Czyżby znowu zbliżały się święta? Za oknem facet sprzedaje świerki ( a nie jak głosi napis "CHOINKI"!), w radio na okrągło "last christmaz aj gejw ju maj hart" i "Snoł is snołing", przed pasażem świeci się choinka ("Mamo,mamo, choinka się pali")... No nie ma niby śniegu, ale i tak już wszyscy wpadli w świąteczny szał. Nawet ja temu trochę uległam. Po pierwsze - kupiłam już wszystkie prezenty! Leżą w pokoju na kanapą i czekają aż ktoś ja zapakuje i wsadzi pod choinkę. Po drugie - stwierdziłam, że w końcu ruszę to leniwe ciało na jakieś rekolekcje. Oczywiście padło na Przystań :-)
Myślę sobie - dawno mnie tam nie było. Pewnie zaraz będę musiała się tłumaczyć, dlaczego nie miałam czasu. Więc tak troszkę chyłkiem, żeby mnie nikt nie widział, cichutko, na paluszkach. Patrzę - człowiek! No tak, zaraz się zacznie. "- Dobrze cię widzieć!". O, nie ma żadnego opierdzielu! Jak miło!
Wchodzę do kaplicy. Mało ludzi. Może coś pomyliłam? Może to nie dziś? Ale nie, wszystko się zgadza. Nawet przyszedł ksiądz. Ze Szczecina! Znaczy, nie że przyszedł ze Szczecina. Stamtąd to pewnie przyjechał. Ale przyszedł do nas. I nawet mu się chciało mówić do tej garstki biednych małych ślimaczków. I to jak mówił! Tak mówił, że aż stwierdziłam, że muszę napisać coś na blogu. Więc szacun dla niego!
Mówił w sumie o wielu ciekawych rzeczach. Na przykład o tym, jak często ludzie zapominają o najważniejszym. Tu pojawiła się historia o kobiecie w rajstopach (mam nadzieję, że ksiądz nie pozwie mnie za przytoczenie jej, ale po prostu jest tak zabawna, że muszę!):
Chodzi ksiądz po kolędzie. Wchodzi do jednego z domów, patrzy, w korytarzu kobieta. Nagle ona łapie się za głowę i krzyczy "O Boże!". Na co ksiądz to samo: "O Boże" - babka w pięknej bluzeczce, rajstopach... i no właśnie, samych rajstopach.
Pani: O Boże, bo ja jeszcze nie gotowa!
Ksiądz: Widzę...
<Pani biegnie do salonu, kładzie obrusik, świeczki, krzyżyk. Dumna z siebie, że tak sprawnie jej poszło>
Pani: No, już!
<Ksiądz patrzy na nią: najpierw patrzy jej głęboko w oczy a następnie schodzi wzrokiem w dół. Kobieta podąża za jego spojrzeniem....>
No i wtedy uświadomiła sobie, że nie założyła spódnicy. Podobno jej mina była bezcenna :-D
No, ale do czego zmierzam. Zapominamy o tym, co jest najważniejsze. Zbliżają się święta: trzeba kupić choinkę, światełka, posprzątać mieszkanie, zamówić karpia, ulepić uszka. W domu cały czas nerwówka.
"Nie tak tą choinkę, bardziej w lewo".
"Gdzie ty tą bombkę wieszasz?! Ładna jest, daj ją tak, żeby było ją widać!"
"Porozklejają się te uszka! Co ja ludziom dam w tedy do jedzenia?"
"Nie!Nie!Nie! Opłatek nie może leżeć na tym talerzyku! Weź tamten!"
"Nie teraz prezenty! Zjedz najpierw, bo wystygnie! Nie po to stoję przy garach cały dzień, żebyśmy jedli zimne!"
Kto z Was nigdy nie słyszał tego typu zdań?
I jak tu czerpać przyjemność z ubierania choinki, prezentów czy świątecznego obżarstwa?
Moja rada: wyluzujmy trochę! Nie zawsze wszystko musi być aż tak idealne.
Już słyszę głosy oburzenia Przystaniowiczów - nie o to chodziło księdzu! Coś jeszcze jest ważniejsze w tym dniu!
Tak, racja. Ale co to jest, każdy powinien odpowiedzieć sobie sam.
Drugi ciekawy aspekt, który poruszył ksiądz podczas rekolekcji to odpowiedź na pytanie: "Dlaczego los mnie tu postawił?".
Bardzo mnie ten temat poruszył. Często się zastanawiamy "Dlaczego MNIE to spotkało?". I narzekamy, i się załamujemy, i jest już tylko gorzej. A może warto zastanowić się "Po co los mnie tu postawił?".
Kiedyś, chyba na pielgrzymce, słyszałam taką rozkminę:
Z Bogiem to nie jest tak, że daje Ci dokładnie to o co prosisz. Jeśli prosisz o siłę, to nie poczujesz nagle jakiegoś mega POWERa, który sprawi że będziesz super hero. Nie. On stworzy Ci sytuację, w której uświadomisz sobie, że jednak masz tą siłę.
Trzeba jednak odpowiednio tą sytuację wykorzystać i uświadomić sobie że "po coś" nas to spotkało.
Chociaż nasuwa mi się tu od razu taki werset: prosiłem Boga o drzewo, dał mi las. Tak więc nie wiem, jak to na prawdę z tym dawaniem jest....
Jedną z rzeczy o jakiej jeszcze mówił ksiądz to piramida wartości. To co in sugerował na pewno było bardzo wzniosłe, piękne i w ogóle. Ale nie czarujmy się - mało kto z nas może powiedzieć, że w jego życiu faktycznie tak to wygląda. Że rodzina jest mniej ważna od prawdy, a uczciwość ważniejsza niż pieniądze. Wiadomo, pięknie by było gdyby tak było, ale jest jak jest... Zmierzam do czegoś innego:
Bardzo często mam taką sytuację... Siedzę nad książkami, bo mam niedługo jakąś tam kartkówkę czy kolokwium. Nagle dostaję wiadomość, czy nie poszłabym jutro do pracy, czy nie udzieliłabym korków. Albo czy nie wyszłabym gdzieś z kimś. Wiem, że nie dam rady zrobić i tego i tego. Dlatego warto wiedzieć, co jest dla mnie ważniejsze: dobra ocena za sprawdzian czy dodatkowe pieniądze? Pieniądze czy spotkanie ze znajomymi? Trzeba umieć w życiu określić, co ma dla nas jaką wartość. Bo po pierwsze - łatwiej nam się w tedy zmobilizować. Bo jeśli wiem, że moje zdrowie jest dla mnie ważniejsze niż przyjemności jakie mogę czerpać ze spotkania z przyjaciółmi, to zmobilizuję się do pójścia na basen, zamiast na piwo.
Nie chcę tu nikomu narzucać, co powinno być najważniejsze! Jedynie radzę zastanowić się, co dla Ciebie jest najważniejsze i być temu wiernym, a nie bycie jak chorągiewka, i to w dodatku bardzo leniwa chorągiewka, która zawsze wybiera to, co najłatwiejsze, a nie to, co najważniejsze!
Dużo ciekawych tematów zostało poruszonych na rekolekcjach. Część zapomniałam, do części miałam zbyt osobiste przemyślenia, żeby je tu opisywać, a do niektórych zbyt złożone, by komukolwiek chciało się to czytać.
Tak już odchodząc od tematu rekolekcji: kilka dni temu usłyszałam od jednej z osób na uczelni, że przeczytała mój wpis. Bardzo mi się miło zrobiło, bo całkowicie jej o to nie podejrzewałam. Szczerze mówiąc, myślałam, że tylko 3 osoby to czytają (i to tylko dlatego, że pojawia się tam coś o nich lub o ich synu ;) ). A tu taka niespodzianka! Tak więc przyznaję - lubię jak mi mówicie, że to czytacie. A jak mówicie, że Wam się podobało - to już w ogóle rosnę o kilka centymetrów (przy moim wzroście to błogosławieństwo!).
A tak jeszcze na poprawę humoru na sam koniec:
Gdy byłam mała bardzo lubiłam piosenkę "Lola lola" zespołu Bajm. Zdarzało mi się dość często ją gdzieś tam śpiewać. Jednak w natłoku otaczającej mnie muzyki zapomniałam o niej. Kilka dni temu na nią trafiłam przez przypadek i uświadomiłam sobie o czym śpiewałam. Troszkę się załamałam ;)
niedziela, 14 grudnia 2014
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Serce nie sługa
Od długiego czasu marudzę, że muszę wybrać się do kina, bo nazbierało się sporo filmów, które muszę obejrzeć. Z tego powodu niesamowicie ucieszyła mnie propozycja Mojej Współlokatorki, abyśmy się wybrały dziś do Pasażu na film. Tym bardziej, że zaproponowała tytuł, który znajdował się na pierwszym miejscu mojej listy. Nic, że tyle nauki, że sprawozdanie na jutro do oddania, że dwie kartkówki z rana, a ja nic nie umiem jeszcze - to wszystko nie ważne! Idziemy na film!
I tu rozczaruję wszystkie osoby, które myślały, że tytuł posta dotyczy jakiejś nowej miłości, poznanej w kinie. O co więc chodzi? O film "Bogowie".
Ogólnie - niesamowity. Taki "polski" - co kilka sekund lecą "urwały", raz na kilka minut przelewa się wódka - typowy obraz Polaków. Ale nie to jest najważniejsze. Nawet nie to, jak świetnie to naszym aktorom wyszło. I nawet nie realizm, krew czy co tam jeszcze ludzie chwalą. Bardziej zafascynowała mnie inna sprawa, zobacz:
Chcesz założyć firmę. Bardzo dużą. Taką, jakiej nie ma jeszcze w Twoim mieście. Ba, nawet w województwie. Może nawet w kraju. I masz wizję - wiesz jak to ma wyglądać, jak będzie działać. Masz nawet jakiś pomysł, kogo tam zatrudnić. Jest tylko jeden problem - nie masz na to pieniędzy. No niestety - na założenie firmy nie wystarczy te kilka złotówek uzbieranych w skarbonce czy w skarpecie pod materacem. A szczególnie, jeśli tą firmą jest klinika kardiochirurgiczna. Facet jednak dał radę - odmówili mu pomocy raz, drugi, trzeci. Chcieli mu zabrać wszystko. Ale on się nie poddał i udało się - o czym świadczy już sam fakt, że nakręcili o nim film!
Film wywarł na mnie niesamowite wrażenie i skłonił do mnóstwo refleksji. Między innymi na temat, jak dużo trzeba w życiu poświęcić, żeby osiągnąć Cel. Ale nie jakiś tak malutki, ale właśnie Cel, pisany przez duże C. Wystarczy poświęcić kilka nieprzespanych nocy? A może życie towarzyskie? Rodzinę? W jaki sposób się dochodzi do sukcesu? Czy je na to przepis? Czy można pogodzić 100% sukces z innymi, mniejszymi sukcesikami? Czy może trzeba zrezygnować ze wszystkiego?
Często zdarza się, że człowiekowi po prostu nie wychodzi. I w tedy zaczynają się pytania: a gdybym zrobił to inaczej? Może byłoby lepiej?
To mi przypomina naszą ostatnią rozmowę, jaką przeprowadziłam z Moją Kochaną Współlokatorką - o podejmowaniu decyzji. Każdy z nas podejmuje codziennie decyzje - co zjeść na śniadanie, czy pójść na wykłady, jaki prezent kupić pod choinkę. O ile trzeba dokonać wyboru, to raczej nie mają one zbyt wielkiego wpływu na nasze życie. Oczywiście, może się zdarzyć, że zjesz płatki zamiast kanapek, przez to szybciej zgłodniejesz, więc pójdziesz do sklepiku po bułkę, a tam spotkasz miłość swojego życia. Ale zostawmy aż tak głęboką analizę. Chodzi mi o inny typ decyzji - takie, które zmieniają całe Twoje życie i jesteś tego świadomy, ale nie wiesz, czy zmienią na lepsze, czy na gorsze. Na przykład wybór miejsca zamieszkania - miliony konsekwencji, żaden wybór nie wydaje się słuszny, a jednocześnie oba są dobre. Tu łatwiej o pracę, tu bliżej do rodziny i znajomych, tu większe perspektywy, tu taniej. Albo decyzja o ślubie - Czy teraz? Czy w ogóle? Czy z tym? Jeśli tak, to kiedy? Nie za wcześnie? Nie za późno? Może też, czy wybrać pracę czy naukę? Dobrze by było już mieć swoje pieniądze, odkładać na przyszłość. Ale z drugiej strony, studia są ważne. Ale czy aż tak? Czy nie lepiej mieć praktykę, nawet w kiepskim zawodzie, niż sam tytuł w dobrym? Jaki kierunek studiować? Coś, co polecają rodzice? Przecież są starsi, znają się. A może to, co polecają ludzie? W końcu tyle osób nie może się mylić. A może coś, co lubię? Przecież ważne, żeby robić coś fajnego, a nie dużo zarabiać.
Jak dowiedzieć się, która decyzja będzie najlepsza? Czy można, jak w "Efekcie motyla" cofnąć się w czasie i wszystko naprawić? A może każdy wybór da się naprawić już z przyszłości?
To tak troszkę refleksyjnie - zastanówcie się nad tym, pomyślcie. A może ktoś zna sposób, jak przez to przebrnąć?
A teraz coś przyjemniejszego: informuję wszem i wobec, że miałam najlepszy mikołajkowy weekend na świecie! Ścianka wspinaczkowa, występ kabaretu "Limo", mało czasu zmarnowane, większość spożytkowana bardzo efektywnie i efektownie. Dawka śmiechu, która już trzeci dzień nie pozwala mi zgasić uśmiechu z mojej twarzy robi swoje!
Jedno tylko rozczarowanie mnie spotkało. Zawsze, gdy byłam młodsza, 6 grudnia wraz z siostrą budziłyśmy się nad ranem tylko po to, żeby jak najszybciej zobaczyć, co nam Mikołaj przyniósł. Potrafiłyśmy nawet o 5 rano stawiać wszystkich w mieszkaniu tylko po to, żeby się pochwalić co dostałyśmy. A w tym roku budzę się, a tam Mikołaj nic mi nie zostawił :( Widać byłam niegrzeczna....
Na szczęście pewien pomocnik Mikołaja zadbał o mnie i przez innego pomocnika dostarczył mi słodkości, które jeszcze bardziej umiliły mi ten "fajowski" weekend. Tak więc Kramski Mikołaju, bardzo dziękuję za słodki prezencik! :-)
środa, 12 listopada 2014
Niezwykłe zwykłe rzeczy
I znowu tak troszkę refleksyjnie...
"Jak ten czas szybko leci", prawda? Guzik prawda. On nie leci szybko. On zasuwa z prędkością światła i mija nas, zanim zdążymy się obejrzeć. Najpierw się dziwisz, kiedy minął ten dzień. Później, że już koniec tygodnia, miesiąca. Aż w końcu uświadamiasz sobie, że to minęły już dwa lata... I zastanawiasz się - jak to możliwe? Przecież to było tak niedawno. Przecież wszystko pamiętam tak dokładnie. Przecież to było wczoraj....
Ten weekend upłynął pod znakiem rocznicowym. Mój Najfajniejszy Facet Na Świecie zaprosił mnie do siebie i sprawił, że tą rocznicę zapamiętam na zawsze.
Zaczęło się całkiem normalnie: przyjechałam, chwilę pogadaliśmy, pocieszyliśmy się, że się widzimy. Jednak już od poranka następnego dnia, zaczęła się zabawa:
Na dobry początek dnia zaczęliśmy od rozwiązywania zadań z fizyki. Nie ma nic lepszego, niż poprzekształcanie kilku wzorów przy śniadanku. Prawdziwa przyjemność dla przyszłego Zdobywcy Nagrody Nobla! Najpierw coś dla ducha, później dla ciała. Wyszliśmy więc na podwórko i ciężko pracowaliśmy. Znaczy On ciężko pracował. Tak ciężko, że aż się zmęczyłam od samego patrzenia! Wiem, że zabrzmi to okropnie, ale dobrze się bawiłam, patrząc jak pracuje. Tak mi się to spodobało, że jeszcze dwa dni później wyciągnęłam go do roboty! Jednak w ramach zemsty, kazał mi ubrać NIEMIECKI mundur. Ale czego się nie robi z miłości... Do tego gównowiaczki....znaczy.... gumowiaczki, czapka moro i 5 rozmiarów za duża kurtka (oj tam, podwinie się rękawy i będzie dobrze). Kazał mi wsiadać do samochodu i wywiózł gdzieś z dala od cywilizacji - jakieś stawy, rzeka, błoto, gryzące komary, chaszcze po kolana, drzewa pocięte przez bobry... Całkowite odludzie! No, z wyjątkiem mnóstwa wędkarzy, ale prawie ich nie było widać w tych śmiesznych moro wdziankach.
W międzyczasie były jeszcze kręgle. Na początku szło całkiem dobrze - wiedziałam, jak wziąć kulę do ręki. Zasady też okazały się być całkiem proste - po prostu zbij wszystkie pachołki. Łatwizna! Za pierwszym razem udało mi się coś tam strącić, za drugim też (szczęście początkującego?). Nawet zaczęłam z nim wygrywać! I w tedy stało się coś dziwnego.... Prawie wszystkie moje kule zaczęły uciekać na boki, nie zbijając nic. Nie chcę nic sugerować, ale na pewno ktoś tu oszukiwał, bo nie chciał żebym wygrała! Niestety nie udało mi się załapać nikogo na gorącym uczynku, jak steruje moją kulę, więc musiałam przyznać się do porażki. Czyli kolejna gra, w którą z Nim przegrywam. I weź tu z takim w cokolwiek graj, jak i tak wiesz, kto wygra...
Oczywiście były też inne emocjonujące atrakcje! Na przykład jazda quadem. Szaleństwo: pędząc z prędkością 10km/h, na jedynce, po tak bardzo równej drodze.... Ach ta adrenalina! Szczególnie z perspektywy biernego obserwatora (z mojej perspektywy)! Niestety nie było dane mi również poczuć wiatr we włosach, ponieważ po tych wyczynach On stwierdził, że to zbyt niebezpieczne jak dla mnie. W sumie racja - nawet z rowerem miałam problem. Bo też głupie pomysły! Jakieś linie na boisku, skrzyżowania, rondo - i masz po tym jechać zgodnie z przepisami. I nie najeżdżać na linie. I jeszcze patrz za siebie, czy możesz się włączyć do ruchu! I na rondo wjeżdżaj od tej strony! I uważaj na pasach! Jejku... Od pół roku jeżdżę po Wrocławiu rowerem i nigdy nie musiałam zwracać uwagi na takie drobnostki...
We wtorek był jeszcze basen. Na dobry początek technika pokonała Kocyka - jakiś zegareczek, barierka i wymyśl co tu zrobić, żeby przejść... Na szczęście Uprzejma Pani Z Okienka z uśmiechem (politowania) wyjaśniła, że trzeba to przyłożyć tu i przejść. Później już było fajnie. Zrobiliśmy wyścig kto szybciej przepłynie całą długość basenu, później kto szybciej zjedzie na zjeżdżalni. Oczywiście mogliśmy tego nie robić, bo i tak było wiadomo kto wygra...
To co ciekawe, Zielona Góra się rozwija. Dwa lata temu, gdy zostaliśmy z ekipą w Bursie, wściekałyśmy się że nigdzie nie ma żadnych otwartych sklepów. Byłyśmy we wszystkich okolicznych i wszystkie były zamknięte. Przed śmiercią głodową uratowały nas dopiero automaty w Bursie. A w tym roku - prawie wszystko otwarte. Z wyjątkiem Burger House'a :(
Ogólnie podsumowując i reasumując był to jeden z najfajniejszych weekendów w moim życiu. Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek w to wątpił, to rozwiewam wszelkie wątpliwości: mam Najfajniejszego Faceta Na Świecie! W sumie to chyba z nim pobędę jeszcze z rok, żeby zobaczyć, czy w przyszłym roku wymyśli coś jeszcze lepszego na rocznicę :-D
niedziela, 2 listopada 2014
Kocyk Kocykowi nie równy
Po pierwsze chciałabym podziękować wszystkim, którym chce się poświęcić te 5 minut na przeczytanie moich słowotoków. Dzięki Wam mój blog przekroczył 1000 wyświetleń! Może to głupie, ale właśnie dzięki świadomości, że ktoś to w ogóle czyta, chce mi się jeszcze pisać! Dziękuję! :-)
A skąd dzisiaj taki dziwny tytuł?
Był sobie Koc, zwykły jak koc. A zwał się ten Koc, Jakiś Tam Jakiś.
No i jakoś sobie ten Koc egzystował - chodził na uczelnię, czasami pracował. Wieczorami oglądał "Chirurgów" (to nie jest żadna kryptoreklama!), i już po 21 chodził spać. W weekendy - to samo. Trochę książek, trochę spania... Mieszkał rok we Wrocławiu i nadal nie widział ZOO, Promenady Staromiejskiej czy Ogrodu Botanicznego. Nie wiedział, jak założyć kartę w bibliotece, gdzie można spotkać się ze znajomymi, czy gdzie zjeść coś dobrego. Ale Kocowi to nie przeszkadzało. Był szczęśliwy, bo dobrze mu szło na studiach, dogadywał się ze współlokatorami, nawet miał jakąś tam maluteńką garstkę znajomych, którzy wpadali do niego na piwo.
Jednak Koc miał też marzenia. Ale bał się je spełnić. Chciał pojechać w góry. Ale jak? Tak samemu? Przecież do niebezpieczne! A z Nim? Przecież on nie będzie chciał. A znajomi? Ale w tedy to nie będzie tak fajnie. Chciał pójść na ściankę wspinaczkową. Ale samemu? Ale z kim? Ale jak to załatwić? Chciał nauczyć się grać w tenisa. Skąd wziąć pieniądze? Gdzie znaleźć kogoś kto mnie nauczy? Chciał.... dużo było rzeczy, które Koc chciał zrobić. Na co dzień był tak zajęty innymi rzeczami, że mu nie przeszkadzało, że tego nie robi. Ale czasami, gdy leżał już w łóżku, w pokoju było ciemno, to patrzył w sufit i marzył....
Był też drugi Koc. On już nie był zwykły. To był bardzo interesujący Koc. Siedział dość sporo na uczelni, ale podobało mu się to. Uczył się ciekawych rzeczy. I pomimo, że miał dużo zajęć, znajdywał czas na bieganie, na czytanie ciekawych książek, na poznawanie nowych miejsc we Wrocławiu, na pracę, na korepetycje, na spotkanie ze znajomymi. Wiedział, gdzie we Wrocławiu warto pójść - miał kilka ulubionych miejsc, wielu z nich znał historię i gdy przyjeżdżali do niego znajomi, spełniał swoje dawne marzenie i na te kilka godzin stawał się przewodnikiem. Umiał wszystko załatwić,wiedział gdzie co znaleźć, ewentualnie do kogo zwrócić się po pomoc. W ramach w-fu zapisał się na tenisa ziemnego i pomimo tego, że zupełnie mu to nie wychodziło, co tydzień chodził z uśmiechem na kort. Udało mu się pójść na ściankę i się troszkę na niej poobijać. Był w górach i zdobył szczyty, o których nawet nie marzył. Nie marnował całego dnia na spanie, nie potrzebował seriali czy gier komputerowych - miał dużo lepsze atrakcje na co dzień! Ponadto Koc miał wielu przyjaciół i znajomych. Znalazł grupę ludzi, którzy przyjęli go z otwartymi ramionami i powiedzieli, że należy teraz do nich. Znalazł ludzi, którzy cieszą się na jego widok. Znalazł ludzi, dla których "dobrze że jest". Koc był szczęśliwy. Jednak czasami, gdy leżał już w łóżku, w pokoju było ciemno, to patrzył w sufit i marzył... A raczej planował.
No właśnie! Jaka jest różnica między tymi dwoma Kocami?
Pierwszy Koc żył tym, co mu los zesłał. Było jak było, i to było dobre. Nie miał na co narzekać.
Drugi Koc planował. Miał swoje cele, plany i pragnienia i dążył do ich realizacji!
Kiedyś jeden z moich nauczycieli powiedział mi, że statystycznie ludziom częściej udaje się spełnić swoje marzenia, jeśli potrafią je zobaczyć. Dlatego dobrym ćwiczeniem jest napisanie swojego przyszłego CV. Ja za 2,5, 10 lat. Jak wygląda moje życie? Co osiągnąłem? Czym się zajmuję?
Warto się zastanowić jakie są moje plany na przyszłość. Pozostawienie wszystkiego takim jakim jest i czekanie co z tego wyniknie, rzadko się sprawdza.
Dlatego nie bądźmy jak ten pierwszy Koc, tylko weźmy sprawy w swoje ręce!
A tak jeszcze na marginesie... Żeby pierwszy Koc stał się drugim Kocem, wystarczyły dwa tygodnie. Konkretnie, dwa tygodnie września. Ciekawe, prawda?
A skąd dzisiaj taki dziwny tytuł?
Był sobie Koc, zwykły jak koc. A zwał się ten Koc, Jakiś Tam Jakiś.
No i jakoś sobie ten Koc egzystował - chodził na uczelnię, czasami pracował. Wieczorami oglądał "Chirurgów" (to nie jest żadna kryptoreklama!), i już po 21 chodził spać. W weekendy - to samo. Trochę książek, trochę spania... Mieszkał rok we Wrocławiu i nadal nie widział ZOO, Promenady Staromiejskiej czy Ogrodu Botanicznego. Nie wiedział, jak założyć kartę w bibliotece, gdzie można spotkać się ze znajomymi, czy gdzie zjeść coś dobrego. Ale Kocowi to nie przeszkadzało. Był szczęśliwy, bo dobrze mu szło na studiach, dogadywał się ze współlokatorami, nawet miał jakąś tam maluteńką garstkę znajomych, którzy wpadali do niego na piwo.
Jednak Koc miał też marzenia. Ale bał się je spełnić. Chciał pojechać w góry. Ale jak? Tak samemu? Przecież do niebezpieczne! A z Nim? Przecież on nie będzie chciał. A znajomi? Ale w tedy to nie będzie tak fajnie. Chciał pójść na ściankę wspinaczkową. Ale samemu? Ale z kim? Ale jak to załatwić? Chciał nauczyć się grać w tenisa. Skąd wziąć pieniądze? Gdzie znaleźć kogoś kto mnie nauczy? Chciał.... dużo było rzeczy, które Koc chciał zrobić. Na co dzień był tak zajęty innymi rzeczami, że mu nie przeszkadzało, że tego nie robi. Ale czasami, gdy leżał już w łóżku, w pokoju było ciemno, to patrzył w sufit i marzył....
Był też drugi Koc. On już nie był zwykły. To był bardzo interesujący Koc. Siedział dość sporo na uczelni, ale podobało mu się to. Uczył się ciekawych rzeczy. I pomimo, że miał dużo zajęć, znajdywał czas na bieganie, na czytanie ciekawych książek, na poznawanie nowych miejsc we Wrocławiu, na pracę, na korepetycje, na spotkanie ze znajomymi. Wiedział, gdzie we Wrocławiu warto pójść - miał kilka ulubionych miejsc, wielu z nich znał historię i gdy przyjeżdżali do niego znajomi, spełniał swoje dawne marzenie i na te kilka godzin stawał się przewodnikiem. Umiał wszystko załatwić,wiedział gdzie co znaleźć, ewentualnie do kogo zwrócić się po pomoc. W ramach w-fu zapisał się na tenisa ziemnego i pomimo tego, że zupełnie mu to nie wychodziło, co tydzień chodził z uśmiechem na kort. Udało mu się pójść na ściankę i się troszkę na niej poobijać. Był w górach i zdobył szczyty, o których nawet nie marzył. Nie marnował całego dnia na spanie, nie potrzebował seriali czy gier komputerowych - miał dużo lepsze atrakcje na co dzień! Ponadto Koc miał wielu przyjaciół i znajomych. Znalazł grupę ludzi, którzy przyjęli go z otwartymi ramionami i powiedzieli, że należy teraz do nich. Znalazł ludzi, którzy cieszą się na jego widok. Znalazł ludzi, dla których "dobrze że jest". Koc był szczęśliwy. Jednak czasami, gdy leżał już w łóżku, w pokoju było ciemno, to patrzył w sufit i marzył... A raczej planował.
No właśnie! Jaka jest różnica między tymi dwoma Kocami?
Pierwszy Koc żył tym, co mu los zesłał. Było jak było, i to było dobre. Nie miał na co narzekać.
Drugi Koc planował. Miał swoje cele, plany i pragnienia i dążył do ich realizacji!
Kiedyś jeden z moich nauczycieli powiedział mi, że statystycznie ludziom częściej udaje się spełnić swoje marzenia, jeśli potrafią je zobaczyć. Dlatego dobrym ćwiczeniem jest napisanie swojego przyszłego CV. Ja za 2,5, 10 lat. Jak wygląda moje życie? Co osiągnąłem? Czym się zajmuję?
Warto się zastanowić jakie są moje plany na przyszłość. Pozostawienie wszystkiego takim jakim jest i czekanie co z tego wyniknie, rzadko się sprawdza.
Dlatego nie bądźmy jak ten pierwszy Koc, tylko weźmy sprawy w swoje ręce!
A tak jeszcze na marginesie... Żeby pierwszy Koc stał się drugim Kocem, wystarczyły dwa tygodnie. Konkretnie, dwa tygodnie września. Ciekawe, prawda?
czwartek, 18 września 2014
"W górach jest wszystko co kocham"
Dwa tygodnie temu przyjechałam do Białego Dunajca. Zaczęło
się ciekawie: „Ta strona rzeki wysiada, reszta jedzie dalej”. Fajnie, tylko
kurczę… Gdzie jest moja chata? Tu czy tam? Pytam ludzi w autokarze – większość
jest pierwszy raz, nie wiedzą. No dobra, stoją jacyś ludzie w szatach
dziekańskich, inni z afro i wielkim radio – na zakonników żaden z nich nie
wygląda. Więc chyba jednak mieszkam TAM. Z bijącym sercem jadę dalej. Po chwili
mijamy dwójkę katów – kaptury na głowach, długie habity przewiązane sznurem.
Tak, to chyba ci, których szukam. Oczywiście wzbudzają sensację w autobusie –
większą nawet niż banda smerfów! (Notabene ciekawe, że bardziej dziwi spotkanie
zakonnika niż smerfa). Kaci przywitali mnie i zaprowadzili do chatki. Tam
wszystko popodpisywane jakąś dziwną czcionką: cele, rozmównica, refektarz…Do
pisania przygotowane gęsie pióra. Na stoliku dzwon, którym wzywano nas na
posiłki. Jak w prawdziwym zakonie! I
nawet prawdziwa zakonnica się znalazła ;-)
Do tego Dziewczyna Wyłaniająca
Się Z Kuchni, Jakiś Chłopak (który okazał się być księdzem) i jeszcze kilka
osób, których imiona wyleciały mi z głowy już po kilku sekundach. To, co mnie
zaskoczyło tak bardzo pozytywnie – wszyscy witali mnie tak, jakbyśmy się znali
i byli starymi przyjaciółmi. Mój wrodzony introwertyzm przyjął to dość kiepsko,
ale w końcu się przyzwyczaił do wszechogarniającej go tam uprzejmości i
otwartości.
Z pierwszego dnia
pamiętam jeszcze obiad. Moja pierwsza myśl, gdy go zobaczyłam: jeśli tak będą wyglądały nasze porcje do końca
obozu, to ja tu umrę z głodu! Na szczęście później już pozwalali mi się najeść
do syta. No i dieta Kremusiowo-Pasztetowa mi służy: po powrocie do domu okazało
się, że przybyło mi kilka kilogramów.
Dzięki dyżurowi w kuchni nauczyłam się jednej rzeczy: nigdy więcej nie narzekać, że muszę zmywać po robieniu obiadu dla siebie. Bo jest to nic, przy zmywaniu po obiedzie dla 20 osób. :D
No i jeszcze jedno: nie wiem, co dzisiaj zrobię na obiad, ale na pewno będzie to coś z sosem czosnkowym podpatrzonym od Magdy w trakcie dyżuru. Zobaczymy, czy wyjdzie tak samo smaczny :D
Dzięki dyżurowi w kuchni nauczyłam się jednej rzeczy: nigdy więcej nie narzekać, że muszę zmywać po robieniu obiadu dla siebie. Bo jest to nic, przy zmywaniu po obiedzie dla 20 osób. :D
No i jeszcze jedno: nie wiem, co dzisiaj zrobię na obiad, ale na pewno będzie to coś z sosem czosnkowym podpatrzonym od Magdy w trakcie dyżuru. Zobaczymy, czy wyjdzie tak samo smaczny :D
To, co zdecydowanie zapadło mi w pamięć, to Bieg Otrzęsinowy . Kazali nam się ubrać w habity i
chodzić po wszystkich chatkach po kolei. Każda z nich miała inny temat, a co za
tym idzie, różne konkurencje związane z tym tematem do wykonania. Coś
niesamowitego: najpierw jesteś na farmie, później w dziekanacie. Po chwili
przenosisz się na dwór szlachecki, a stamtąd do prehistorii. Tańczysz belgijkę
się ze smerfami, a później rozmawiasz z M&M-sami. W ten sposób miałam
okazję muczeć podczas dojenia krowy, tańczyć wymyślony na poczekaniu układ
taneczny, grać w Black Jacka z Chłopakiem Z Kasyna, rozpoznawać po smaku
cukierki czy szukać kluczy w stogu siana. Bawiłam się świetnie! To lepsze nawet
niż chrzest kolonijny! Żałuję że można być tylko raz pierwszy raz na Białym ;-)
Kilka lat temu byłam w górach (w Rabce Zdrój, całkiem niedaleko Białego). Bardzo mi się podobało, więc myślałam, że tu będzie podobnie. Jednak już podczas pierwszego wyjścia uświadomiłam sobie, że te „szczyty”, na które ja wchodziłam, to były pastwiska dla owiec, a nie góry! Na szczęście udało mi się zobaczyć prawdziwe Góry, nawet zahaczyć o Giewont czy Kościelec. Co prawda na Rysach nie byłam, ale uważam, że to, co się udało to i tak niezły wyczyn jak na pierwszy raz.
Na początku obóz skojarzył mi się z pielgrzymką: codziennie gdzieś łazimy, każdego dnia Msza Święta, wokół pełno księży, podział na grupy… Jak bardzo się myliłam! Tu jest zupełnie inaczej! Po pierwsze – zupełnie inaczej wędruje się w sandałkach, krótkich spodenkach i litrami wody, a inaczej w trekach, grubym polarze i konserwą turystyczną w plecaku. Po drugie, to nie jest taki spacerek jak na pielgrzymce. Tu naprawdę zdarzało mi się zmęczyć (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Po trzeci, ludzie tutaj są zupełnie inni. Raz, że sami studenci. Dwa, że są sobie dużo bliżsi. Atmosfera tutaj jest dużo lepsza! Wszyscy są do siebie przyjaźnie nastawieni, wiesz, że możesz na nich liczyć, że Cię nie zostawią gdzieś na szlaku, że poczęstują Cię kanapką, że pokażą gdzie postawić nogę, gdy nie widzisz jak zejść ze szczytu…. Na pielgrzymce często mi brakowało takiej jedności w Naszej Grupie. No i te msze! Oprawa jak na pielgrzymce: gitara, jakieś bębny, czasem skrzypce. Piosenki w sumie te same. Nawet kazania podobne. Ale trzy razy mieliśmy Mszę Chatkową. I to było coś świetnego! Pierwszy raz w życiu miałam okazję pójść na Mszę w kapciach ;-). A poza tym odbywały one się w budynku, w którym mieszkaliśmy, tuż obok mojego pokoju. Siedzieliśmy tam w 15-20 osób i mieliśmy prawdziwą Mszę! Dla mnie było to niesamowite doświadczenie (już nie wspominając o kazaniu, ale to jest dłuższy temat). Inna Msza, którą zapamiętam do końca życia, to Msza na Kalatówkach. Przyjaciele z pielgrzymki na pewno pamiętają Mszę w Lasku Brzozowym. Więc Lasek przy Kalatówkach to jest NIC! Wyobraźcie sobie: siedzimy na polanie, ołtarz wystawiony z takiej zwykłej drewnianej ławy, za ołtarzem Ksiądz ( a nie 10 księży, i jeszcze drugie tyle ministrantów, jak to bywało w lasku). Na tej polanie my (10 osób). Za ołtarzem widok na Kasprowy Wierch i inne szczyty. Słońce przebija się przez nie, na niebie białe chmurki jak z reklamy Algidy. A w tle cykanie świerszczy. Do tego dźwięk skrzypiec i akordeonu, wygrywających najpiękniejszą pieśń na świecie: „Każdy wschód Słońca, Ciebie zapowiada”. Niesamowite!
Kilka lat temu byłam w górach (w Rabce Zdrój, całkiem niedaleko Białego). Bardzo mi się podobało, więc myślałam, że tu będzie podobnie. Jednak już podczas pierwszego wyjścia uświadomiłam sobie, że te „szczyty”, na które ja wchodziłam, to były pastwiska dla owiec, a nie góry! Na szczęście udało mi się zobaczyć prawdziwe Góry, nawet zahaczyć o Giewont czy Kościelec. Co prawda na Rysach nie byłam, ale uważam, że to, co się udało to i tak niezły wyczyn jak na pierwszy raz.
Na początku obóz skojarzył mi się z pielgrzymką: codziennie gdzieś łazimy, każdego dnia Msza Święta, wokół pełno księży, podział na grupy… Jak bardzo się myliłam! Tu jest zupełnie inaczej! Po pierwsze – zupełnie inaczej wędruje się w sandałkach, krótkich spodenkach i litrami wody, a inaczej w trekach, grubym polarze i konserwą turystyczną w plecaku. Po drugie, to nie jest taki spacerek jak na pielgrzymce. Tu naprawdę zdarzało mi się zmęczyć (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Po trzeci, ludzie tutaj są zupełnie inni. Raz, że sami studenci. Dwa, że są sobie dużo bliżsi. Atmosfera tutaj jest dużo lepsza! Wszyscy są do siebie przyjaźnie nastawieni, wiesz, że możesz na nich liczyć, że Cię nie zostawią gdzieś na szlaku, że poczęstują Cię kanapką, że pokażą gdzie postawić nogę, gdy nie widzisz jak zejść ze szczytu…. Na pielgrzymce często mi brakowało takiej jedności w Naszej Grupie. No i te msze! Oprawa jak na pielgrzymce: gitara, jakieś bębny, czasem skrzypce. Piosenki w sumie te same. Nawet kazania podobne. Ale trzy razy mieliśmy Mszę Chatkową. I to było coś świetnego! Pierwszy raz w życiu miałam okazję pójść na Mszę w kapciach ;-). A poza tym odbywały one się w budynku, w którym mieszkaliśmy, tuż obok mojego pokoju. Siedzieliśmy tam w 15-20 osób i mieliśmy prawdziwą Mszę! Dla mnie było to niesamowite doświadczenie (już nie wspominając o kazaniu, ale to jest dłuższy temat). Inna Msza, którą zapamiętam do końca życia, to Msza na Kalatówkach. Przyjaciele z pielgrzymki na pewno pamiętają Mszę w Lasku Brzozowym. Więc Lasek przy Kalatówkach to jest NIC! Wyobraźcie sobie: siedzimy na polanie, ołtarz wystawiony z takiej zwykłej drewnianej ławy, za ołtarzem Ksiądz ( a nie 10 księży, i jeszcze drugie tyle ministrantów, jak to bywało w lasku). Na tej polanie my (10 osób). Za ołtarzem widok na Kasprowy Wierch i inne szczyty. Słońce przebija się przez nie, na niebie białe chmurki jak z reklamy Algidy. A w tle cykanie świerszczy. Do tego dźwięk skrzypiec i akordeonu, wygrywających najpiękniejszą pieśń na świecie: „Każdy wschód Słońca, Ciebie zapowiada”. Niesamowite!
Oczywiście mieliśmy tam też zapewnione mnóstwo innych
atrakcji: mecz koszykówki, siatkówki (który rozegraliśmy w habitach, ku uciesze
publiki), Dzień Otwartych Chałup (gdzie każda chata przygotowywała
najróżniejsze atrakcje, od randki w ciemno, przez speed dating i belgijkę, aż
do malowania na kubkach i koszulkach), konferencje (niektóre niesamowicie
dające do myślenia, które można było słuchać siedząc wygodnie, a nie idąc),
Festiwal Piosenki Wszelakiej (coś jak Sakrosong na pielgrzymce, tylko lepiej
przygotowane, z ciekawszymi pomysłami i większym zaangażowaniem uczestników
(pewnie ze względu na nagrody)). A wieczorami integracja! Wyjście do Furtoka
żeby potańczyć belgijkę na ponad 50 osób i pośpiewać, bardzo niebezpieczna gra
w „Kto tak jak ja” czy też zabawa w zwierzątka. I chociaż dalej nie umiem
poprawnie pokazać ślimaka, to uważam to za najfajniejszą zabawę na świecie :D
To tyle, jeśli chodzi o ogólne wrażenia z pobytu na Białym.
Najzwyczajniej w świecie było SUPER, co z resztą może potwierdzić Moja
Wspaniała Współlokatorka, która wczoraj była zmuszona przez cały wieczór
słuchać, jak jej zdaję szczegółową relację z całego pobytu.
Jednak to, co się działo na obozie to jedno. Ważniejszą kwestią są ludzie, dzięki którym to wszystko było takie, jakie było. Co prawda większości osób, których to dotyczy, już to mówiłam, ale powtórzę jeszcze raz: dziękuję Wam za ten obóz! A teraz szczegółowe wypominki:
* Daniel i Grzesiu – gdyby nie oni, to pewnie nie wybrałabym się na Giewont czy Kościelec. Dla mnie to były trasy typu „za trudne, by o nich nawet myśleć”. Oni uświadamiali mnie, że to przecież nic aż tak strasznego i na pewno sobie poradzę. Tak więc chłopaki – wielkie dzięki! Gdyby nie Wy, pewnie całe dwa tygodnie spędziłabym na Krupówkach ;-D
Jednak to, co się działo na obozie to jedno. Ważniejszą kwestią są ludzie, dzięki którym to wszystko było takie, jakie było. Co prawda większości osób, których to dotyczy, już to mówiłam, ale powtórzę jeszcze raz: dziękuję Wam za ten obóz! A teraz szczegółowe wypominki:
* Daniel i Grzesiu – gdyby nie oni, to pewnie nie wybrałabym się na Giewont czy Kościelec. Dla mnie to były trasy typu „za trudne, by o nich nawet myśleć”. Oni uświadamiali mnie, że to przecież nic aż tak strasznego i na pewno sobie poradzę. Tak więc chłopaki – wielkie dzięki! Gdyby nie Wy, pewnie całe dwa tygodnie spędziłabym na Krupówkach ;-D
* Paweł – były momenty, że przeklinałam w duchu
chłopaków za to, że namówili mnie na tą trasę. Jakieś łańcuchy, kamienie po
których trzeba się wdrapywać, a tu nogi bolą, płuca nie nadążają nabierać
powietrza. Ale na szczęście zawsze gdzieś tam był Paweł, który jak kozica
skakał po tych górach, nie okazując nawet źdźbła zmęczenia. „Paweł daje radę,
to i ja mogę”. No i dawałam! Tak więc dzięki Pawle za to! No i oczywiście za
wspaniałą organizację tego wszystkiego, ale to już sam wiesz, że wykonałeś
kawał dobrej roboty.
· *Ania – wspaniała współlokatorka. Chociaż
zazwyczaj to było tak, jakby jej nie było. Ja się kładę spać, Ani jeszcze nie ma. Wstaję, Ani już nie ma! Dobrze, że
tyle rzeczy Twoich w pokoju leżało, bo bym myślała, że mieszkam sama! Dziękuję
Ci za to, że zawsze mogłam z Tobą pogadać, że pomogłaś mi się odnaleźć na tym
obozie. Bez Ciebie byłoby to dużo trudniejsze!
· * Karolina – pierwsza znana mi osoba, która uczyła
się szwedzkiego. I choć germianstka, to wcale nie była tka zła ;-) Jako
pierwsza zabrała mnie na trasę na dwa tysiące (to nic, że się nie udało!).
Wyprawę na Grzesia oraz ten „wietrzyk” będę pamiętać bardzo długo. I w sumie to
po rozmowie z Tobą podjęłam ostateczną decyzję o dołączeniu do Przystani. A
więc- dziękuję!
*Siostra Małgorzata – pierwszy raz w życiu spotkałam siostrę
zakonną, z którą można było tak fajnie porozmawiać, pożartować. Dziękuję za
rozmowy w drodze do kościoła, za „Ha z przytupem”, które już mi weszło w nawyk…
Ponadto Siostra jest pierwszą znaną mi osobą, która tak jak ja nazywa swoich
podopiecznych „moje dzieci”. Między
innymi to właśnie przez tą wspólną cechę od razu Siostrę polubiłam. No i
oczywiście wielkie dzięki za bycie Naszym Najlepszym Duszpasterzem!
*Ks. Grzegorz – tu sprawa jest skomplikowana. Mam wrażenie,
że poznając go, poznałam dwie zupełnie różne osoby. Pierwsza: Grzegorz –
student, który tak jak ja, zajmuje się dosłownie wszystkim. Mnóstwo zainteresowań
i pasji, nie lubi siedzieć bezczynnie, woli czymś się zająć, spróbować
wszystkiego (takie odniosłam wrażenie po tych kilkunastu minutach
rozmowy). Człowiek orkiestra: gra,
śpiewa, siatkarz, narciarz, tenisista, informatyk. Dorzućmy do tego jego pomysł
na zdjęcia w przepaści, śpiewy u Furtoka, pomysł na kibica wymachującego sznurem
zza płotu… No i do tego te żarty – to dopiero druga znana mi osoba, która
potrafi dokończyć wszystkie dowcipy, które ja zaczynam opowiadać. Człowiek z
którym nie da się nudzić, wiecznie uśmiechnięty. No taki po prostu Grzesiu.
Ta druga osoba, którą poznałam to Ksiądz. Jego kazanie po
pierwszej Msze w chatce sprawiło, że znów zaczął do mnie krzyczeć ten głosik z
tyłu głowy, którego do tej pory udawało mi się uciszać. Zobaczymy, czy coś z
tego wyjdzie. Na pewno dał mi wiele do myślenia (co w tym roku na pielgrzymce
nie udało się żadnemu księdzu), więc i za to dziękuję! Od wielu ludzi słyszałam
podobne opinie na jego temat, więc nie tylko mnie „ruszyło”.
Jedyne, czego żałuję, to że tak późno zdecydowałam się na przepisanie na trasę. Drogi Księciu, cieszę się, że miałam okazję Cię poznać. Dziękuję za rozmowę (chociaż czuję pewien niedosyt), za pozytywną energię, za te wszystkie ciepłe słowa, które bardzo dobrze zapamiętam oraz po prostu za Bycie, bo czasem już to wystarczało.
Nie wymieniłam tu wszystkich, ale wszystkim dziękuję. Każdy z Was miał jakiś wpływ na moje życie. Myśl o każdym z Was przywołuje jakiś wspomnienia, a co za tym idzie- uśmiech na twarzy. Dziękuję za to, że byliście. A w szczególności dziękuję za Agapę. Podczas dzielenia się z Wami chlebem, usłyszałam tyle miłych rzeczy, co jeszcze nigdy w życiu. I czułam, że są to szczere wypowiedzi, a nie jakieś puste frazesy, które często klepie się gdzieś przy tego typu spotkaniach. Ponadto uświadomiliście mi, że moje modlitwy zostały wysłuchane, a ja sama staję się takim człowiekiem, jakim zawsze chciałam być! Byłam bardzo zdziwiona, gdy mówiliście mi, że jestem otwarta, wesoła, z uśmiechem na twarzy, że potrafię postawić na swoim. Zawsze uważałam, że jest zupełnie odwrotnie! Inaczej: na co dzień jest zupełnie odwrotnie! Te zmiany są dzięki Wam! Jestem wdzięczna ;-)
Wpis wyszedł dłuższy niż przewidywałam, ale i tak nie udało mi się napisać wszystkiego co chciałam. Po prostu do wyrażenia niektórych rzeczy brak mi wystarczających słów, inne są zbyt ważne by ot tak o nich publicznie się rozpisywać. Mam nadzieję, że nikt nie ma mi za złe tego, że publicznie informuję świat o jego istnieniu, lub też, że o kimś nie wspomniałam. Dziękuję Wam za najwspanialsze dwa tygodnie w moim życiu. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz, a to, co udało Wam się ze mną zrobić, będzie skutkiem trwałym, a nie chwilowym. Dzięki za wszystko!
Jedyne, czego żałuję, to że tak późno zdecydowałam się na przepisanie na trasę. Drogi Księciu, cieszę się, że miałam okazję Cię poznać. Dziękuję za rozmowę (chociaż czuję pewien niedosyt), za pozytywną energię, za te wszystkie ciepłe słowa, które bardzo dobrze zapamiętam oraz po prostu za Bycie, bo czasem już to wystarczało.
Nie wymieniłam tu wszystkich, ale wszystkim dziękuję. Każdy z Was miał jakiś wpływ na moje życie. Myśl o każdym z Was przywołuje jakiś wspomnienia, a co za tym idzie- uśmiech na twarzy. Dziękuję za to, że byliście. A w szczególności dziękuję za Agapę. Podczas dzielenia się z Wami chlebem, usłyszałam tyle miłych rzeczy, co jeszcze nigdy w życiu. I czułam, że są to szczere wypowiedzi, a nie jakieś puste frazesy, które często klepie się gdzieś przy tego typu spotkaniach. Ponadto uświadomiliście mi, że moje modlitwy zostały wysłuchane, a ja sama staję się takim człowiekiem, jakim zawsze chciałam być! Byłam bardzo zdziwiona, gdy mówiliście mi, że jestem otwarta, wesoła, z uśmiechem na twarzy, że potrafię postawić na swoim. Zawsze uważałam, że jest zupełnie odwrotnie! Inaczej: na co dzień jest zupełnie odwrotnie! Te zmiany są dzięki Wam! Jestem wdzięczna ;-)
Wpis wyszedł dłuższy niż przewidywałam, ale i tak nie udało mi się napisać wszystkiego co chciałam. Po prostu do wyrażenia niektórych rzeczy brak mi wystarczających słów, inne są zbyt ważne by ot tak o nich publicznie się rozpisywać. Mam nadzieję, że nikt nie ma mi za złe tego, że publicznie informuję świat o jego istnieniu, lub też, że o kimś nie wspomniałam. Dziękuję Wam za najwspanialsze dwa tygodnie w moim życiu. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz, a to, co udało Wam się ze mną zrobić, będzie skutkiem trwałym, a nie chwilowym. Dzięki za wszystko!
wtorek, 2 września 2014
O wyjazdach i powrotach
"Ostatni post opublikowano 05-05-2014" - tak, dość dawno nic ciekawego nie napisałam, ale nie było czasu bo sesja, kolonia, pielgrzymka, już jutro kolejny wyjazd. Człowiek cały czas jakiś taki "zalatany"...
Dopiero dzisiaj tak się jakoś złożyło, że
a) zaczęłam marudzić mojej Kochanej Współlokatorce, że się nudzę,
b) Ktoś napisał mi dzisiaj, że liczył na nowy wpis na moim blogu,
więc postanowiłam coś tam wymyślić.
Już prawie rok minął od mojego posta dotyczącego rozpoczynania nowego życia - nowe miasto, nowa szkoła, nowe otoczenie. Wtedy tak się bałam tego wszystkiego. A teraz? Przyjechałam do Wrocławia, usiadłam na swoim krześle przy stole, popatrzyłam na ściany i poczułam się na prawdę U SIEBIE! Tak, jakby tu było moje miejsce (no a nie jest?). I pomimo, że nie było mnie tutaj ponad dwa miesiące, czułam się tak, jakbym nigdzie nie wyjeżdżała. To zabawne uczucie, kiedy nagle uświadamiasz sobie, że obce miejsca stają się twoim domem. Podobnie z ludźmi - nie znasz kogoś, chwila-moment i już nie wyobrażasz sobie życia bez tej osoby.
Właśnie dlatego tak bardzo lubię wszelkie wyjazdy z nowymi osobami. Jak na przykład pielgrzymka... Idziesz dwa tygodnie, rozmawiasz z różnymi osobami, starasz się zamienić z każdym chociaż kilka słów. Przypadek sprawia, że z jedną osobą rozmawiasz troszkę częściej niż z innymi.Po paru dniach uświadamiasz sobie, że to jest ktoś, z kim MUSISZ rozmawiać dłużej. Widzisz tą osobę, i nie jesteś w stanie się powstrzymać, żeby nie podejść. Każdego dnia tylko jeden etap, ale jeśli nie porozmawiasz, czujesz, że ci tego brakuje. Po tygodniu wydaje Ci się, że znasz tą osobę. Po dwóch uważasz ją prawie za przyjaciela. I w ten sposób obca osoba nagle staje się kimś ważnym dla Ciebie. Proste?
No tak, ale co po tych dwóch tygodniach? Kontakt nagle się urywa. Czasami na pomoc przychodzą SMSy, facebook... Ale to nie to samo. Mija miesiąc, drugi. Wiadomości na facebooku coraz rzadsze, dawno żadnego nowego SMSa też nie było. Pozostają jedynie życzenia na Wielkanoc czy urodziny. I można by pomyśleć - "W takim razie ten człowiek nie był aż taki ważny dla Ciebie". Niby racja, ale...
Mija rok. I kiedy znowu zbliża się czas pielgrzymki, jedyna myśl jaka ci chodzi po głowie to, że znowu zobaczysz tą osobę. Że przez najbliższe dwa tygodnie znowu będziecie razem....
Uważam, że w tych dwutygodniowych przyjaźniach jest coś wspaniałego i pięknego. Z jednej strony, co to za przyjaciel, którego widujesz raz w roku? Ale z drugiej, mimo roku przerwy, masz wrażenie że nic się nie zmieniło. Że czas stanął w miejscu. Że tamta pielgrzymka wcale się nie skończyła- ona trwa nadal. Po prostu mieliśmy dzień czy dwa odpoczynku od siebie....
Pielgrzymka to tylko dwa tygodnie wakacji. A co z resztą? Też nie mogę narzekać.
Najpierw 3 tygodnie na kolonii. Bez jakiś większych niespodzianek ze strony dzieci (plus minus trzy, więc się zgadza). Niestety zdarzyła się inna, niemiła niespodzianka - skręcona kostka M.
Przyjeżdżał, podrywał moje podopieczne, wszystkie się za nim oglądały... Musiałam to trochę ukrócić! Niestety mój plan nie był aż tak genialny - kiedy przyjechał z nogą w gipsie, od razu wszystkie go obsiadły i zaczęły mu bardzo współczuć. Bywa....
Niestety ten wypadek był tragiczny w skutkach - nie mogłam go zabrać ze sobą na pielgrzymkę. W zamian wzięłam chłopaka mojej siostry. I to był strzał w dziesiątkę!
Okazało się, że nie jestem aż tak totalnym beztalenciem muzycznym (chociaż w sumie, to po tylu godzinach ćwiczeń, to i sparaliżowana niesłysząca małpa nauczyłaby się grać ). Mateuszowi udało się nauczyć mnie stukać na bębenku. Czasami nawet udawało mi się grać w rytm jego gitary! Jestem z siebie dumna, bo to pierwszy instrument, który udało mi się ujarzmić! Co prawda nie ma strun, ani klawiszy, ale od czegoś trzeba zacząć!
To całkiem zabawne doświadczenie, bo zawsze byłam nastawiona totalnie anty-muzycznie. Ale cóż się dziwić? Gdy byłam w podstawówce, Pani Od Muzyki tak strasznie się krzywiła, kiedy ja śpiewałam, że aż było mi jej szkoda! Ksiądz sam zaproponował, żebym zamiast śpiewania psalmów, czytała je. A gdy musiałam zagrać na flecie piosenkę na zaliczenie, to zawsze znajdywałam jakąś koleżankę, która rozpisywała mi jak to grać: "trzy zakryte, czekasz sekundę, zakrywasz czwartą, czekasz dwie sekundy" :D Tak więc bębenek to już coś!
Z nałogiem niestety nie udało się wygrać. Codziennie na trasie butelka coli musiała zostać opróżniona. Ale cóż zrobić, kiedy idziesz do sklepu z zamiarem kupienia soku, a tu puszka z napisem "Zawsze tam gdzie Ty"? No musiałam, musiałam! Albo innym razem, kiedy też już zamierzałam nie pić coli, butelka z napisem "Can't live without you". Jeśli ona nie może żyć beze mnie, to co miałam zrobić?... :-D
A już jutro kolejny wyjazd. Dwa tygodnie w górach. Strasznie się boję, bo ostatni raz byłam w górach w 1. gimnazjum. Z resztą, to było sanatorium, więc nie było żadnych wspinaczek, czy nawet długich spacerów. Ale i tak mam stamtąd świetne wspomnienia! Mam nadzieję, że tym razem będzie podobnie, albo nawet i lepiej!
Dopiero dzisiaj tak się jakoś złożyło, że
a) zaczęłam marudzić mojej Kochanej Współlokatorce, że się nudzę,
b) Ktoś napisał mi dzisiaj, że liczył na nowy wpis na moim blogu,
więc postanowiłam coś tam wymyślić.
Już prawie rok minął od mojego posta dotyczącego rozpoczynania nowego życia - nowe miasto, nowa szkoła, nowe otoczenie. Wtedy tak się bałam tego wszystkiego. A teraz? Przyjechałam do Wrocławia, usiadłam na swoim krześle przy stole, popatrzyłam na ściany i poczułam się na prawdę U SIEBIE! Tak, jakby tu było moje miejsce (no a nie jest?). I pomimo, że nie było mnie tutaj ponad dwa miesiące, czułam się tak, jakbym nigdzie nie wyjeżdżała. To zabawne uczucie, kiedy nagle uświadamiasz sobie, że obce miejsca stają się twoim domem. Podobnie z ludźmi - nie znasz kogoś, chwila-moment i już nie wyobrażasz sobie życia bez tej osoby.
Właśnie dlatego tak bardzo lubię wszelkie wyjazdy z nowymi osobami. Jak na przykład pielgrzymka... Idziesz dwa tygodnie, rozmawiasz z różnymi osobami, starasz się zamienić z każdym chociaż kilka słów. Przypadek sprawia, że z jedną osobą rozmawiasz troszkę częściej niż z innymi.Po paru dniach uświadamiasz sobie, że to jest ktoś, z kim MUSISZ rozmawiać dłużej. Widzisz tą osobę, i nie jesteś w stanie się powstrzymać, żeby nie podejść. Każdego dnia tylko jeden etap, ale jeśli nie porozmawiasz, czujesz, że ci tego brakuje. Po tygodniu wydaje Ci się, że znasz tą osobę. Po dwóch uważasz ją prawie za przyjaciela. I w ten sposób obca osoba nagle staje się kimś ważnym dla Ciebie. Proste?
No tak, ale co po tych dwóch tygodniach? Kontakt nagle się urywa. Czasami na pomoc przychodzą SMSy, facebook... Ale to nie to samo. Mija miesiąc, drugi. Wiadomości na facebooku coraz rzadsze, dawno żadnego nowego SMSa też nie było. Pozostają jedynie życzenia na Wielkanoc czy urodziny. I można by pomyśleć - "W takim razie ten człowiek nie był aż taki ważny dla Ciebie". Niby racja, ale...
Mija rok. I kiedy znowu zbliża się czas pielgrzymki, jedyna myśl jaka ci chodzi po głowie to, że znowu zobaczysz tą osobę. Że przez najbliższe dwa tygodnie znowu będziecie razem....
Uważam, że w tych dwutygodniowych przyjaźniach jest coś wspaniałego i pięknego. Z jednej strony, co to za przyjaciel, którego widujesz raz w roku? Ale z drugiej, mimo roku przerwy, masz wrażenie że nic się nie zmieniło. Że czas stanął w miejscu. Że tamta pielgrzymka wcale się nie skończyła- ona trwa nadal. Po prostu mieliśmy dzień czy dwa odpoczynku od siebie....
Pielgrzymka to tylko dwa tygodnie wakacji. A co z resztą? Też nie mogę narzekać.
Najpierw 3 tygodnie na kolonii. Bez jakiś większych niespodzianek ze strony dzieci (plus minus trzy, więc się zgadza). Niestety zdarzyła się inna, niemiła niespodzianka - skręcona kostka M.
Przyjeżdżał, podrywał moje podopieczne, wszystkie się za nim oglądały... Musiałam to trochę ukrócić! Niestety mój plan nie był aż tak genialny - kiedy przyjechał z nogą w gipsie, od razu wszystkie go obsiadły i zaczęły mu bardzo współczuć. Bywa....
Niestety ten wypadek był tragiczny w skutkach - nie mogłam go zabrać ze sobą na pielgrzymkę. W zamian wzięłam chłopaka mojej siostry. I to był strzał w dziesiątkę!
Okazało się, że nie jestem aż tak totalnym beztalenciem muzycznym (chociaż w sumie, to po tylu godzinach ćwiczeń, to i sparaliżowana niesłysząca małpa nauczyłaby się grać ). Mateuszowi udało się nauczyć mnie stukać na bębenku. Czasami nawet udawało mi się grać w rytm jego gitary! Jestem z siebie dumna, bo to pierwszy instrument, który udało mi się ujarzmić! Co prawda nie ma strun, ani klawiszy, ale od czegoś trzeba zacząć!
To całkiem zabawne doświadczenie, bo zawsze byłam nastawiona totalnie anty-muzycznie. Ale cóż się dziwić? Gdy byłam w podstawówce, Pani Od Muzyki tak strasznie się krzywiła, kiedy ja śpiewałam, że aż było mi jej szkoda! Ksiądz sam zaproponował, żebym zamiast śpiewania psalmów, czytała je. A gdy musiałam zagrać na flecie piosenkę na zaliczenie, to zawsze znajdywałam jakąś koleżankę, która rozpisywała mi jak to grać: "trzy zakryte, czekasz sekundę, zakrywasz czwartą, czekasz dwie sekundy" :D Tak więc bębenek to już coś!
Z nałogiem niestety nie udało się wygrać. Codziennie na trasie butelka coli musiała zostać opróżniona. Ale cóż zrobić, kiedy idziesz do sklepu z zamiarem kupienia soku, a tu puszka z napisem "Zawsze tam gdzie Ty"? No musiałam, musiałam! Albo innym razem, kiedy też już zamierzałam nie pić coli, butelka z napisem "Can't live without you". Jeśli ona nie może żyć beze mnie, to co miałam zrobić?... :-D
A już jutro kolejny wyjazd. Dwa tygodnie w górach. Strasznie się boję, bo ostatni raz byłam w górach w 1. gimnazjum. Z resztą, to było sanatorium, więc nie było żadnych wspinaczek, czy nawet długich spacerów. Ale i tak mam stamtąd świetne wspomnienia! Mam nadzieję, że tym razem będzie podobnie, albo nawet i lepiej!
poniedziałek, 5 maja 2014
Happy birthday to you!
Człowiek "na starość" robi się coraz bardziej sentymentalny ;-)
W zeszłym tygodniu wzięło mnie na wspominki dotyczące moich poprzednich urodzin...
Kilka lat temu (jeszcze w gimnazjum) moja klasa postanowiła zrobić wycieczkę rowerową. Jak to zazwyczaj bywało, pojechali nad jezioro do Świniar. Miało być ognisko, kiełbaski. Jako że był to dzień moich urodzin i czekałam na wujka który miał wpaść na tort, nie mogłam wybrać się z nimi.
Już teraz dobrze nie pamiętam, jak to dokładnie było- czy ktoś zadzwonił, żebym wyszła? A może byłam na podwórku? W każdym bądź razie nagle pod moim oknem zjawiła się cała banda ludzi, i wszyscy śpiewali mi "Sto lat". Było ich słychać w całej wiosce!
Innym razem to ja byłam odpowiedzialna za zorganizowanie ogniska (z racji tego, że mieszkam najbliżej, i najwygodniej mi było podjechać tam wcześniej i wszystko uszykować). Wraz z kolegą uzbieraliśmy suche gałęzie, ustawiliśmy ładny stosik, odgarnęliśmy śmieci po poprzednich obozowiczach.... Nagle dobiegły nas głosy całej zgrai ludzi, dopiero po dłuższej chwili pojawiły się pierwsze rowery. Oprócz pięknie odśpiewanych życzeń, dostałam od nich kilka upominków, w tych furę (dalej model stoi u mnie na półce) , komórę (różowy telefonik) i ... no, niestety nie skórę, ale torcik ze styropianu, z lizakami zamiast świeczek!
Robiąc przegląd wszystkich moich dotychczasowych urodzin uświadomiłam sobie, że ostatnie przyjęcie, imprezę czy jak chcecie to nazwać, robiłam w trzeciej klasie podstawówki! (Pomijam tu urodziny nad jeziorem, których nie organizowałam, a same się zorganizowały dzięki tym wspaniałym ludziom). I jeśli mam być szczera, zatęskniłam na tym. Gdy byłam młodsza zawsze robiłam zaproszenia już miesiąc wcześniej - rysowałam na kartce baloniki, torty, uśmiechnięte buźki i "Serdecznie zapraszałam na przyjęcie urodzinowe". Zawsze przychodziło 4-5 najlepszych przyjaciół, jedliśmy tort, który mama własnoręcznie robiła (zawsze taki jaki chciałam!), było mnóstwo chipsów i innych przekąsek (zazwyczaj u nas w domu takich rzeczy nie było)... Tylko nie pamiętam, co robiliśmy przez te kilka godzin! Chyba po prostu rozmawialiśmy albo graliśmy w jakieś gry, ale i tak zawsze mi się podobało.
Co zabawne, albo raczej smutne, byli to moi najlepsi przyjaciele, a z większością z tych osób nie mam już dziś kontaktu. Wiem, że jeden z nich wyjechał za granicę, ktoś uczy się w jakimś technikum - ale są to tylko puste informacje, dostępne dla wszystkich na facebooku...
Ale do czego zmierzam: zatęskniłam za czymś takim. Pomyślałam, przedyskutowałam ze sobą wszystkie za i przeciw, i postanowiłam zorganizować takie przyjęcie dla przyjaciół tu, we Wrocławiu. Oczywiście nie dałoby rady zrobić tego w dniu moich urodzin, więc spotkaliśmy się kilka dni wcześniej.
Zaprosiłam kilkoro przyjaciół, kupiłam chipsy i krakersy, zamówiłam pizzę - no, wszystko przygotowałam jak należy! Ba, nawet posprzątałam w pokoju! ;-)
Kiedy tak sobie siedzieliśmy i rozmawialiśmy, uświadomiłam sobie, że jestem szczęśliwa! Że jednak ktoś tam mnie troszkę lubi, skoro zechciał przyjść (chociaż może chodziło o darmową pizzę? ;-) ) . I na prawdę świetnie się bawiłam, chociaż w gruncie rzeczy tylko siedzieliśmy i gadaliśmy.
Dlatego chciałabym tak oficjalnie podziękować bardzo mocno wszystkim, którzy przyszli i tym, którzy nie przyszli, bo nie mogli, na przykład ze względu na (cytuję!) "zapierdol, zapierdol, zapierdol" (przepraszam, ale musiałam przytoczyć ten zacny tekst). Dziękuję! Na prawdę wywołaliście u mnie wiele pozytywnych emocji, sprawiliście, że poczułam się jak w dzieciństwie, i w ogóle jesteście wspaniali!
Ale to jeszcze nie koniec urodzinowych przyjemności! Kilka dni później były moje prawdziwe urodziny, które spędziłam z najbliższymi z najbliższych. I tu również powrót do dzieciństwa - huśtawki, budowanie baz, mnóstwo niezdrowego jedzenia.... Tak więc dziękuję mojej kochanej siostrze i mojemu wspaniałemu chłopakowi za umilenie mi tego dnia, a w właściwie całego weekendu!
No i na koniec, chciałabym się pochwalić jednym szczególnym prezentem... Oczywiście wszystkie były cudowne, ale ten jeden na prawdę zwalił mnie z nóg. Moja młodsza siostrzyczka od kilku tygodni próbuje nauczyć się wyszywać. Postanowiła więc zrobić mi poduszkę z wyszytym na niej Blaisem (to mój pupilek, żółw). Oto rezultat:
Ma młoda talent, prawda? :-)
W zeszłym tygodniu wzięło mnie na wspominki dotyczące moich poprzednich urodzin...
Kilka lat temu (jeszcze w gimnazjum) moja klasa postanowiła zrobić wycieczkę rowerową. Jak to zazwyczaj bywało, pojechali nad jezioro do Świniar. Miało być ognisko, kiełbaski. Jako że był to dzień moich urodzin i czekałam na wujka który miał wpaść na tort, nie mogłam wybrać się z nimi.
Już teraz dobrze nie pamiętam, jak to dokładnie było- czy ktoś zadzwonił, żebym wyszła? A może byłam na podwórku? W każdym bądź razie nagle pod moim oknem zjawiła się cała banda ludzi, i wszyscy śpiewali mi "Sto lat". Było ich słychać w całej wiosce!
Innym razem to ja byłam odpowiedzialna za zorganizowanie ogniska (z racji tego, że mieszkam najbliżej, i najwygodniej mi było podjechać tam wcześniej i wszystko uszykować). Wraz z kolegą uzbieraliśmy suche gałęzie, ustawiliśmy ładny stosik, odgarnęliśmy śmieci po poprzednich obozowiczach.... Nagle dobiegły nas głosy całej zgrai ludzi, dopiero po dłuższej chwili pojawiły się pierwsze rowery. Oprócz pięknie odśpiewanych życzeń, dostałam od nich kilka upominków, w tych furę (dalej model stoi u mnie na półce) , komórę (różowy telefonik) i ... no, niestety nie skórę, ale torcik ze styropianu, z lizakami zamiast świeczek!
Robiąc przegląd wszystkich moich dotychczasowych urodzin uświadomiłam sobie, że ostatnie przyjęcie, imprezę czy jak chcecie to nazwać, robiłam w trzeciej klasie podstawówki! (Pomijam tu urodziny nad jeziorem, których nie organizowałam, a same się zorganizowały dzięki tym wspaniałym ludziom). I jeśli mam być szczera, zatęskniłam na tym. Gdy byłam młodsza zawsze robiłam zaproszenia już miesiąc wcześniej - rysowałam na kartce baloniki, torty, uśmiechnięte buźki i "Serdecznie zapraszałam na przyjęcie urodzinowe". Zawsze przychodziło 4-5 najlepszych przyjaciół, jedliśmy tort, który mama własnoręcznie robiła (zawsze taki jaki chciałam!), było mnóstwo chipsów i innych przekąsek (zazwyczaj u nas w domu takich rzeczy nie było)... Tylko nie pamiętam, co robiliśmy przez te kilka godzin! Chyba po prostu rozmawialiśmy albo graliśmy w jakieś gry, ale i tak zawsze mi się podobało.
Co zabawne, albo raczej smutne, byli to moi najlepsi przyjaciele, a z większością z tych osób nie mam już dziś kontaktu. Wiem, że jeden z nich wyjechał za granicę, ktoś uczy się w jakimś technikum - ale są to tylko puste informacje, dostępne dla wszystkich na facebooku...
Ale do czego zmierzam: zatęskniłam za czymś takim. Pomyślałam, przedyskutowałam ze sobą wszystkie za i przeciw, i postanowiłam zorganizować takie przyjęcie dla przyjaciół tu, we Wrocławiu. Oczywiście nie dałoby rady zrobić tego w dniu moich urodzin, więc spotkaliśmy się kilka dni wcześniej.
Zaprosiłam kilkoro przyjaciół, kupiłam chipsy i krakersy, zamówiłam pizzę - no, wszystko przygotowałam jak należy! Ba, nawet posprzątałam w pokoju! ;-)
Kiedy tak sobie siedzieliśmy i rozmawialiśmy, uświadomiłam sobie, że jestem szczęśliwa! Że jednak ktoś tam mnie troszkę lubi, skoro zechciał przyjść (chociaż może chodziło o darmową pizzę? ;-) ) . I na prawdę świetnie się bawiłam, chociaż w gruncie rzeczy tylko siedzieliśmy i gadaliśmy.
Dlatego chciałabym tak oficjalnie podziękować bardzo mocno wszystkim, którzy przyszli i tym, którzy nie przyszli, bo nie mogli, na przykład ze względu na (cytuję!) "zapierdol, zapierdol, zapierdol" (przepraszam, ale musiałam przytoczyć ten zacny tekst). Dziękuję! Na prawdę wywołaliście u mnie wiele pozytywnych emocji, sprawiliście, że poczułam się jak w dzieciństwie, i w ogóle jesteście wspaniali!
Ale to jeszcze nie koniec urodzinowych przyjemności! Kilka dni później były moje prawdziwe urodziny, które spędziłam z najbliższymi z najbliższych. I tu również powrót do dzieciństwa - huśtawki, budowanie baz, mnóstwo niezdrowego jedzenia.... Tak więc dziękuję mojej kochanej siostrze i mojemu wspaniałemu chłopakowi za umilenie mi tego dnia, a w właściwie całego weekendu!
No i na koniec, chciałabym się pochwalić jednym szczególnym prezentem... Oczywiście wszystkie były cudowne, ale ten jeden na prawdę zwalił mnie z nóg. Moja młodsza siostrzyczka od kilku tygodni próbuje nauczyć się wyszywać. Postanowiła więc zrobić mi poduszkę z wyszytym na niej Blaisem (to mój pupilek, żółw). Oto rezultat:
Ma młoda talent, prawda? :-)
wtorek, 8 kwietnia 2014
Tydzień Zdrowia
Dość dawno nic nie pisałam. I było mi bardzo miło, kiedy te
kilka osób zapytało mnie, dlaczego nic nie piszę! Tak, więc zgodnie z
obietnicą, oto kilka słów ode mnie….
Obecnie na uczelni taki martwy okres – uczyć się nie trzeba,
żadne duże kolokwia nie są zapowiedziane, zero stresu, no, ale co się z tym
wiąże – troszkę nudno. Człowiek wraca z zajęć i co ma ze sobą zrobić? Można iść
na spacer, ale tak samemu? Poczytać książkę? W minionym tygodniu już
„wciągnęłam” trzy. Ponadto w pracy też jakoś za dużo wydarzeń nie ma. Więc
usiądę i będę marudzić, że nie mam co robić? O nie!
Przez cały tydzień trwa na naszej uczelni Tydzień Zdrowia.
Studenci obsługują różnorodną aparaturę medyczną, robią ludziom badania,
opisują pacjentom wyniki… Stwierdziłam, że to całkiem fajna inicjatywa, tym bardziej,
że to właśnie chęć posiadania umiejętności obsługiwania takiego sprzętu
przyciągnęła mnie na Inżynierię Biomedyczną. Kilka wiadomości, kilka rozmów i
już jestem w kole naukowym! Raz-dwa szkolenie, i od razu do roboty!
Wczoraj miałam okazję porobić badania spirometrem przez 6 h. I czułam się jakaś taka…. Mądra! Patrzę na dziwne cyferki z literkami, jeszcze dziwniejsze wykresy i mówię ludziom, jak bardzo są zdrowi! Do tego fartuszek, identyfikator – jak prawdziwa Pani Doktór!
Szczyt szczytów był jednak wczoraj wieczorem. Kolejka spora, ludzie w różnym wieku… Jedno badanie, drugie, trzecie, i nagle pytanie: „Do you speak English?”. Na początku stanęłam jak wryta, zapomniałam nawet jak po angielsku jest „nie”, po czym zaczęłam coś tam bełkotać w pseudo-angielskim. Po chwili jednak przypomniałam sobie, że przecież coś tam kiedyś się uczyłam, więc może dam radę. Wzięłam od pana wszystkie dane, wytłumaczyłam mu jak należy zrobić to badania, a następnie omówiłam jego wyniki! Kiedy przyszedł kolejny anglojęzyczny pacjent, poszło mi jeszcze lepiej! J
Wczoraj miałam okazję porobić badania spirometrem przez 6 h. I czułam się jakaś taka…. Mądra! Patrzę na dziwne cyferki z literkami, jeszcze dziwniejsze wykresy i mówię ludziom, jak bardzo są zdrowi! Do tego fartuszek, identyfikator – jak prawdziwa Pani Doktór!
Szczyt szczytów był jednak wczoraj wieczorem. Kolejka spora, ludzie w różnym wieku… Jedno badanie, drugie, trzecie, i nagle pytanie: „Do you speak English?”. Na początku stanęłam jak wryta, zapomniałam nawet jak po angielsku jest „nie”, po czym zaczęłam coś tam bełkotać w pseudo-angielskim. Po chwili jednak przypomniałam sobie, że przecież coś tam kiedyś się uczyłam, więc może dam radę. Wzięłam od pana wszystkie dane, wytłumaczyłam mu jak należy zrobić to badania, a następnie omówiłam jego wyniki! Kiedy przyszedł kolejny anglojęzyczny pacjent, poszło mi jeszcze lepiej! J
Jakie wnioski z całego dnia badań spirometrem? Kondycja
młodych ludzi jest straszna! Nie raz było tak, że 80-letni panowie, mieli
lepsze wyniki niż 22-letni młodzieńcy! A więc moi drodzy, zapisujemy się na
basen, idziemy biegać, czy co tam jeszcze chcecie, bo nie wygląda to dobrze!
Ten post jest po części związany z pewną bardzo długą rozmową, którą odbyłam z Jedną Z Moich Współlokatorek. Rozmawiałyśmy o tym, że trzeba coś w życiu robić ze sobą. Że nie można tylko siedzieć i marudzić. Że nie można ograniczać się tylko do niezbędnego minimum, jakim jest egzystencja.
Niesamowicie irytują mnie ludzie, którzy wracają ze szkoły/uczelni, zasiadają przed komputerem i nie ruszają się sprzed niego aż do kolejnego wyjścia na zajęcia. I tak każdego dnia! Rozumiem, zrobić sobie Dzień Lenia – mi też się czasem zdarza. Ale tak przez całe życie? Słyszałam już różne wymówki. Najgłupsza: „Bo ja nie mam po co wstawać od komputera. Nie mam żadnej pasji, żadnych znajomych, nic innego do roboty.” No cóż, jeśli się nie ruszysz to nie znajdziesz ani tego, ani tego. Inna sytuacja: „Ja to bym poszedł do jakiejś pracy. Ale ta zła, ta nie fajna, tu za mało płacą, a ta za bardzo męcząca. Więc nie pójdę do żadnej.” Ludzie! Nie ma dobrej pracy dla ludzi bez doświadczenia, którzy nigdy nic nie robili, przykro mi! Jeśli chcesz zarabiać duże pieniądze nic nie robiąc, to najpierw musisz przepracować mnóstwo godzin za psie pieniądze, albo i za darmo!
A jeśli potrzebujesz pieniędzy tak NAPRAWDĘ, to owszem, da się zarobić dużo w krótkim czasie, ale trzeba się nieźle narobić! Chyba, że się mylę? Jeśli ktoś zna miejsce, gdzie dużo płacą, pomimo że mało się robi, i potrzebują ludzi bez wykształcenia i doświadczenia, to proszę dać znać!
Jak mnie irytują ludzie, którzy tylko narzekają! Że to źle, tamto nie dobrze, tu nie mam pracy, tu nie mam pieniędzy, tu mam słabe oceny, tu się mnie ktoś tam czepia…. A co robisz, żeby było inaczej? No nic, bo przecież nie da się nic zrobić, bo już próbowałam. Guzik prawda. Zawsze jest jakiś sposób. Tak więc ten post dedykuję szczególnie wszystkim moim Marudom, żeby w końcu się ogarnęły i zaczęły robić coś sensownego ze swoim życiem!
wtorek, 4 lutego 2014
O marzeniach słów kilka
Z marzeniami jest jak z ciastem.
Wyobraź sobie sytuację: na talerzyku zostaje jeden, ostatni kawałek ciasta. Ciasto jest przepyszne, ale tego ostatniego kawałka jednak nie weźmiesz, bo nie wypada, bo może ktoś inny by chciał, bo już dużo zjadłeś - cokolwiek. A może jednak? Przecież ono jest takie pyszne! Nie, nie wezmę.... (I to jest właśnie to nasze nieszczęsne marzenie, którego nie spełniamy z różnych powodów.) Nagle, ktoś inny wyciąga rękę i bierze ten kawałek. Jak się w tedy czujesz? Myślisz, że jednak mogłeś je zjeść. Bo przecież było takie pyszne.... I już zaczynasz się martwić z powodu tego marzenia, którego nie udało Ci się spełnić. Stwierdzasz, że zmarnowałeś szansę. Załamujesz się.
A tu nagle przychodzi mama i dokłada ciasta na talerz. Dużo ciasta. Możesz się go najeść do woli. Niesamowite uczucie, prawda?
Tylko co by było, gdyby mama nie dołożyła tego ciasta? Gdyby już nie było kolejnej szansy?
Może jednak warto spełnić swoje marzenie póki jest okazja?
No, to tyle jeśli chodzi o metafory związane z jedzeniem. A skąd takie przemyślenia? W minionym tygodniu miałam aż dwie takie sytuacje, kiedy to myślałam że szansa przepadła, że już nic nie da się zrobić, a tu nagle znalazło się rozwiązanie i udało się osiągnąć cel. Zastanawiam się, kiedy to szczęście mi się skończy?
Ostatnie kilka tygodni to ciągłe kolokwia, egzaminy, zaliczenia. Człowiek próbuje się uczyć, siedzi gapiąc się w notatki przez kilka nocy z rzędu, aż w końcu zaczyna się zastanawiać: "Po co mi to?". I nachodzi człowieka ochota, żeby rzucić to wszystko, żeby uciec jak najdalej stąd, żeby nic nie robić.
A gdyby tak pójść dalej?
I faktycznie nie robić nic z tego, co powinno się robić? Gdyby zrobić coś, na co mamy ochotę, ale raczej tego nie zrobimy bo "coś tam"? Gdyby złamać jakieś zasady, postąpić chociaż raz "inaczej"? Nie, nie chodzi mi o buntowanie się. Po prostu o zrobienie tego, co na prawdę chciało by się zrobić, ale wiecznie coś nas powstrzymuje. Jak na przykład, no nie wiem, zagadanie do dziewczyny która nam się podoba, kupienie najdroższej czekolady w sklepie, skok ze spadochronem (albo i bez), wyjazd w stylu "wsiąść do pociągu byle jakiego", cokolwiek!
"Możesz robić co chcesz, to jest Twój wybór."
Gdyby tylko tak wiedzieć jakie będą tego konsekwencje...
Czasami mam na prawdę wielką ochotę coś zmienić, w głowie jest już nawet ułożony plan działania, wszystko wskazuje na to, że się uda. I w tedy przychodzą wątpliwości- a co jeśli coś pójdzie nie tak? Przecież jest dobrze tak jak jest! Po co coś zmieniać, skoro może być gorzej? Eh, czasami nienawidzę swojego rozsądku.
A może warto skorzystać z tej szczęśliwej passy?...
Wyobraź sobie sytuację: na talerzyku zostaje jeden, ostatni kawałek ciasta. Ciasto jest przepyszne, ale tego ostatniego kawałka jednak nie weźmiesz, bo nie wypada, bo może ktoś inny by chciał, bo już dużo zjadłeś - cokolwiek. A może jednak? Przecież ono jest takie pyszne! Nie, nie wezmę.... (I to jest właśnie to nasze nieszczęsne marzenie, którego nie spełniamy z różnych powodów.) Nagle, ktoś inny wyciąga rękę i bierze ten kawałek. Jak się w tedy czujesz? Myślisz, że jednak mogłeś je zjeść. Bo przecież było takie pyszne.... I już zaczynasz się martwić z powodu tego marzenia, którego nie udało Ci się spełnić. Stwierdzasz, że zmarnowałeś szansę. Załamujesz się.
A tu nagle przychodzi mama i dokłada ciasta na talerz. Dużo ciasta. Możesz się go najeść do woli. Niesamowite uczucie, prawda?
Tylko co by było, gdyby mama nie dołożyła tego ciasta? Gdyby już nie było kolejnej szansy?
Może jednak warto spełnić swoje marzenie póki jest okazja?
No, to tyle jeśli chodzi o metafory związane z jedzeniem. A skąd takie przemyślenia? W minionym tygodniu miałam aż dwie takie sytuacje, kiedy to myślałam że szansa przepadła, że już nic nie da się zrobić, a tu nagle znalazło się rozwiązanie i udało się osiągnąć cel. Zastanawiam się, kiedy to szczęście mi się skończy?
Ostatnie kilka tygodni to ciągłe kolokwia, egzaminy, zaliczenia. Człowiek próbuje się uczyć, siedzi gapiąc się w notatki przez kilka nocy z rzędu, aż w końcu zaczyna się zastanawiać: "Po co mi to?". I nachodzi człowieka ochota, żeby rzucić to wszystko, żeby uciec jak najdalej stąd, żeby nic nie robić.
A gdyby tak pójść dalej?
I faktycznie nie robić nic z tego, co powinno się robić? Gdyby zrobić coś, na co mamy ochotę, ale raczej tego nie zrobimy bo "coś tam"? Gdyby złamać jakieś zasady, postąpić chociaż raz "inaczej"? Nie, nie chodzi mi o buntowanie się. Po prostu o zrobienie tego, co na prawdę chciało by się zrobić, ale wiecznie coś nas powstrzymuje. Jak na przykład, no nie wiem, zagadanie do dziewczyny która nam się podoba, kupienie najdroższej czekolady w sklepie, skok ze spadochronem (albo i bez), wyjazd w stylu "wsiąść do pociągu byle jakiego", cokolwiek!
"Możesz robić co chcesz, to jest Twój wybór."
Gdyby tylko tak wiedzieć jakie będą tego konsekwencje...
Czasami mam na prawdę wielką ochotę coś zmienić, w głowie jest już nawet ułożony plan działania, wszystko wskazuje na to, że się uda. I w tedy przychodzą wątpliwości- a co jeśli coś pójdzie nie tak? Przecież jest dobrze tak jak jest! Po co coś zmieniać, skoro może być gorzej? Eh, czasami nienawidzę swojego rozsądku.
A może warto skorzystać z tej szczęśliwej passy?...
piątek, 10 stycznia 2014
Najfajniejszy okres w życiu
Zbliża się sesja, prawie codziennie jakieś kolokwium - strasznie dużo nauki. Dlatego właśnie przeczytałam już wszystkie książki, wysprzątałam mieszkanie, obejrzałam wszystkie filmy oraz zajęłam się odwiedzaniem znajomych i rodziny (byleby tylko odwlec tą straszną chwilę, w której będzie trzeba się uczyć). Dzisiaj byłam u kuzynki, i rozmowa z nią uświadomiła mi wiele rzeczy...
Studia to najfajniejszy okres w życiu. Jesteś dorosły, rodzice cię nie pilnują już tak bardzo, wszyscy się z tobą liczą, masz dużo wolnego czasu, nie musisz pracować na swoje utrzymanie, nie masz dzieci hałasujących nad uchem, nie martwisz się o to, za co będziesz żyć.... Czasem jakaś imprezka, to spotkanie ze znajomymi, jakiś wypad. Nie masz aż tak dużo obowiązków - jest to czas na spełnianie marzeń, realizowanie się, znalezienie znajomych, przyjaciół, miłości. Owszem, od czasu do czasu trzeba się pouczyć, ale już nigdy nie będziesz mieć tyle czasu dla siebie co teraz! Więc może warto się oderwać od komputera i zacząć z tego korzystać? Bo jak minie te 5 lat, to będzie za późno....
No właśnie - komputer! Największe zło tego świata!
"- Jak cię chłopak jakiś zaprasza na kawę, idź! Nie musisz od razu się z nim żenić, ale spotkać się warto.
- Taaaaak, tylko gdyby jeszcze ktoś mnie na tą kawę zaprosił."
Dzisiaj kontakty towarzyskie większości ludzi ograniczają się do facebooka. Zaczepka to jedyna forma podrywu jaką stosują chłopacy. No, ewentualnie zalajkowanie zdjęcia. Już teraz dziewczyn nie zaprasza się na spacer - "no bo trzeba by wyłączyć grę, a jeszcze jeden level muszę nabić. A poza tym, dlaczego mam ją zaprosić, skoro to nie jest moja dziewczyna? Jak na facebooku napisze że jest ze mną w związku to może w tedy będę miał motywację, żeby się z nią spotkać...."
Pomaganie sobie w nauce - na facebooku. Całonocne rozmowy - na facebooku. A jak ktoś nie ma facebooka to nie będzie wiedział co się dzieje. Trzeba mieć i koniec.
Studia to najfajniejszy okres w życiu. Jesteś dorosły, rodzice cię nie pilnują już tak bardzo, wszyscy się z tobą liczą, masz dużo wolnego czasu, nie musisz pracować na swoje utrzymanie, nie masz dzieci hałasujących nad uchem, nie martwisz się o to, za co będziesz żyć.... Czasem jakaś imprezka, to spotkanie ze znajomymi, jakiś wypad. Nie masz aż tak dużo obowiązków - jest to czas na spełnianie marzeń, realizowanie się, znalezienie znajomych, przyjaciół, miłości. Owszem, od czasu do czasu trzeba się pouczyć, ale już nigdy nie będziesz mieć tyle czasu dla siebie co teraz! Więc może warto się oderwać od komputera i zacząć z tego korzystać? Bo jak minie te 5 lat, to będzie za późno....
No właśnie - komputer! Największe zło tego świata!
"- Jak cię chłopak jakiś zaprasza na kawę, idź! Nie musisz od razu się z nim żenić, ale spotkać się warto.
- Taaaaak, tylko gdyby jeszcze ktoś mnie na tą kawę zaprosił."
Dzisiaj kontakty towarzyskie większości ludzi ograniczają się do facebooka. Zaczepka to jedyna forma podrywu jaką stosują chłopacy. No, ewentualnie zalajkowanie zdjęcia. Już teraz dziewczyn nie zaprasza się na spacer - "no bo trzeba by wyłączyć grę, a jeszcze jeden level muszę nabić. A poza tym, dlaczego mam ją zaprosić, skoro to nie jest moja dziewczyna? Jak na facebooku napisze że jest ze mną w związku to może w tedy będę miał motywację, żeby się z nią spotkać...."
Pomaganie sobie w nauce - na facebooku. Całonocne rozmowy - na facebooku. A jak ktoś nie ma facebooka to nie będzie wiedział co się dzieje. Trzeba mieć i koniec.
No i gry. Różne. Ludzie marnujący czas nad bezsensownymi grami. No owszem, fajna rozrywka. Rozumiem zagrać sobie raz na jakiś czas. Ale codziennie? Po kilkanaście godzin? W grę, która przecież nic nie wnosi w nasze życie? Jeszcze jestem w stanie zrozumieć dwunastoletnich chłopców, którzy grają, bo nie mają nic lepszego do roboty. Ale dorośli faceci (18-30 lat), którzy marnują swoje życie? Nie uczą się, nie pracują, nie nawiązują znajomości, bo orki czy żołnierze ważniejsi. A przecież żona ma dobrą pracę to nas utrzyma. Ja mogę sobie grać....
Inna sytuacja: siedzę na uczelni. Sami poważni panowie (20 latkowie, dorośli) i rozmawiają:
- Ku**a, jaki zaj*****y filmik widziałem! Koleś się tak naje*ał , że się zrzygał.
- Haha, dobre, widziałeś ten jak kolesiowi lewatywę robili, a drugi używał kremu, gdzie kolega mu się spuścił.
- No, dobre!
No właśnie, nie dobre. Gdy usłyszałam tą rozmowę to się załamałam. Dziewczyny - taki jest poziom naszych przyszłych mężów, ojców rodziny, ludzi odpowiedzialnych za nasz dom....
Inna sytuacja: siedzę na uczelni. Sami poważni panowie (20 latkowie, dorośli) i rozmawiają:
- Ku**a, jaki zaj*****y filmik widziałem! Koleś się tak naje*ał , że się zrzygał.
- Haha, dobre, widziałeś ten jak kolesiowi lewatywę robili, a drugi używał kremu, gdzie kolega mu się spuścił.
- No, dobre!
No właśnie, nie dobre. Gdy usłyszałam tą rozmowę to się załamałam. Dziewczyny - taki jest poziom naszych przyszłych mężów, ojców rodziny, ludzi odpowiedzialnych za nasz dom....
Tak wiem, ponarzekałam trochę na mężczyzn, facetów i gatunek męski ogólnie. Ale taka jest prawda - faceci stają się niestety coraz mniej męscy, a bardziej dziecinni. Oczywiście generalizuję, są wyjątki. Ale takie są moje spostrzeżenia.
Żeby nie narzekać tylko na facetów - inna sytuacja. Kobieta samotnie wychowująca dorastające dziecko. Wstaje o 12 w południe, bo do rana czytała książkę. Budzi się i stwierdza, że nie ma siły iść do żadnej pracy, bo jest taka niewyspana i zmęczona! Co prawda nie ma co do garnka włożyć, i powinna iść do pracy, ale w sumie.... to jej się nie chce. Wraca więc do łóżka czytać książkę. I taka sytuacja powtarza się codziennie. Ludzie! Trochę odpowiedzialności! W takich żyjemy czasach, że każdy kiedyś będzie musiał zacząć pracować. I obowiązków i systematyczności powinniśmy uczyć się już od najmłodszych lat (spędzanie całego dnia przed komputerem temu nie sprzyja!). Strasznie irytują mnie ludzie, którzy nic nie robią ze swoim życiem - nie pracują, nie mają żadnej pasji, żadnych zajęć, i marudzą, że nic im nie wychodzi, że nic się nie układa. Siedzi to to takie, gapi się w monitor i mówi, jak to ma w życiu źle. A bo nie ma dla niego pracy. A bo oceny ma słabe. A bo żadna dziewczyna go nie chce. No niestety, żeby cokolwiek się układało, trzeba samemu to ułożyć a potem ciągle koło tego skakać, żeby nie runęło. A jak będziemy wychodzić z założenia, że nam się nie chce, to cóż.... życie zawsze będzie kopać nas po dupie. Nikt niczego nie dostanie za darmo. Tak więc jeśli chcesz coś w życiu osiągnąć, to bierz się za to już teraz, nie odkładaj na później. Bo życie masz tylko jedno, które bardzo szybko przemija, a tego czasu który minął już nie odzyskasz. Jedyne co możesz zrobić, to nie zmarnować ani minuty więcej!
No, to idę się uczyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
