czwartek, 18 września 2014

"W górach jest wszystko co kocham"

Dwa tygodnie temu przyjechałam do Białego Dunajca. Zaczęło się ciekawie: „Ta strona rzeki wysiada, reszta jedzie dalej”. Fajnie, tylko kurczę… Gdzie jest moja chata? Tu czy tam? Pytam ludzi w autokarze – większość jest pierwszy raz, nie wiedzą. No dobra, stoją jacyś ludzie w szatach dziekańskich, inni z afro i wielkim radio – na zakonników żaden z nich nie wygląda. Więc chyba jednak mieszkam TAM. Z bijącym sercem jadę dalej. Po chwili mijamy dwójkę katów – kaptury na głowach, długie habity przewiązane sznurem. Tak, to chyba ci, których szukam. Oczywiście wzbudzają sensację w autobusie – większą nawet niż banda smerfów! (Notabene ciekawe, że bardziej dziwi spotkanie zakonnika niż smerfa). Kaci przywitali mnie i zaprowadzili do chatki. Tam wszystko popodpisywane jakąś dziwną czcionką: cele, rozmównica, refektarz…Do pisania przygotowane gęsie pióra. Na stoliku dzwon, którym wzywano nas na posiłki.  Jak w prawdziwym zakonie! I nawet prawdziwa zakonnica się znalazła ;-)   Do tego Dziewczyna Wyłaniająca Się Z Kuchni, Jakiś Chłopak (który okazał się być księdzem) i jeszcze kilka osób, których imiona wyleciały mi z głowy już po kilku sekundach. To, co mnie zaskoczyło tak bardzo pozytywnie – wszyscy witali mnie tak, jakbyśmy się znali i byli starymi przyjaciółmi. Mój wrodzony introwertyzm przyjął to dość kiepsko, ale w końcu się przyzwyczaił do wszechogarniającej go tam uprzejmości i otwartości.
 Z pierwszego dnia pamiętam jeszcze obiad. Moja pierwsza myśl, gdy go zobaczyłam:  jeśli tak będą wyglądały nasze porcje do końca obozu, to ja tu umrę z głodu! Na szczęście później już pozwalali mi się najeść do syta. No i dieta Kremusiowo-Pasztetowa mi służy: po powrocie do domu okazało się, że przybyło mi kilka kilogramów.
Dzięki dyżurowi w kuchni nauczyłam się jednej rzeczy: nigdy więcej nie narzekać, że muszę zmywać po robieniu obiadu dla siebie. Bo jest to nic, przy zmywaniu po obiedzie dla 20 osób. :D
No i jeszcze jedno: nie wiem, co dzisiaj zrobię na obiad, ale na pewno będzie to coś z sosem czosnkowym podpatrzonym od Magdy w trakcie dyżuru. Zobaczymy, czy wyjdzie tak samo smaczny :D

To, co zdecydowanie zapadło mi w pamięć, to Bieg Otrzęsinowy . Kazali nam się ubrać w habity i chodzić po wszystkich chatkach po kolei. Każda z nich miała inny temat, a co za tym idzie, różne konkurencje związane z tym tematem do wykonania. Coś niesamowitego: najpierw jesteś na farmie, później w dziekanacie. Po chwili przenosisz się na dwór szlachecki, a stamtąd do prehistorii. Tańczysz belgijkę się ze smerfami, a później rozmawiasz z M&M-sami. W ten sposób miałam okazję muczeć podczas dojenia krowy, tańczyć wymyślony na poczekaniu układ taneczny, grać w Black Jacka z Chłopakiem Z Kasyna, rozpoznawać po smaku cukierki czy szukać kluczy w stogu siana. Bawiłam się świetnie! To lepsze nawet niż chrzest kolonijny! Żałuję że można być tylko raz pierwszy raz na Białym ;-)

Kilka lat temu byłam w górach (w Rabce Zdrój, całkiem niedaleko Białego). Bardzo mi się podobało, więc myślałam, że tu będzie podobnie. Jednak już podczas pierwszego wyjścia uświadomiłam sobie, że te „szczyty”, na które ja wchodziłam, to były pastwiska dla owiec, a nie góry! Na szczęście udało mi się zobaczyć prawdziwe Góry, nawet zahaczyć o Giewont czy Kościelec. Co prawda na Rysach nie byłam, ale uważam, że to, co się udało to i tak niezły wyczyn jak na pierwszy raz.
 
Na początku obóz skojarzył mi się z pielgrzymką: codziennie gdzieś łazimy, każdego dnia Msza Święta, wokół pełno księży, podział na grupy… Jak bardzo się myliłam! Tu jest zupełnie inaczej! Po pierwsze – zupełnie inaczej wędruje się w sandałkach, krótkich spodenkach i litrami wody, a inaczej w trekach, grubym polarze i konserwą turystyczną w plecaku. Po drugie, to nie jest taki spacerek jak na pielgrzymce. Tu naprawdę zdarzało mi się zmęczyć (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Po trzeci, ludzie tutaj są zupełnie inni. Raz, że sami studenci. Dwa, że są sobie dużo bliżsi. Atmosfera tutaj jest dużo lepsza! Wszyscy są do siebie przyjaźnie nastawieni, wiesz, że możesz na nich liczyć, że Cię nie zostawią gdzieś na szlaku, że poczęstują Cię kanapką, że pokażą gdzie postawić nogę, gdy nie widzisz jak zejść ze szczytu…. Na pielgrzymce często mi brakowało takiej jedności w Naszej Grupie. No i te msze! Oprawa jak na pielgrzymce: gitara, jakieś bębny, czasem skrzypce. Piosenki w sumie te same. Nawet kazania podobne. Ale trzy razy mieliśmy Mszę Chatkową. I to było coś świetnego! Pierwszy raz w życiu miałam okazję pójść na Mszę w kapciach ;-). A poza tym odbywały one się w budynku, w którym mieszkaliśmy, tuż obok mojego pokoju.  Siedzieliśmy tam w 15-20 osób i mieliśmy prawdziwą Mszę! Dla mnie było to niesamowite doświadczenie (już nie wspominając o kazaniu, ale to jest dłuższy temat). Inna Msza, którą zapamiętam do końca życia, to Msza na Kalatówkach. Przyjaciele z pielgrzymki na pewno pamiętają Mszę w Lasku Brzozowym. Więc Lasek przy Kalatówkach to jest NIC! Wyobraźcie sobie: siedzimy na polanie, ołtarz wystawiony z takiej zwykłej drewnianej ławy, za ołtarzem Ksiądz ( a nie 10 księży, i jeszcze drugie tyle ministrantów, jak to bywało w lasku). Na tej polanie my (10 osób). Za ołtarzem widok na Kasprowy Wierch i inne szczyty. Słońce przebija się przez nie, na niebie białe chmurki jak z reklamy Algidy. A w tle cykanie świerszczy. Do tego dźwięk skrzypiec i akordeonu, wygrywających najpiękniejszą pieśń na świecie: „Każdy wschód Słońca, Ciebie zapowiada”.  Niesamowite!

Oczywiście mieliśmy tam też zapewnione mnóstwo innych atrakcji: mecz koszykówki, siatkówki (który rozegraliśmy w habitach, ku uciesze publiki), Dzień Otwartych Chałup (gdzie każda chata przygotowywała najróżniejsze atrakcje, od randki w ciemno, przez speed dating i belgijkę, aż do malowania na kubkach i koszulkach), konferencje (niektóre niesamowicie dające do myślenia, które można było słuchać siedząc wygodnie, a nie idąc), Festiwal Piosenki Wszelakiej (coś jak Sakrosong na pielgrzymce, tylko lepiej przygotowane, z ciekawszymi pomysłami i większym zaangażowaniem uczestników (pewnie ze względu na nagrody)). A wieczorami integracja! Wyjście do Furtoka żeby potańczyć belgijkę na ponad 50 osób i pośpiewać, bardzo niebezpieczna gra w „Kto tak jak ja” czy też zabawa w zwierzątka. I chociaż dalej nie umiem poprawnie pokazać ślimaka, to uważam to za najfajniejszą zabawę na świecie :D
To tyle, jeśli chodzi o ogólne wrażenia z pobytu na Białym. Najzwyczajniej w świecie było SUPER, co z resztą może potwierdzić Moja Wspaniała Współlokatorka, która wczoraj była zmuszona przez cały wieczór słuchać, jak jej zdaję szczegółową relację z całego pobytu.

Jednak to, co się działo na obozie to jedno. Ważniejszą kwestią są ludzie, dzięki którym to wszystko było takie, jakie było. Co prawda większości osób, których to dotyczy, już to mówiłam, ale powtórzę jeszcze raz: dziękuję Wam za ten obóz! A teraz szczegółowe wypominki:

* Daniel i Grzesiu – gdyby nie oni, to pewnie nie wybrałabym się na Giewont czy Kościelec. Dla mnie to były trasy typu „za trudne, by o nich nawet myśleć”. Oni uświadamiali mnie, że to przecież nic aż tak strasznego i na pewno sobie poradzę. Tak więc chłopaki – wielkie dzięki! Gdyby nie Wy, pewnie całe dwa tygodnie spędziłabym na Krupówkach ;-D

  * Paweł – były momenty, że przeklinałam w duchu chłopaków za to, że namówili mnie na tą trasę. Jakieś łańcuchy, kamienie po których trzeba się wdrapywać, a tu nogi bolą, płuca nie nadążają nabierać powietrza. Ale na szczęście zawsze gdzieś tam był Paweł, który jak kozica skakał po tych górach, nie okazując nawet źdźbła zmęczenia. „Paweł daje radę, to i ja mogę”. No i dawałam! Tak więc dzięki Pawle za to! No i oczywiście za wspaniałą organizację tego wszystkiego, ale to już sam wiesz, że wykonałeś kawał dobrej roboty.
·         *Ania – wspaniała współlokatorka. Chociaż zazwyczaj to było tak, jakby jej nie było. Ja się kładę spać, Ani jeszcze  nie ma. Wstaję, Ani już nie ma! Dobrze, że tyle rzeczy Twoich w pokoju leżało, bo bym myślała, że mieszkam sama! Dziękuję Ci za to, że zawsze mogłam z Tobą pogadać, że pomogłaś mi się odnaleźć na tym obozie. Bez Ciebie byłoby to dużo trudniejsze!

·        * Karolina – pierwsza znana mi osoba, która uczyła się szwedzkiego. I choć germianstka, to wcale nie była tka zła ;-) Jako pierwsza zabrała mnie na trasę na dwa tysiące (to nic, że się nie udało!). Wyprawę na Grzesia oraz ten „wietrzyk” będę pamiętać bardzo długo. I w sumie to po rozmowie z Tobą podjęłam ostateczną decyzję o dołączeniu do Przystani. A więc- dziękuję!

*Siostra Małgorzata – pierwszy raz w życiu spotkałam siostrę zakonną, z którą można było tak fajnie porozmawiać, pożartować. Dziękuję za rozmowy w drodze do kościoła, za „Ha z przytupem”, które już mi weszło w nawyk… Ponadto Siostra jest pierwszą znaną mi osobą, która tak jak ja nazywa swoich podopiecznych „moje dzieci”.  Między innymi to właśnie przez tą wspólną cechę od razu Siostrę polubiłam. No i oczywiście wielkie dzięki za bycie Naszym Najlepszym Duszpasterzem!

*Ks. Grzegorz – tu sprawa jest skomplikowana. Mam wrażenie, że poznając go, poznałam dwie zupełnie różne osoby. Pierwsza: Grzegorz – student, który tak jak ja, zajmuje się dosłownie wszystkim. Mnóstwo zainteresowań i pasji, nie lubi siedzieć bezczynnie, woli czymś się zająć, spróbować wszystkiego (takie odniosłam wrażenie po tych kilkunastu minutach rozmowy).  Człowiek orkiestra: gra, śpiewa, siatkarz, narciarz, tenisista, informatyk. Dorzućmy do tego jego pomysł na zdjęcia w przepaści, śpiewy u Furtoka, pomysł na kibica wymachującego sznurem zza płotu… No i do tego te żarty – to dopiero druga znana mi osoba, która potrafi dokończyć wszystkie dowcipy, które ja zaczynam opowiadać. Człowiek z którym nie da się nudzić, wiecznie uśmiechnięty. No taki po prostu Grzesiu.

Ta druga osoba, którą poznałam to Ksiądz. Jego kazanie po pierwszej Msze w chatce sprawiło, że znów zaczął do mnie krzyczeć ten głosik z tyłu głowy, którego do tej pory udawało mi się uciszać. Zobaczymy, czy coś z tego wyjdzie. Na pewno dał mi wiele do myślenia (co w tym roku na pielgrzymce nie udało się żadnemu księdzu), więc i za to dziękuję! Od wielu ludzi słyszałam podobne opinie na jego temat, więc nie tylko mnie „ruszyło”.
Jedyne, czego żałuję, to że tak późno zdecydowałam się na przepisanie na trasę. Drogi Księciu, cieszę się, że miałam okazję Cię poznać. Dziękuję za rozmowę (chociaż czuję pewien niedosyt), za pozytywną energię, za te wszystkie ciepłe słowa, które bardzo dobrze zapamiętam  oraz po prostu za Bycie, bo czasem już to wystarczało.

Nie wymieniłam tu wszystkich, ale wszystkim dziękuję. Każdy z Was miał jakiś wpływ na moje życie. Myśl o każdym z Was przywołuje jakiś wspomnienia, a co za tym idzie- uśmiech na twarzy. Dziękuję za to, że byliście. A w szczególności dziękuję za Agapę. Podczas dzielenia się z Wami chlebem, usłyszałam tyle miłych rzeczy, co jeszcze nigdy w życiu. I czułam, że są to szczere wypowiedzi, a nie jakieś puste frazesy, które często klepie się gdzieś przy tego typu spotkaniach. Ponadto uświadomiliście mi, że moje modlitwy zostały wysłuchane, a ja sama staję się takim człowiekiem, jakim zawsze chciałam być! Byłam bardzo zdziwiona, gdy mówiliście mi, że jestem otwarta, wesoła, z uśmiechem na twarzy, że potrafię postawić na swoim. Zawsze uważałam, że jest zupełnie odwrotnie! Inaczej: na co dzień jest zupełnie odwrotnie! Te zmiany są dzięki Wam! Jestem wdzięczna ;-)

Wpis wyszedł dłuższy niż przewidywałam, ale i tak nie udało mi się napisać wszystkiego co chciałam. Po prostu do wyrażenia niektórych rzeczy brak mi wystarczających słów, inne są zbyt ważne by ot tak o nich publicznie się rozpisywać. Mam nadzieję, że nikt nie ma mi za złe tego, że publicznie informuję świat o jego istnieniu, lub też, że o kimś nie wspomniałam. Dziękuję Wam za najwspanialsze dwa tygodnie w moim życiu. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz, a to, co udało Wam się ze mną zrobić, będzie skutkiem trwałym, a nie chwilowym. Dzięki za wszystko! 

wtorek, 2 września 2014

O wyjazdach i powrotach

"Ostatni post opublikowano 05-05-2014" - tak, dość dawno nic ciekawego nie napisałam, ale nie było czasu bo sesja, kolonia, pielgrzymka, już jutro kolejny wyjazd. Człowiek cały czas jakiś taki "zalatany"...
Dopiero dzisiaj tak się jakoś złożyło, że
a) zaczęłam marudzić mojej Kochanej Współlokatorce, że się nudzę,
b) Ktoś napisał mi dzisiaj, że liczył na nowy wpis na moim blogu,
więc postanowiłam coś tam wymyślić.

Już prawie rok minął od mojego posta dotyczącego rozpoczynania nowego życia - nowe miasto, nowa szkoła, nowe otoczenie. Wtedy tak się bałam tego wszystkiego. A teraz? Przyjechałam do Wrocławia, usiadłam na swoim krześle przy stole, popatrzyłam na ściany i poczułam się na prawdę U SIEBIE! Tak, jakby tu było moje miejsce (no a nie jest?). I pomimo, że nie było mnie tutaj ponad dwa miesiące, czułam się tak, jakbym nigdzie nie wyjeżdżała. To zabawne uczucie, kiedy nagle uświadamiasz sobie, że obce miejsca stają się twoim domem. Podobnie z ludźmi - nie znasz kogoś, chwila-moment i już nie wyobrażasz sobie życia bez tej osoby.

Właśnie dlatego tak bardzo lubię wszelkie wyjazdy z nowymi osobami. Jak na przykład pielgrzymka... Idziesz dwa tygodnie, rozmawiasz z różnymi osobami, starasz się zamienić z każdym chociaż kilka słów. Przypadek sprawia, że z jedną osobą rozmawiasz troszkę częściej niż z innymi.Po paru dniach uświadamiasz sobie, że to jest ktoś, z kim MUSISZ rozmawiać dłużej. Widzisz tą osobę, i nie jesteś w stanie się powstrzymać, żeby nie podejść. Każdego dnia tylko jeden etap, ale jeśli nie porozmawiasz, czujesz, że ci tego brakuje. Po tygodniu wydaje Ci się, że znasz tą osobę. Po dwóch uważasz ją prawie za przyjaciela. I w ten sposób obca osoba nagle staje się kimś ważnym dla Ciebie. Proste?

No tak, ale co po tych dwóch tygodniach?  Kontakt nagle się urywa. Czasami na pomoc przychodzą SMSy, facebook... Ale to nie to samo. Mija miesiąc, drugi. Wiadomości na facebooku coraz rzadsze, dawno żadnego nowego SMSa też nie było. Pozostają jedynie życzenia na Wielkanoc czy urodziny. I można by pomyśleć - "W takim razie ten człowiek nie był aż taki ważny dla Ciebie". Niby racja, ale...

Mija rok. I kiedy znowu zbliża się czas pielgrzymki, jedyna myśl jaka ci chodzi po głowie to, że znowu zobaczysz tą osobę. Że przez najbliższe dwa tygodnie znowu będziecie razem....

Uważam, że w tych dwutygodniowych przyjaźniach jest coś wspaniałego i pięknego. Z jednej strony, co to za przyjaciel, którego widujesz raz w roku? Ale z drugiej, mimo roku przerwy, masz wrażenie że nic się nie zmieniło. Że czas stanął w miejscu. Że tamta pielgrzymka wcale się nie skończyła- ona trwa nadal. Po prostu mieliśmy dzień czy dwa odpoczynku od siebie....

Pielgrzymka to tylko dwa tygodnie wakacji. A co z resztą? Też nie mogę narzekać.
Najpierw 3 tygodnie na kolonii. Bez jakiś większych niespodzianek ze strony dzieci (plus minus trzy, więc się zgadza). Niestety zdarzyła się inna, niemiła niespodzianka - skręcona kostka M.
Przyjeżdżał, podrywał moje podopieczne, wszystkie się za nim oglądały... Musiałam to trochę ukrócić! Niestety mój plan nie był aż tak genialny - kiedy przyjechał z nogą w gipsie, od razu wszystkie go obsiadły i zaczęły mu bardzo współczuć. Bywa....
Niestety ten wypadek był tragiczny w skutkach - nie mogłam go zabrać ze sobą na pielgrzymkę. W zamian wzięłam chłopaka mojej siostry. I to był strzał w dziesiątkę!
Okazało się, że nie jestem aż tak totalnym beztalenciem muzycznym (chociaż w sumie, to po tylu godzinach ćwiczeń, to i sparaliżowana niesłysząca małpa nauczyłaby się grać ). Mateuszowi udało się nauczyć mnie stukać na bębenku. Czasami nawet udawało mi się grać w rytm jego gitary! Jestem z siebie dumna, bo to pierwszy instrument, który udało mi się ujarzmić! Co prawda nie ma strun, ani klawiszy, ale od czegoś trzeba zacząć!
To całkiem zabawne doświadczenie, bo zawsze byłam nastawiona totalnie anty-muzycznie. Ale cóż się dziwić? Gdy byłam w podstawówce, Pani Od Muzyki tak strasznie się krzywiła, kiedy ja śpiewałam, że aż było mi jej szkoda! Ksiądz sam zaproponował, żebym zamiast śpiewania psalmów, czytała je. A gdy musiałam zagrać na flecie piosenkę na zaliczenie, to zawsze znajdywałam jakąś koleżankę, która rozpisywała mi jak to grać: "trzy zakryte, czekasz sekundę, zakrywasz czwartą, czekasz dwie sekundy" :D Tak więc bębenek to już coś!

Z nałogiem niestety nie udało się wygrać. Codziennie na trasie butelka coli musiała zostać opróżniona. Ale cóż zrobić, kiedy idziesz do sklepu z zamiarem kupienia soku, a tu puszka z napisem "Zawsze tam gdzie  Ty"? No musiałam, musiałam! Albo innym razem, kiedy też już zamierzałam nie pić coli, butelka z napisem "Can't live without you". Jeśli ona nie może żyć beze mnie, to co miałam zrobić?...  :-D

A już jutro kolejny wyjazd. Dwa tygodnie w górach. Strasznie się boję, bo ostatni raz byłam w górach w 1. gimnazjum. Z resztą, to było sanatorium, więc nie było żadnych wspinaczek, czy nawet długich spacerów. Ale i tak mam stamtąd świetne wspomnienia! Mam nadzieję, że tym razem będzie podobnie, albo nawet i lepiej!