Ostatnimi czasy
trafiam na wiele zmuszających do myślenia książek i filmów. Niby
fajnie, bo człowiek może się rozwinąć i w ogóle... tylko problem
jest jeden – to zaczyna być denerwujące, kiedy bierzesz się za
coś, żeby się odmóżdżyć, po ciężkim tygodniu, a tu Ci autor
jeszcze dorzuca kilka rzeczy do przemyślenia! No ale cóż zrobić- jeśli los daje Ci cytryny, zrób z nich lemoniadę. A jeśli daje Ci powody do myślenia, napisz posta na blogu! ;)
Jakiś czas temu K.
truła mi, że musimy koniecznie pójść na „Psa”. A konkretniej
na „Był sobie pies”. Strach było wychodzić z nią na miasto,
bo gdy tylko zobaczyła plakat, dopominała się o wyjście do kina.
W pewnym momencie nawet chodzące po ulicy czworonogi wywoływały
lawinę próśb, więc dla świętego spokoju kupiłam książkę
inspirowaną filmem (albo raczej książkę, na której film się
opiera, nie jestem pewna, nie chce mi się sprawdzać... ).
Nareszcie
spokój!
Było to bardzo mądre posunięcie, ponieważ K. mi też
pozwoliła ją przeczytać. Dziś udało mi się ją skończyć. I
jestem bardzo pozytywnie zaskoczona! Czytając opis spodziewałam się
kolejnej bajeczki dla dzieci w stylu „O psie, który jeździł
koleją”, czy „Lassie, wróć!” (to wcale nie jest tak, że
przy obu płakałam jak dziecko i liczyłam na to samo w tej
historii) i... w sumie to nie zawiodłam się. Autorowi wyszło coś
tego właśnie pokroju, chociaż ciut ambitniejsze. Otóż jest to
historia o bohaterskim psie, który... reinkarnuje się! Ogólny zarys historii jest taki, że pewien uroczy szczeniak w pierwszym życiu uczy się czegoś, co wykorzystuje w drugim. W drugim wydaje mu się, że osiągnął wszystko, co miał osiągnąć - jest szczęśliwy, bo wypełnił swoje zadanie. Okazuje się jednak, że to ciągle nie było to - odradza się ponownie, by zdobyć kolejne umiejętności i spełnić kolejne zadanie. Gdy jest już przekonany, że tym razem już na pewno wykonał wszystko, co zostało mu powierzone, okazuje się, że nadal czeka na niego pewna misja, do której te wszystkie wcielenia go przygotowywały... Nie chcę
tutaj spoilerować, mówić jakie przygody go spotkały, czy jak
wzruszające było zakończenie, ale chciałabym zwrócić uwagę na
przesłanie, które mi się nasunęło na myśl. A w zasadzie na
pytanie, jakie od momentu odłożenia książki, chodzi mi po głowie.
A mianowicie:
Jaki jest cel mojego życia? Jaką mam w nim misję
do spełnienia?
Tak, wiem, część z czytających wzdrygnęła
się na słowo „misja”, ale spokojnie, to nie ten kontekst. Tutaj
to słowo to bardziej „powołanie”, chociaż z kolei druga połowa
czytających właśnie tego słowa nie trawi (w tym ja). Więc może inaczej:
Co jest moim zadaniem, dla którego żyję?
Chodzi mi o to, że gdybyś teraz był tym książkowym psiakiem, to czy mógłbyś powiedzieć, że przecież robiłeś to, do czego zostałeś powołany? Że wykonywałeś zwoje zadania? Swoje cele? Że wiesz, po co w ogóle chodziłeś po świecie?...
Niektórzy żyją, żeby ratować innych. Zostają wtedy strażakami, lekarzami albo policjantami. Oczywiście nie chcę tutaj umniejszać ich roli, ale przecież nie każdy może należeć do jednej z tych trzech grup zawodowych! Czy taki ktoś nie ma żadnej ważnej misji do spełnienia?
Niektórzy żyją, żeby ratować innych. Zostają wtedy strażakami, lekarzami albo policjantami. Oczywiście nie chcę tutaj umniejszać ich roli, ale przecież nie każdy może należeć do jednej z tych trzech grup zawodowych! Czy taki ktoś nie ma żadnej ważnej misji do spełnienia?
Dla kogoś innego takim celem będzie ukazywanie innym
Boga – zostają wtedy księżmi, siostrami zakonnymi czy
misjonarzami. Chociaż to też taka dość ekstremalna droga, nie każdy się na nią pokusi.
Zatem
czy ktoś zwykły, przeciętny, może mieć swoje zadanie życiowe?
Oczywiście! I to czasem nawet nie jedno!
Co może być takim
zadaniem?
Dla kogoś może być
to założenie rodziny (znam garstkę osób, a właściwie dziewczyn,
dla których głównym sensem istnienia jest znalezienie męża i
urodzenie gromadki dzieci). I na pewno będą one najszczęśliwszymi
istotami na świecie zmieniając pieluchy, gotując obiady i
sprzątając w domu.
Dla kogoś innego będzie to praca z dzieciakami
– taki ktoś będzie spędzać długie godziny, za marne pieniądze
tłumacząc matematykę czy fizykę, a wieczorami sprawdzając
kartkówki, a mimo to, będzie wstawiać kolejną jedynkę z
uśmiechem na twarzy.
Jeszcze ktoś inny żyje po to, żeby rozbawiać
ludzi. Nie jest żadnym komikiem, aktorem czy clownem. Ale spotyka
Cię raz na jakiś czas i zawsze ma w zanadrzu jakiś dowcip, albo
zabawny tekst, który zapamiętasz przez kolejne dni i będziesz
parskać ze śmiechu, za każdym razem, gdy go sobie przypomnisz.
Dla
kogoś innego życiowym celem jest pisanie – nie obchodzi go, czy
ktoś przeczyta to, co stworzył. Wielu rzeczy nawet nie pokazuje
światu. Ale siedzi wieczorami i zapisuje kolejne strony, dając
upust emocjom czy zmieniając fikcyjny świat, który sam stworzył.
I co istotne,
posiadanie jednego celu, nie wyklucza posiadania innego. Bo czy jest
coś złego w tym, że strażak opowiada dowcipy kumplom w remizie?
Albo że pani doktor nie może się doczekać, aż wróci do swojego
męża i dzieci? Albo że jakaś policjantka wieczorami pisuje
kryminały? Grunt to odnaleźć swój cel na każdą dziedzinę
naszego życia. Wiedzieć, co chcemy z siebie dać w konkretniej
sytuacji. Wiedzieć, w jaki sposób chcę być dla innych... I żyć
tak, aby na koniec dnia móc powiedzieć samemu sobie: wypełniłem
swoje zadanie.
Ale trudno będzie to zrobić, jeśli nie wiemy, co jest
naszym zadaniem!
Więc chciałabym zaproponować Ci taką zabawę:
weź do ręki długopis i znajdź jakąś kartkę. Od biedy może to
być też notatnik w telefonie. Teraz zapisz takie proste zdanie: „Żyję,
aby...”. Masz jakieś pomysły, co wpisać jako dokończenie
zdania? Spróbuj zapisać wszystkie powody, które przychodzą Ci do
głowy. A potem powieś tę karteczkę w miejscu, w którym będziesz
mógł na nią patrzeć każdego ranka, przypominając sobie, jakie
masz zadanie do wykonania dzisiaj!
Dobra, wyszło to filozoficznie, pseudomotywacyjnie i generalnie jakoś tak nie w moim stylu. Jak nie chcesz, to przecież nie musisz niczego pisać ;) Ja tam napisałam... Była to chyba jedna z najtrudniejszych prac domowych w moim życiu!
Miały być co
prawda opisy wszystkich trzech „dzieł”, które mnie
zainspirowały, ale wyszedł tak długi post, że pozostałe dwa
zostawię na kolejny raz – zawsze to w zanadrzu pomysł na temat ;)