Zawsze, kiedy jadę
sama samochodem, włączam radio i szukam stacji, gdzie akurat grają
cokolwiek, co znam. Puszczam wtedy muzykę tak głośno, żeby zagłuszała
moje fałsze, i śpiewam na cały głos. Nie ważne, jaki akurat mam
nastrój – po dwóch, trzech piosenkach zawsze jadę z uśmiechem
od ucha do ucha.
Ostatnio nie mogłam
trafić na nic, co bym znała na tyle, żeby chociaż poudawać, że
śpiewam... Na szczęście znalazłam w schowku jakąś starą
płytę. Okazało się, że większość utworów znam! Przede mną
jeszcze 20 kilometrów, czyli mnóstwo śpiewania!
Po kilku
prześpiewanych piosenkach trafiłam na taką, której nigdy dotąd
nie słyszałam. Już miałam przewinąć na coś znajomego, gdy
wpadł mi w ucho tekst, który zmusił mnie do refleksji...
Postanowiłam posłuchać do końca, licząc że jeszcze coś
ciekawego przekaże mi ten utwór, ale niestety – musiałam
zadowolić się tą jedną linijką...
„Spalone mosty to
najlepszy w życiu start”.
Ah, jak często mi
się zdarzało tak właśnie zaczynać. Gdy coś idzie nie tak,
wybierać inną drogę, a z tamtej rezygnować całkowicie i
nieodwołalnie – zrywać kontakt, usuwać numery, blokować na
portalach. Żeby przypadkiem ta osoba nie dała rady się ze mną
skontaktować. Bo jak tu spojrzeć w oczy komuś, kogo się zawiodło?
Jak potem odpisać osobie, która pomimo że pyta o drobiazg, na
pewno ma na myśli to, że gdzieś kiedyś wcześniej coś zawaliłaś.
Przecież lepiej zapomnieć o tej osobie. Spalić most. I zacząć od
nowa.
Wiem, że to nie
jest wyjście. Słyszałam to już nie raz. „Nie możesz tak
wiecznie uciekać!”. Ale z drugiej strony, dlaczego nie? Jeśli nie
odezwę się teraz, jutro, za miesiąc ani za rok – ta osoba
zapomni o mnie i o mojej porażce. Czyli jakby tej porażki nie było.
Tak, jakby nie powiedziało się czegoś głupiego. Tak, jakby się
nie wysłało maila. Tak, jakby się nie napisało na facebooku...
Czyli tak, jakby nic się nie stało. Tak jakby...
Jest też inny
problem. Co robić ze spalonym mostem? Pójść, nie odwracać się,
zapomnieć? Tak byłoby najlepiej. Podjąć decyzję i trzymać się jej. Niestety – bardzo często stoję i gapię się na ten
most. I nie potrafię się ruszyć. I zaczynam żałować, że go
spaliłam. Żałować, że już teraz nieodwołalnie muszę iść naprzód. I
mimo wszystko, mimo że już nie ma odwrotu, to stoję i patrzę... I nawet gdy już ruszę, potrafię
iść przed siebie i nie zwracać na nic uwagi, a jedynie myśleć o tym płonącym za mną
moście. A każdy, kto chociaż raz był na wycieczce w nowym,
nieznanym miejscu wie, że wystarczy chwila zamyślenia się, by
ominąć skrzyżowanie czy ważny punkt orientacyjny i całkowicie
się zgubić... I wtedy błądzimy.
Trudno jest trafić do celu, gdy
myśli się o czymś innym niż cel. I trudno jest do niego trafić,
jeśli w zasadzie nie wie się, dokąd się zmierza. A wtedy można
trafić w różne miejsca.
Również w te, w których nie chciałoby
się być.
Są też mosty,
których nie palę. Mimo że wiem, że prowadzą do miejsc, do
których nie powinnam iść. Ale jest coś takiego w człowieku, że
bardzo często chce tego, czego nie powinien chcieć. I nie
potrafiłabym spalić tego mostu, mimo że wiem, że po drugiej
stronie nie czeka na mnie nic dobrego. I mimo wszystko uparcie
wchodzę na ten most. Czasem przechodzę na jego drugą stronę,
mówiąc, że to ostatni raz. I gdzieś w głębi duszy mam nadzieję,
że ktoś podejdzie i spali go za mnie. Powie, że niestety nie mam
jak znowu tam pójść. Że pora ruszyć dalej. Wybrać coś innego. Lepszego. Ale nie nadchodzi nikt z ogniem... Więc idę
tam znowu. Ostatni raz.
Czasem jest też
tak, że przez przypadek wracasz do miejsca, w którym wcześniej
spaliłeś most. Przynajmniej tak Ci się wydawało. I okazuje się, że jednak most nie jest całkiem
zniszczony. Owszem, ledwo się trzyma. Ale gdyby być bardzo
ostrożnym, może uda się jeszcze przejść na drugą stronę. I to
jest jeszcze gorsze – bo stoisz i patrzysz. I musisz podjąć
decyzję – próbujesz się wrócić tam, gdzie już byłeś? Czy
idziesz dalej? Czy po drugiej stronie pamiętają, że to Ty
podpaliłeś ten most? Może myślą, że sam się zniszczył, że to
nie Twoja wina... Nie dowiesz się, dopóki nie przejdziesz. Co
zrobisz?