No
dobra, ma tam jakieś nominacje do czegoś, ale czym tu się
zachwycać... Ale M.M. tak prosiła, tam miałczała, że ona chce,
że nie było wyjścia. Przynajmniej popcornu się najem w doborowym
towarzystwie! Po 30 min reklam (jakże by inaczej), zaczęło się od
sceny, gdzie dziesiątki ludzi na środku zakorkowanej autostrady
tańczą i śpiewają. Wszyscy znają kroki, nikt nie gubi rytmu,
tancerze skaczą po autach – sytuacja z życia wzięta. No to się
pięknie zaczyna... - pomyślałam, układając się w pozycji
wygodnej do drzemania. Niestety, ciągłe komentarze M.M. nie
pozwoliły mi zasnąć, więc zmuszona byłam oglądać dalej. I całe
szczęście! Gdy aktorzy skończyli tą taneczną szopkę, zaczęła
się fabuła, która dała mi bardzo dużo do myślenia. A
mianowicie: Co jest ważniejsze? Nasi najbliżsi, czy nasze marzenia?
Szczególnie poruszyło mnie to pytanie, ponieważ godzinę wcześniej
podjęłam już decyzję, co jest dla mnie ważniejsze...
Film (w dużym
skrócie) opowiada o pewnej parce. On - z marzeniem założenia
własnego klubu jazzowego, ona - z marzeniem zostania sławną
aktorką. Niestety, trudno budować związek, gdy ona jest w Paryżu
na zdjęciach, a on w trasie koncertowej (która tak dla ścisłości
nie była nawet jego celem). Tak czy siak, to nie może się udać! I
powstaje pytanie – co robić? Walczyć o miłość? Zrezygnować z
marzenia, przywiązać się do tej osoby i stworzyć sobie inne
marzenia? Czyli jak to zostało powiedziane w filmie „dorosnąć”?
Czy może spełniać swoje marzenia za wszelką cenę? Przecież
świat jest pełen ludzi. Nawet na drugim końcu świata można
znaleźć kolejną bliską osobę. Trudna decyzja...
Dlatego właśnie
ten film jest tak niesamowity. Bo pomimo banalnej fabuły, ma
niebanalne zakończenie. Otóż większość z nas spodziewa się po
bohaterach filmów, że wybiorą miłość. W końcu zawsze takie
historie kończą się happyendem, ślubem i gromadą dzieci. A gdyby
tak postaci wybrały własne marzenia? Nie nazwalibyśmy ich
głupcami? Czyż miłość nie jest ważniejsza? Nie lubimy egoistów.
Wolelibyśmy, żeby nasze ideały z ekranu potrafiły poświęcić
siebie aż do końca. Ale czy można być szczęśliwym, rezygnując
z marzeń? Liczne filmy próbują nam wmówić, że tak. „La la
land” sugeruje coś innego. Oglądając go odnosimy wrażenie, że
dopiero spełniając marzenia, wykorzystujemy nasze życie w całości,
a ludzie, którzy zastąpią tych poświęconych znajdą się tak czy
siak...
A teraz wyobraź
sobie, że Ty musisz podjąć tego typu decyzję. Pomyśl o swoim największym marzeniu. O czymś, czego pragniesz od dziecka. I wybierz bardzo bliską Ci osobę. Mamę, przyjaciela lub partnera. I wiesz, że nie możesz mieć obu tych rzeczy. Wybrałbyś
człowieka? Czy marzenie?
Boisz się, że wybierając marzenie zostajesz uznany za samoluba, nieliczącego się z innymi? Czy może obawiasz się, że wybierając osobę, nigdy nie zaznasz szczęścia, bo do końca życia będziesz pamiętać o odpuszczonym marzeniu?
A teraz pomyśl, że decyzję musisz pojąć teraz, w tej chwili... Co wybierzesz?
Pytanie oczywiście retoryczne. Każdy z nas ma swojego rodzaju hierarchię wartości i nikt nie powinien musieć się rozliczać z tego. Jest to sprawa całkowicie indywidualna i nie ma złej odpowiedzi na to pytanie. Ale warto mieć świadomość tego, co akurat dla Ciebie jest najważniejsze.