Mój weekend wyjątkowo rozpoczął się już w czwartek.
Postanowiłam więc pojechać do domku. Wsiadłam do pociągu i… 1,5h podróży
zamieniło się w prawie 3h. Aby powstrzymać wszelkie złośliwe komentarze na PKP
dodam, że to nie było tak, że mój pociąg się zepsuł! (Zepsuł się pociąg, który
jechał przed naszym i musieliśmy czekać aż go sprzątną, żebyśmy mogli jechać
dalej). Z racji tego, że dawno nic nie napisałam, a dość dużo się działo,
postanowiłam coś tu skrobnąć.
Pierwsza sprawa – Sylwester. Wiem, że był dość dawno i
większość już o nim zapomniała ( albo w ogóle go nie pamięta), ale mi ten dzień
utkwił w pamięci. W tym roku postanowiliśmy z M. spędzić go u niego w domu.
Pierwsza refleksja, jaka mi przychodzi do głowy w tym temacie: dużo się przez
ten rok zmieniło. Na przykład…nauczyliśmy się robić pizzę! Dokładnie rok
wcześniej robiliśmy naszą pierwszą i niestety skończyła w śmietniku. Tegoroczna
wyszła już na tyle dobra, że zajadali się nią wszyscy! Już słyszę Wasze myśli typu: „I co, całego
Sylwestra spędziliście robiąc pizzę?!”. A nie! Jeszcze graliśmy w „eurobiznes”,
WOTa i budowaliśmy czołg z papieru! No fakt, moje zdolności manualne nie
przekraczają poziomu klas 1-3 SP i czołg idealnie to udowadnia, ale to nie
istotne – frajdę mieliśmy przeogromną! Do tego budowa detonatora do
fajerwerków…. Nie sądziłam, że kilka kabelków, bateryjka i żaróweczka mogą
sprawić, że uznam, że „może fajerwerki jednak nie są takie złe”!
Kiedyś jadąc tramwajem nasza mnie taka myśl: „Jeśli chcesz
wywołać uśmiech na czyjejś twarzy, pomóż mu. Jeśli chcesz wywołać uśmiech na
swojej twarzy – pomóż komuś.” Dość zabawna zależność, ale tak jest.
Przynajmniej u mnie. Zawsze kiedy zrobię coś dobrego i widzę, że osoba, której
w jakiś sposób pomogłam (nie ważne, czy to było coś małego, czy trochę
większego) cieszy się, to mi też się chce mordka cieszyć. Ale są też inne
sposoby, żeby wywołać uśmiech na mojej twarzy. Pierwszy – ludzie. Zawsze
uważałam się, za bardzo aspołecznego Koca. A tu się okazuje, że wystarczy
posiedzieć chwilkę ze znajomymi z uczelni i wspólnie uczyć się z biologii,
pójść z moją Współlokatorką do Fresha albo skoczyć do Przystani na jutrznię i
chwilkę porozmawiać z innymi i już cały dzień wydaje się jakiś taki bardziej
kolorowy. I wcale nie musi się dziać nie-wiadomo-co! Wystarczy, że SĄ. Tak więc
moja aspołeczność powoli chyba zaczyna zanikać i wychodzę z tej Szklanej Kuli
Dla Chomika.
Znalazłam na facebooku wydarzenie dotyczące Słoika
Szczęścia. Polega to na tym, że każdego wieczoru wrzucasz tam karteczkę z
najfajniejszą rzeczą, jaka Cię danego dnia spotkała. Uświadomiłam sobie, że
zazwyczaj to co tam wpisuję jest związane z jakimiś ludźmi! Tak więc chyba
nawet Koce potrzebują innych do szczęścia!
Chciałabym jednak wspomnieć o dwóch karteczkach: z niedzieli
i z środy.
W niedzielę wydarzyło się coś, za co mogę dziękować mojej kochanej siostrzyczce. A mianowicie: ma ona „przyjaciela”, który zdecydował się pójść z nami na pielgrzymkę. Żeby było przyjemniej, wziął ze sobą bębenek (djembe co do ścisłości, nie ważne). Trochę mu pomarudziłam i zgodził się pouczyć mnie gry na tym. Było ciężko – poobijane palce, nerwówka, że nie wychodzi tak jak bym chciała, że nie mam poczucia rytmu, że nigdy się tego nie nauczę itd.. W dodatku to były tylko 2 tygodnie. Nie oszukujmy się, przez 2 tygodnie nie da się nauczyć grać! Pielgrzymka się skończyła, a ja postanowiłam kupić sobie bębenek. Tak myślałam o tym, myślałam, aż w końcu przyniósł mi go św. Mikołaj. Bębenek poleżał kilka tygodni pod stolikiem z Blaisem, aż w końcu podjęłam decyzję, że muszę z niego zrobić użytek. I choćbym miała stać się pośmiewiskiem wszystkich – zagram na nim na najbliższej Mszy w Przystani. W gruncie rzeczy znam tylko dwa rytmy, więc za bardzo nie ma co liczyć na to,że, coś mi wyjdzie. A dopasowywanie rytmu to nie jest moja mocna strona. Poszłam na próbę i słucham, co chcą grać. „Chwalcie Pana Niebios, chwalcie go na cytrze”. Idealnie! Jest to ta piosenka, którą Marleny „przyjaciel” męczył mnie przez pół pielgrzymki. Zagrałabym ją w środku nocy! Gram- na początku kiepsko, ale w końcu przypomniałam sobie „jak to leciało”. Msza. Pierwszy raz w życiu siedzę na miejscu scholi. Dziwne uczucie. Do tego dostałam za zadanie granie wstępu razem ze skrzypcami (swoją drogą – bębenek grał pierwsze skrzypce ze skrzypcami - zabawne!) Zaczynamy. Jest jakoś tak – żywo! Po mszy – wszyscy w szoku. Podchodzą, pytają o bębenek, czy gram, jak długo się uczę, że było fajnie, żebym za tydzień też grała…. Coś pięknego! Tego uczucia nigdy nie zapomnę – mój debiut na bębenku. Kto by pomyślał, że jednak Koc, któremu „słoń nadepnął na ucho, i na szczęście okazało się to prawdą” (taki humor z mojego zeszytu z podstawówki) potrafi na czymś zagrać!
W niedzielę wydarzyło się coś, za co mogę dziękować mojej kochanej siostrzyczce. A mianowicie: ma ona „przyjaciela”, który zdecydował się pójść z nami na pielgrzymkę. Żeby było przyjemniej, wziął ze sobą bębenek (djembe co do ścisłości, nie ważne). Trochę mu pomarudziłam i zgodził się pouczyć mnie gry na tym. Było ciężko – poobijane palce, nerwówka, że nie wychodzi tak jak bym chciała, że nie mam poczucia rytmu, że nigdy się tego nie nauczę itd.. W dodatku to były tylko 2 tygodnie. Nie oszukujmy się, przez 2 tygodnie nie da się nauczyć grać! Pielgrzymka się skończyła, a ja postanowiłam kupić sobie bębenek. Tak myślałam o tym, myślałam, aż w końcu przyniósł mi go św. Mikołaj. Bębenek poleżał kilka tygodni pod stolikiem z Blaisem, aż w końcu podjęłam decyzję, że muszę z niego zrobić użytek. I choćbym miała stać się pośmiewiskiem wszystkich – zagram na nim na najbliższej Mszy w Przystani. W gruncie rzeczy znam tylko dwa rytmy, więc za bardzo nie ma co liczyć na to,że, coś mi wyjdzie. A dopasowywanie rytmu to nie jest moja mocna strona. Poszłam na próbę i słucham, co chcą grać. „Chwalcie Pana Niebios, chwalcie go na cytrze”. Idealnie! Jest to ta piosenka, którą Marleny „przyjaciel” męczył mnie przez pół pielgrzymki. Zagrałabym ją w środku nocy! Gram- na początku kiepsko, ale w końcu przypomniałam sobie „jak to leciało”. Msza. Pierwszy raz w życiu siedzę na miejscu scholi. Dziwne uczucie. Do tego dostałam za zadanie granie wstępu razem ze skrzypcami (swoją drogą – bębenek grał pierwsze skrzypce ze skrzypcami - zabawne!) Zaczynamy. Jest jakoś tak – żywo! Po mszy – wszyscy w szoku. Podchodzą, pytają o bębenek, czy gram, jak długo się uczę, że było fajnie, żebym za tydzień też grała…. Coś pięknego! Tego uczucia nigdy nie zapomnę – mój debiut na bębenku. Kto by pomyślał, że jednak Koc, któremu „słoń nadepnął na ucho, i na szczęście okazało się to prawdą” (taki humor z mojego zeszytu z podstawówki) potrafi na czymś zagrać!
A co było na karteczce w środę? Otóż zadzwonił M. i
poinformował mnie oficjalnie, że jednak idziemy na jego studniówkę!!! J
Jest jeszcze jedna sprawa, o której chciałam napisać. Wiąże
się ona z wydarzeniami z facebooka, Mszą i Maćkiem, a mianowicie: innym
wydarzeniem do którego zostałam zaproszona była Nowenna o Dobrego Męża. W
skrócie chodzi o to, że przez 9 dni trzeba chodzić na Mszę, czytać fragmenty PŚ
i wykonywać różne przemyślenia. „W zamian” za to, dostaje się „od Góry” w
przyszłości świetnego męża (no nie do końca tak to wygląda, ale nie ważne).
Myślę sobie – co mi szkodzi. Przecież 9 dni to nie aż tak dużo. A w tym była
niedziela i Trzech Króli, gdzie tak czy siak trzeba iść… Spróbuję! Było bardzo
miło, lekko i przyjemnie…. Do czasu. Nastał taki dzień, że zaczynałam lekcje o
7.30, a kończyłam o 18.35. Nie znalazłam żadnej Mszy, na którą bym wieczorem
zdążyła. Musiałam więc iść rano. Po obliczeniach wyszło mi, że musi to być o 6.30
(30’ Mszy + dojście na uczelnię). Z dojściem do kościoła- wyjście z domu o
6:00. Nie ma opcji! Nie będę przecież wstawać o 5 rano tylko po to,żeby pójść
na Mszę, na którą nie muszę iść! A poza tym, przecież ta nowenna i tak nie
zadziała, i to bez sensu, i w ogóle wracam spać. Zawsze jednak udawało mi się
jakoś w ostatniej chwili podnieść z łóżka i ruszyć się. Uważam, że było warto.
Po pierwsze – dowiedziałam się bardzo dużo o sobie. Po drugie – o swoim
przyszłym Mężu. Po trzecie – miałam okazję być na przepięknej Mszy! Jedna z
bardziej emocjonujących, z tych, które miałam okazję doświadczyć. I nawet gdybym jednak
miała nie dostać tego „Dobrego Męża”, to tego co przeżyłam już mi nikt nie
zabierze! No i polecam wszystkim taką inicjatywę. 9 dni to nie jest dużo, a
można doświadczyć czegoś pięknego.
Dzisiejszy wpis jest wyjątkowo długi – przepraszam, tak
jakoś wyszło. Dużo się działo, długo nie pisałam, więc troszkę się nagromadziło
myśli do przelania.
Na zakończenie dziękuję jeszcze wszystkim tym wspaniałym
osobom, które to czytają i przekazują mi
swoje opinie. To bardzo miłe z Waszej strony i jestem za to wdzięczna!