czwartek, 11 maja 2017

Namierzyć cel


        Ostatnimi czasy trafiam na wiele zmuszających do myślenia książek i filmów. Niby fajnie, bo człowiek może się rozwinąć i w ogóle... tylko problem jest jeden – to zaczyna być denerwujące, kiedy bierzesz się za coś, żeby się odmóżdżyć, po ciężkim tygodniu, a tu Ci autor jeszcze dorzuca kilka rzeczy do przemyślenia! No ale cóż zrobić- jeśli los daje Ci cytryny, zrób z nich lemoniadę. A jeśli daje Ci powody do myślenia, napisz posta na blogu! ;)

        Jakiś czas temu K. truła mi, że musimy koniecznie pójść na „Psa”. A konkretniej na „Był sobie pies”. Strach było wychodzić z nią na miasto, bo gdy tylko zobaczyła plakat, dopominała się o wyjście do kina. W pewnym momencie nawet chodzące po ulicy czworonogi wywoływały lawinę próśb, więc dla świętego spokoju kupiłam książkę inspirowaną filmem (albo raczej książkę, na której film się opiera, nie jestem pewna, nie chce mi się sprawdzać... ). 

Nareszcie spokój! 

Było to bardzo mądre posunięcie, ponieważ K. mi też pozwoliła ją przeczytać. Dziś udało mi się ją skończyć. I jestem bardzo pozytywnie zaskoczona! Czytając opis spodziewałam się kolejnej bajeczki dla dzieci w stylu „O psie, który jeździł koleją”, czy „Lassie, wróć!” (to wcale nie jest tak, że przy obu płakałam jak dziecko i liczyłam na to samo w tej historii) i... w sumie to nie zawiodłam się. Autorowi wyszło coś tego właśnie pokroju, chociaż ciut ambitniejsze. Otóż jest to historia o bohaterskim psie, który... reinkarnuje się! Ogólny zarys historii jest taki, że pewien uroczy szczeniak w pierwszym życiu uczy się czegoś, co wykorzystuje w drugim. W drugim wydaje mu się, że osiągnął wszystko, co miał osiągnąć - jest szczęśliwy, bo wypełnił swoje zadanie. Okazuje się jednak, że to ciągle nie było to - odradza się ponownie, by zdobyć kolejne umiejętności i spełnić kolejne zadanie. Gdy jest już przekonany, że tym razem już na pewno wykonał wszystko, co zostało mu powierzone, okazuje się, że nadal czeka na niego pewna misja, do której te wszystkie wcielenia go przygotowywały...  Nie chcę tutaj spoilerować, mówić jakie przygody go spotkały, czy jak wzruszające było zakończenie, ale chciałabym zwrócić uwagę na przesłanie, które mi się nasunęło na myśl. A w zasadzie na pytanie, jakie od momentu odłożenia książki, chodzi mi po głowie. A mianowicie: 

Jaki jest cel mojego życia? Jaką mam w nim misję do spełnienia?

Tak, wiem, część z czytających wzdrygnęła się na słowo „misja”, ale spokojnie, to nie ten kontekst. Tutaj to słowo to bardziej „powołanie”, chociaż z kolei druga połowa czytających właśnie tego słowa nie trawi (w tym ja). Więc może inaczej:

Co jest moim zadaniem, dla którego żyję?

Chodzi mi o to, że gdybyś teraz był tym książkowym psiakiem, to czy mógłbyś powiedzieć, że przecież robiłeś to, do czego zostałeś powołany? Że wykonywałeś zwoje zadania? Swoje cele? Że wiesz, po co w ogóle chodziłeś po świecie?...

Niektórzy żyją, żeby ratować innych. Zostają wtedy strażakami, lekarzami albo policjantami. Oczywiście nie chcę tutaj umniejszać ich roli, ale przecież nie każdy może należeć do jednej z tych trzech grup zawodowych! Czy taki ktoś nie ma żadnej ważnej misji do spełnienia?  
Dla kogoś innego takim celem będzie ukazywanie innym Boga – zostają wtedy księżmi, siostrami zakonnymi czy misjonarzami. Chociaż to też taka dość ekstremalna droga, nie każdy się na nią pokusi. 
Zatem czy ktoś zwykły, przeciętny, może mieć swoje zadanie życiowe? Oczywiście! I to czasem nawet nie jedno! 

Co może być takim zadaniem?

Dla kogoś może być to założenie rodziny (znam garstkę osób, a właściwie dziewczyn, dla których głównym sensem istnienia jest znalezienie męża i urodzenie gromadki dzieci). I na pewno będą one najszczęśliwszymi istotami na świecie zmieniając pieluchy, gotując obiady i sprzątając w domu. 

Dla kogoś innego będzie to praca z dzieciakami – taki ktoś będzie spędzać długie godziny, za marne pieniądze tłumacząc matematykę czy fizykę, a wieczorami sprawdzając kartkówki, a mimo to, będzie wstawiać kolejną jedynkę z uśmiechem na twarzy. 

Jeszcze ktoś inny żyje po to, żeby rozbawiać ludzi. Nie jest żadnym komikiem, aktorem czy clownem. Ale spotyka Cię raz na jakiś czas i zawsze ma w zanadrzu jakiś dowcip, albo zabawny tekst, który zapamiętasz przez kolejne dni i będziesz parskać ze śmiechu, za każdym razem, gdy go sobie przypomnisz. 

Dla kogoś innego życiowym celem jest pisanie – nie obchodzi go, czy ktoś przeczyta to, co stworzył. Wielu rzeczy nawet nie pokazuje światu. Ale siedzi wieczorami i zapisuje kolejne strony, dając upust emocjom czy zmieniając fikcyjny świat, który sam stworzył. 

I co istotne, posiadanie jednego celu, nie wyklucza posiadania innego. Bo czy jest coś złego w tym, że strażak opowiada dowcipy kumplom w remizie? Albo że pani doktor nie może się doczekać, aż wróci do swojego męża i dzieci? Albo że jakaś policjantka wieczorami pisuje kryminały? Grunt to odnaleźć swój cel na każdą dziedzinę naszego życia. Wiedzieć, co chcemy z siebie dać w konkretniej sytuacji. Wiedzieć, w jaki sposób chcę być dla innych... I żyć tak, aby na koniec dnia móc powiedzieć samemu sobie: wypełniłem swoje zadanie

Ale trudno będzie to zrobić, jeśli nie wiemy, co jest naszym zadaniem!

Więc chciałabym zaproponować Ci taką zabawę: weź do ręki długopis i znajdź jakąś kartkę. Od biedy może to być też notatnik w telefonie. Teraz zapisz takie proste zdanie: „Żyję, aby...”. Masz jakieś pomysły, co wpisać jako dokończenie zdania? Spróbuj zapisać wszystkie powody, które przychodzą Ci do głowy. A potem powieś tę karteczkę w miejscu, w którym będziesz mógł na nią patrzeć każdego ranka, przypominając sobie, jakie masz zadanie do wykonania dzisiaj! 

Dobra, wyszło to filozoficznie, pseudomotywacyjnie i generalnie jakoś tak nie w moim stylu. Jak nie chcesz, to przecież nie musisz niczego pisać ;) Ja tam napisałam... Była to chyba jedna z najtrudniejszych prac domowych w moim życiu! 

Miały być co prawda opisy wszystkich trzech „dzieł”, które mnie zainspirowały, ale wyszedł tak długi post, że pozostałe dwa zostawię na kolejny raz – zawsze to w zanadrzu pomysł na temat ;)