No i nadeszła Wielkanoc, a wraz z nią kres wszystkich Wielkopostnych wyrzeczeń i postanowień. Też odetchnęliście z ulgą?
Doszłam do wniosku, że jednak postanowienia Wielkopostne są prostsze niż te na Nowy Rok - mało komu udaje się wytrwać 365 dni, a te 40 brzmi jakoś tak...... no, prawie realnie do zrobienia. Przecież to tylko miesiąc z kawałkiem, a nie 12 miesięcy. Chociaż czuję się też trochę oszukana - każdego wieczoru zapisywałam, który to już dzień jestem na odwyku i jak się z tym czuję. I okazało się, że ten czterdziestodniowy post trwał u mnie 48 dni. Niby wiem, że niedziel się nie liczy, że Triduum to już nie jest Wielki Post, że coś tam.... ale jakby nie liczyć - wyszło mi pełne 48 dni bez facebooka. To bliżej 50' niż 40'! Takie oszukaństwo!
Gratuluję wszystkim, którym udało się wytrwać w tym, co postanowili. Pozostaje tylko pytanie.... co teraz? Wracać do starych nawyków? Udawać, że Wielki Post trwa nadal? Cóż, ja na szczęście takiego problemu nie mam- na facebooka wróciłam i nie zamierzam znowu z niego rezygnować. Ale współczuję wszystkim, którzy przez 40 dni (48!) odzwyczajali się od słodyczy i zastanawiają się teraz, czy warto rezygnować z tej utraconej wagi dla tabliczki pysznej czekolady, serniczka i kawy z cukrem, czy może jeszcze popościć trochę ;-)
Część osób zauważyła, że przez 40 dni nie było mnie na facebooku. Tak, czasem zapalała się moja ikonka aktywności, ale to zazwyczaj przez wejścia z przyzwyczajenia, gdzie wyłączałam się od razu, gdy mignął mi niebieski kolor. Jednak niektóre nawyki są tak strasznie w nas zakorzenione....
Zacznę od przeproszenia wszystkich, którzy nie wiedzieli, że mnie tam nie ma, a coś ode mnie chceli. W skrzyce znalazłam około 15 wiadomości z nieaktualnymi już prośbami.... Cóż, podejrzewałam, że tak będzie, ale doszłam do wniosku, że gdyby to było coś ważnego, to znaleźlibyście sposób, żeby do mnie dotrzeć. A skoro nie spamowaliście mi skrzynki, to znaczy że daliście sobie radę beze mnie. Brawo! Jak widać, nie ma ludzi niezastąpionych ;-)
Większe brawa należą się jednak tym osobom, które zorientowały się, że mnie nie ma. A największe to tym, którzy się tym przejęli i zaczęli mnie szukać! Chociaż "osobom" to trochę za dużo powiedziane... Tylko jedna z tych wszystkich osób naprawdę przejęła się moim zniknięciem i przez 40 dni dotrzymywała mi towarzystwa wysyłając SMSy ;-) DZIĘ-KU-JĘ!
Szczerze mówiąc, myślałam że spędzam tyle czasu na facebooku, że statystyki używalności spadną Zuckerbergowi tak bardzo, że sam zacznie mnie szukać, dopraszając się o mój powrót. A tu niespodzianka - niektórzy nawet nie zauważyli braku moich polubień, komentarzy i udostępnień. To trochę dołujące, że pomimo tylu "znajomych" jesteśmy tak mało zauważalni w sieci...
Jedna z prowadzących zapytała mnie, co mi właściwie dał ten post od facebooka (tak, PWr, słuchaj i się ucz - na UWr prowadzący pytają o takie rzeczy, jak Twój rozwój, wolny czas i zainteresowania, a nie tylko o budowę i zasadę działania dializatora). Pytanie nie zaskoczyło mnie jakoś wybitnie (znaczy to, że ktoś je zadał wbiło mnie w ziemię, ale sama wcześniej nad tym myślałam), więc miałam już opracowaną odpowiedź. Otóż... czy coś to zmieniło w moim życiu?
Tak.
Na pewno byłam zmuszona częściej wysyłać SMSy niż wiadomości na facebooku. A nie do wszystkich mam numery, więc w praktyce więcej rzeczy musiałam załatwiać face-to-face, zamiast na face-booku. Czy uczyniło mnie to mniej aspołeczną, bardziej otwartą, odważną i zorganizowaną?
Nie.
Wręcz przeciwnie - po prostu nie załatwiałam tych wszystkich spraw, które normalnie bym załatwiła przez facebooka. Ale świat się nie zawalił. Może więc czasem, zamiast się denerwować, że czegoś nie możemy zrobić, warto wrzucić na luz i wszystko, za przeproszeniem, olać? Na prawdę, bez naszego udziału co ma wisieć, będzie wisieć nadal, a co ma utonąć to utonie, nie ważne czy jesteśmy przy tym obecni. Więc po raz kolejny ten sam wniosek - nie jesteśmy aż tak ważni, jak myślimy. Ale spokojnie - post się skończył, więc teraz znowu będę załatwiać sprawy przez Internet.
Drugą niewątpliwą zaletą jest większa ilość wolnego czasu. Na prawdę - nie widać tego, ale facebook pochłania wiele godzin każdego dnia. Jednak i na to znalazłam sposób: znalazłam dwa nowe seriale i odkryłam nonogramy, które pozwoliły mi wyrównać bilans marnowanego czasu. Nadal więc chodziłam niewyspana, zarywając nocki przed komputerem. Magisterka dalej nie skończona. Wszystko więc w normie ;-)
No właśnie... Dlaczego nie można tak po prostu z czegoś zrezygnować? Dlaczego gdy nie korzystamy z facebooka, odpalamy seriale? Dlaczego każdy nałóg czy niezdrowe przyzwyczajenie trzeba zastąpić czymś innym, a nie można po prostu wyrzucić go ze swojego życia?
Podobno to kwestia tego, jaką potrzebę zaspokaja dany nawyk. Wystarczy to rozgryźć, znaleźć mniej szkodliwy sposób zaspokojenia tej potrzeby i ta dam, zły nawy pokonany. Gdyby to było takie proste... ;p
Ale cóż, wróciłam na facebooka, a tam chyba 29 nowych wiadomości i 69 powiadomień. Początkowo ucieszyło mnie, że aż tyle osób o mnie myślało przez ten ponad-miesiąc. Później jednak przeliczyłam, że to nawet nie jedna osoba na dzień. Mało tego - połowa tych wiadomości to konwersacje grupowe, które nawet tak do końca mnie nie dotyczą. Więc nie jestem aż tak popularna, jak myślałam. Chociaż narazie wmawiam sobie, że po prostu przez ten czas więcej osób zrezygnowało z facebooka i dlatego do mnie nie pisali. Albo coś.... ;-)
Tak więc postanowienie wykonane. Czy jest mi z tym jakoś lepiej? Nie sądzę. Czy było warto warto? Nie zmieniło to za wiele w moim zyciu, więc chyba też nie. Mało tego - uświadomiłam sobie, że facebook jest bardziej potrzebny niż myślałam, żeby jakoś funkcjonować, wiedzieć co się dzieje na uczelni, coś wspólnie ustalić... A mimo to, jakoś tak mi lepiej ze świadomością, że MOGĘ to zrobić. Że jestem w stanie wytrzymać bez fejsa, że nie jest mi on aż tak bardzo potrzebny.
Ale więcej tak głupiego postanowienia chyba nie wybiorę ;-)
Szczególnie, że przez tą wydziwiajkę nie widzieliście zdjęć z rozpoczęcia sezonu wycieczkowego! W zeszłą sobotę byłam zdobyć pierwszy w tym roku szczyt Korony Gór Polskich - Orlicę. A żałujcie, przegapiliście fantastyczne zdjęcia bazi na śniegu. Tak, w Górach Orlickich leży śnieg. Podobno w zeszły weekend na Wielkiej Sowie też leżał. Jeżeli nic się zmieni, to może w najbliższy weekend pojadę zobaczyć, gdzie jeszcze leży. Trzymajcie kciuki! :-D
No dobra, ale w sumie nie odpowiedziałam na pytanie, co mi dało to postanowienie.... Otóż, dzięki niemu mam pomysł na nowe postanowienie, nazwijmy je, Wielkanocne: sprawić, by ludzie odczuli, jeżeli kiedyś jeszcze zniknę z facebooka. Albo lepiej, cytując Tuwima, żyć tak, aby znajomym zrobiło się nudno, gdy umrę. Lub mniej wzniośle - po prostu być bardziej potrzebnym innym ;-) A co z tego wyjdzie, to się okaże. Pewnie jak zazwyczaj, skończy się na postanowieniach ;-)
A teraz pora wracać do jajek, wędzonek i babek - same się nie zjedzą :D
Przepis na szczęście
poniedziałek, 22 kwietnia 2019
poniedziałek, 31 grudnia 2018
Rok na 4+
Cześć Wam wszystkim :-D
Sylwester to zawsze dobry czas na podsumowanie minionego roku - żeby mógł być "nowy rok - nowa ja" warto zastanowić się, co powinno być nowego, co trzeba zmienić ;-) Jestem przeciwniczką postanowień w stylu schudnę, będę bogata, znajdę miłość swojego życia, czy co tam jeszcze ludzie wymyślają. Raczej staram się stosować zasadę SMART, która w dużym uproszczeniu mówi, że cele powinny być: konkretne, mierzalne, osiągalne, istotne i określone w czasie (dla zainteresowanych, odsyłam na przykład do wikipedii - taki tam bzdecik z wykładów o zarządzaniu ;p ).
Do podsumowania swojego roku podszłam w sposób iście inżynierski. Każdemu zadaniu, które chciałam osiągnąć w tym roku, przypisałam liczbę punktów. W ten sposób wejście na Ślężę zostało zapunktowane trochę niżej niż wejście na Rysy, co jest poniekąd sprawiedliwe :D Swoją drogą Rysy okazały się przereklamowane i uważam, że nie powinny dostać aż tyle punktów ile dostały. Ale zasady to zasady :-(
Podlcizając wszystkie punkty, wyszło mi, że dostałam w tym roku 137/164 pkt. Czyli jakieś 84%... W szkole dostałabym za to 4, albo nawet i 4+, więc miniony rok uważam za całkiem dobry ;-)
Jakie cele udało mi się osiągnąć?
Niestety, albo na szczęście: nie wszystkie. Gdybym osiągnęła wszystkie, co mogłabym robić w nowym roku?! ;-) Z zaplanowanych 150 km przebiegłam zaledwie 46.5, przeczytałam 21 z 30 książek, ale weszłam na Rysy i na Ślężę, 5 razy wyszłam z domu w sukience (!!!) oraz byłam na 12 randkach no co... znalezienie męża słabo się kwalifikuje do kategorii SMART, więc musiałam to zrobić jako coś bardziej mierzalnego ;-) Oczywiście to nie są wszystkie moje sukcesy, a jedynie te, którymi mogę się z Wami podzielić. Część była oczywiście bardziej osobista :-) Zdradzę Wam tylko, że z tych bardziej prywatnych zrealizowałam wszystkie, to chyba dobry znak :-D
Za największe osiągnięcia, których nie wpisałam w cele, a udało mi się osiągnąć uważam oczywiście obronienie się (nadal mnie jara ten mgr inż. przed nazwiskiem) oraz zdobycie aż 11 szczytów z Korony Gór Polski. Na przyszły rok już planuję zdobycie drugiego mgr oraz pozostałe szczyty :D
Najciekawszym celem, który sobie wyznaczyłam, było wpisywanie codziennie jednej miłej rzeczy, która mnie spotkała. Wnioski z tego ćwiczenia są zatrważające.... Ponad połowa z tych doświadczeń zawiera w sobie czyjeś imię! Oznacza to mniej więcej tyle, że chyba jednak to ludzie sprawiają, że dni są lepsze. Co z tą drugą połową dni? Były tam albo spotkania w Przystani, albo wyjazdy na Biały, albo spotkania z grupą znajomych. Jedynie ok. 50 dobrych rzeczy, które mi się przytrafiły dotyczyły wydarzeń niezwiązanych z innymi ludźmi... Dziwne, prawda?
Ale zrobiłam też inne ciekawe zestawieniee. Zastanowiło mnie, na ile z tych pozytywnych rzeczy miałam wpływ, a ile z nich wydarzyło się niezależnie ode mnie. Jako zależne ode mnie uznałam te, gdzie postanowiłam gdzieś pójść, coś zrobić, wcześniej się przygotowałam, nauczyłam itd. Za niezależne ode mnie wybrałam wszystkie sytuacje, gdy inni ludzie mnie czymś zaskoczyli, gdy pogoda nagle dopisała, gdy skończyło się paliwo, ktoś odwołał zajęcia, gdy ktoś pomógł bez mojej prośby... Czyli wszystkie te sytuacje, na które po prostu nie miałam wpływu, a jedyna moje zasługa, to to że tam byłam. Otóż, uwzględniając błąd statystyczny wyszło mi, że dokładnie tyle samo zależy ode mnie, co dzieje się przypadkowo. Wniosek: szczęście możesz sobie wypracować, albo pojawi się samo z siebie - najwazniejsze to umieć je dostrzec :-)
Na zakończenie tego krótkiego posta, chciałabym podać Wam jeszcze jedną statystykę. Otóż spisałam wszystkie te osoby, które pojawiły się w dobrych chwilach z zeszłego roku. Niesamowite jest to, że osób które pojawiły się tam chociaż raz jest aż 30 (nie wliczam w to osób, które pojawiły się tam jako grupa, czyli jako Przystań, KSM czy ludzie ze studiów). Czyli 30 wspaniałych osób, które przyczyniły się do tego, że któryś z moich dni był wyjątkowy. Ale jest wśród nich sporo osób, które poprawiły mi humor więcej niż jeden raz. I chciałabym im oficjalnie podziękować :-)
Pierwsze miejsce w tym konkursie zajęła bezspornie pewna Altowiolistka, która uprzyjemniła mi aż 17 dni - według rozpiski: głównie wspólnymi zakupami oraz budującymi rozmowami. Ale ja dziękuje również za wszystkie inne chwle, w szczególności za te poświęcone na słuchanie mojego marudzenia oraz na sprawdzanie moich magisterek :-D
Drugie miejsce należy do kogoś, kto najwięcej radości sprawił mi wiadomościami na facebooku - jak widać, wcale nie trzeba być obok, żeby mnie uszczęśliwić. Szczególnie jednak dziękuję za wspomnienia z 26.04 - tak dobrego przewodnika, który potrafi nawet opowiedzieć historię powstawania nazw ulic nie spotkałam nigdy więcej.
Trzecie miejsce to dla mnie największe zaskoczenie. Należy ono do pewnego człowieka, który we wspomnieniach zapisuje się tylko wraz z jakimś mądrym słowem, czy to skierowanym do mnie, czy do ogółu ludzi. Dziękuję więc za te wszystkie mądre słowa, a w szczególności te, które zostały napisane - o niektórych rzeczach bowiem łatwiej jest pisać niż rozmawiać.
Czwarte miejsce jest trochę oszukane: zajmują je ex aequo (nie, nie wiem jak to słowo się pisze, sprawdzałam w internecie) dwie pary i dwie grupy osób, pojawiąjąc się czasem samodzielnie, ale jednak zazwyczaj razem - pozwoliłam więc sobie je pogrupować.
Pierwsza para to moje Skarby - dziękuję Wam za wszystkie Spotkania na Szczycie, chociaż chyba żadna z nas już dawno na szczycie nie jest. Dziękuję również za najlepsze śniadanka. No i dziękuję juz z góry za dzisiejszego Sylwestra :D
Druga para pojawia się za każdym razem w duecie, ale to pewnie dlatego, że jedna z tych osób nie ma nawet skończonego roku i trudne byłoby mi mieć dobre wspomnienia tylko z nią :D Dziękuję Wam za wspólnie wypite kawy i godziny spędzone na ploteczkach i na narzekaniu, za dobre rady odnośnie studiowania oraz za wspólną wycieczkę na Ślężę - to dzięki Wam udało mi się tam wejść pierwszy raz w życiu za dnia, więc dodałyście mi całe 3 pkt w rankingu tego roku. Gdyby nie Wy, rok byłby tylko na 4, a nie na 4+ ;-) A przedświąteczna kawa czeka nadal..... ;-)
Również muszę podziękować dziewczynom, nazwijmy to z Zielonej Góry, chociaż z ZG jest w sumie tylko jedna z nich :D Dziękuję, że udzielałyście mi schronienia, gdy było za późno żeby wracać do domu, za śniadanka, za najlepsze drinki, za długie rozmowy, za wspaniałą muzykę (D!.)... za to, że jesteście.. i za to, że nie pamiętam za co jeszcze ;-)
Czwarta grupka osób również była dla mnie sporym zaskoczeniem. Przez cały rok myślałam, że nie widuję ich zbyt często, więc nie mam i co wspomniać. A tu taka niespodzianka - widać jak już przyjechałam, to czas był owocny. Oczywiście mowa o mojej rodzince - wśród tych najlepszych wspomnień znalazło się piwo z tatą i teraz się oburzy, że robię z niego alkoholika ;-), pochwała od mamy czy granie w planszówki z siostrzyczką. Tak więc Wam też dziękuję za każdą dobrze spędzoną chwilę, a w szczególności za te, które były spędzone we Wrocławiu :-D
Zaszczytne piąte miejsce świadczy chyba o tym, że nie do końca jestem normalna - zamiast liczyć z niecierpliwością ile godzin zostało mi do końca praktyk, część najlepszych wspomnień mam właśnie z ludźmi z Centrum Sektor 3. Ale to pewnie dlatego, że lubię być chwalona, a oni mi pochwał nie szczędzili ;-)
Oczywiście na liście pojawiło się więcej osób, ale nie będę wymieniać każdej z osobna. Jeżeli ktoś jest zainteresowany tym, ile razy "zrobił mi dzień", można śmiało pytać, chętnie odpowiem ;-) No i wyzwanie dla Was - w przyszłym roku pojawiać się na takich listach jak najczęściej, czy to u mnie, czy to u innych ludzi. A może by tak stowrzyć własną listę dobrych wsponień, żeby się przekonać, co Wam sprawia radość?.... ;)
W tym roku powstała również na facebooku strona mojego bloga. I ma już ponad 300 lajków. Dziękuję więc wszystkim tym, którzy ją polajkowali. To dla mnie wielka radość każdego dnia :-)
Tym, których nie wymieniłam i tak dziękuję bardzo mocno, chociaż za te kilka chwil usmiechów, które wywołaliście na mojej twarzy. Jesteście wspaniali :-D
Podsumowując, nawet introwertyczne koce potrzebują ludzi do szczęścia!
Miało być krótko i optymistycznie, wyszło długo i setymentalnie. Ale cóż, czasem tak bywa.
Dobrego Nowego Roku wszystkim zyczę i wracam do sprzątania mieszkania :-D
Zobaczymy jaki będzie 2019. Cele już rozpisane, punkty też, od jutra bierzemy się za realizację. Mam nadzieję, że w tym roku dostanę 5! :-)
Sylwester to zawsze dobry czas na podsumowanie minionego roku - żeby mógł być "nowy rok - nowa ja" warto zastanowić się, co powinno być nowego, co trzeba zmienić ;-) Jestem przeciwniczką postanowień w stylu schudnę, będę bogata, znajdę miłość swojego życia, czy co tam jeszcze ludzie wymyślają. Raczej staram się stosować zasadę SMART, która w dużym uproszczeniu mówi, że cele powinny być: konkretne, mierzalne, osiągalne, istotne i określone w czasie (dla zainteresowanych, odsyłam na przykład do wikipedii - taki tam bzdecik z wykładów o zarządzaniu ;p ).
Do podsumowania swojego roku podszłam w sposób iście inżynierski. Każdemu zadaniu, które chciałam osiągnąć w tym roku, przypisałam liczbę punktów. W ten sposób wejście na Ślężę zostało zapunktowane trochę niżej niż wejście na Rysy, co jest poniekąd sprawiedliwe :D Swoją drogą Rysy okazały się przereklamowane i uważam, że nie powinny dostać aż tyle punktów ile dostały. Ale zasady to zasady :-(
Podlcizając wszystkie punkty, wyszło mi, że dostałam w tym roku 137/164 pkt. Czyli jakieś 84%... W szkole dostałabym za to 4, albo nawet i 4+, więc miniony rok uważam za całkiem dobry ;-)
Jakie cele udało mi się osiągnąć?
Niestety, albo na szczęście: nie wszystkie. Gdybym osiągnęła wszystkie, co mogłabym robić w nowym roku?! ;-) Z zaplanowanych 150 km przebiegłam zaledwie 46.5, przeczytałam 21 z 30 książek, ale weszłam na Rysy i na Ślężę, 5 razy wyszłam z domu w sukience (!!!) oraz byłam na 12 randkach no co... znalezienie męża słabo się kwalifikuje do kategorii SMART, więc musiałam to zrobić jako coś bardziej mierzalnego ;-) Oczywiście to nie są wszystkie moje sukcesy, a jedynie te, którymi mogę się z Wami podzielić. Część była oczywiście bardziej osobista :-) Zdradzę Wam tylko, że z tych bardziej prywatnych zrealizowałam wszystkie, to chyba dobry znak :-D
Za największe osiągnięcia, których nie wpisałam w cele, a udało mi się osiągnąć uważam oczywiście obronienie się (nadal mnie jara ten mgr inż. przed nazwiskiem) oraz zdobycie aż 11 szczytów z Korony Gór Polski. Na przyszły rok już planuję zdobycie drugiego mgr oraz pozostałe szczyty :D
Najciekawszym celem, który sobie wyznaczyłam, było wpisywanie codziennie jednej miłej rzeczy, która mnie spotkała. Wnioski z tego ćwiczenia są zatrważające.... Ponad połowa z tych doświadczeń zawiera w sobie czyjeś imię! Oznacza to mniej więcej tyle, że chyba jednak to ludzie sprawiają, że dni są lepsze. Co z tą drugą połową dni? Były tam albo spotkania w Przystani, albo wyjazdy na Biały, albo spotkania z grupą znajomych. Jedynie ok. 50 dobrych rzeczy, które mi się przytrafiły dotyczyły wydarzeń niezwiązanych z innymi ludźmi... Dziwne, prawda?
Ale zrobiłam też inne ciekawe zestawieniee. Zastanowiło mnie, na ile z tych pozytywnych rzeczy miałam wpływ, a ile z nich wydarzyło się niezależnie ode mnie. Jako zależne ode mnie uznałam te, gdzie postanowiłam gdzieś pójść, coś zrobić, wcześniej się przygotowałam, nauczyłam itd. Za niezależne ode mnie wybrałam wszystkie sytuacje, gdy inni ludzie mnie czymś zaskoczyli, gdy pogoda nagle dopisała, gdy skończyło się paliwo, ktoś odwołał zajęcia, gdy ktoś pomógł bez mojej prośby... Czyli wszystkie te sytuacje, na które po prostu nie miałam wpływu, a jedyna moje zasługa, to to że tam byłam. Otóż, uwzględniając błąd statystyczny wyszło mi, że dokładnie tyle samo zależy ode mnie, co dzieje się przypadkowo. Wniosek: szczęście możesz sobie wypracować, albo pojawi się samo z siebie - najwazniejsze to umieć je dostrzec :-)
Na zakończenie tego krótkiego posta, chciałabym podać Wam jeszcze jedną statystykę. Otóż spisałam wszystkie te osoby, które pojawiły się w dobrych chwilach z zeszłego roku. Niesamowite jest to, że osób które pojawiły się tam chociaż raz jest aż 30 (nie wliczam w to osób, które pojawiły się tam jako grupa, czyli jako Przystań, KSM czy ludzie ze studiów). Czyli 30 wspaniałych osób, które przyczyniły się do tego, że któryś z moich dni był wyjątkowy. Ale jest wśród nich sporo osób, które poprawiły mi humor więcej niż jeden raz. I chciałabym im oficjalnie podziękować :-)
Pierwsze miejsce w tym konkursie zajęła bezspornie pewna Altowiolistka, która uprzyjemniła mi aż 17 dni - według rozpiski: głównie wspólnymi zakupami oraz budującymi rozmowami. Ale ja dziękuje również za wszystkie inne chwle, w szczególności za te poświęcone na słuchanie mojego marudzenia oraz na sprawdzanie moich magisterek :-D
Drugie miejsce należy do kogoś, kto najwięcej radości sprawił mi wiadomościami na facebooku - jak widać, wcale nie trzeba być obok, żeby mnie uszczęśliwić. Szczególnie jednak dziękuję za wspomnienia z 26.04 - tak dobrego przewodnika, który potrafi nawet opowiedzieć historię powstawania nazw ulic nie spotkałam nigdy więcej.
Trzecie miejsce to dla mnie największe zaskoczenie. Należy ono do pewnego człowieka, który we wspomnieniach zapisuje się tylko wraz z jakimś mądrym słowem, czy to skierowanym do mnie, czy do ogółu ludzi. Dziękuję więc za te wszystkie mądre słowa, a w szczególności te, które zostały napisane - o niektórych rzeczach bowiem łatwiej jest pisać niż rozmawiać.
Czwarte miejsce jest trochę oszukane: zajmują je ex aequo (nie, nie wiem jak to słowo się pisze, sprawdzałam w internecie) dwie pary i dwie grupy osób, pojawiąjąc się czasem samodzielnie, ale jednak zazwyczaj razem - pozwoliłam więc sobie je pogrupować.
Pierwsza para to moje Skarby - dziękuję Wam za wszystkie Spotkania na Szczycie, chociaż chyba żadna z nas już dawno na szczycie nie jest. Dziękuję również za najlepsze śniadanka. No i dziękuję juz z góry za dzisiejszego Sylwestra :D
Druga para pojawia się za każdym razem w duecie, ale to pewnie dlatego, że jedna z tych osób nie ma nawet skończonego roku i trudne byłoby mi mieć dobre wspomnienia tylko z nią :D Dziękuję Wam za wspólnie wypite kawy i godziny spędzone na ploteczkach i na narzekaniu, za dobre rady odnośnie studiowania oraz za wspólną wycieczkę na Ślężę - to dzięki Wam udało mi się tam wejść pierwszy raz w życiu za dnia, więc dodałyście mi całe 3 pkt w rankingu tego roku. Gdyby nie Wy, rok byłby tylko na 4, a nie na 4+ ;-) A przedświąteczna kawa czeka nadal..... ;-)
Również muszę podziękować dziewczynom, nazwijmy to z Zielonej Góry, chociaż z ZG jest w sumie tylko jedna z nich :D Dziękuję, że udzielałyście mi schronienia, gdy było za późno żeby wracać do domu, za śniadanka, za najlepsze drinki, za długie rozmowy, za wspaniałą muzykę (D!.)... za to, że jesteście.. i za to, że nie pamiętam za co jeszcze ;-)
Czwarta grupka osób również była dla mnie sporym zaskoczeniem. Przez cały rok myślałam, że nie widuję ich zbyt często, więc nie mam i co wspomniać. A tu taka niespodzianka - widać jak już przyjechałam, to czas był owocny. Oczywiście mowa o mojej rodzince - wśród tych najlepszych wspomnień znalazło się piwo z tatą i teraz się oburzy, że robię z niego alkoholika ;-), pochwała od mamy czy granie w planszówki z siostrzyczką. Tak więc Wam też dziękuję za każdą dobrze spędzoną chwilę, a w szczególności za te, które były spędzone we Wrocławiu :-D
Zaszczytne piąte miejsce świadczy chyba o tym, że nie do końca jestem normalna - zamiast liczyć z niecierpliwością ile godzin zostało mi do końca praktyk, część najlepszych wspomnień mam właśnie z ludźmi z Centrum Sektor 3. Ale to pewnie dlatego, że lubię być chwalona, a oni mi pochwał nie szczędzili ;-)
Oczywiście na liście pojawiło się więcej osób, ale nie będę wymieniać każdej z osobna. Jeżeli ktoś jest zainteresowany tym, ile razy "zrobił mi dzień", można śmiało pytać, chętnie odpowiem ;-) No i wyzwanie dla Was - w przyszłym roku pojawiać się na takich listach jak najczęściej, czy to u mnie, czy to u innych ludzi. A może by tak stowrzyć własną listę dobrych wsponień, żeby się przekonać, co Wam sprawia radość?.... ;)
W tym roku powstała również na facebooku strona mojego bloga. I ma już ponad 300 lajków. Dziękuję więc wszystkim tym, którzy ją polajkowali. To dla mnie wielka radość każdego dnia :-)
Tym, których nie wymieniłam i tak dziękuję bardzo mocno, chociaż za te kilka chwil usmiechów, które wywołaliście na mojej twarzy. Jesteście wspaniali :-D
Podsumowując, nawet introwertyczne koce potrzebują ludzi do szczęścia!
Miało być krótko i optymistycznie, wyszło długo i setymentalnie. Ale cóż, czasem tak bywa.
Dobrego Nowego Roku wszystkim zyczę i wracam do sprzątania mieszkania :-D
Zobaczymy jaki będzie 2019. Cele już rozpisane, punkty też, od jutra bierzemy się za realizację. Mam nadzieję, że w tym roku dostanę 5! :-)
wtorek, 9 października 2018
Ucieczka
Już tyle razy pisałam, że najlepszym sposobem na Szczęście jest spełnianie marzeń, otwartość, podejmowanie wyzwań... Cóż, czasem nawet ja przestaję wierzyć w sens tych wszystkich motywujących sloganów, które niby mają zapewnić szczęśliwe życie w poczuciu spełnienia i radości. Dlatego dziś troszkę inny sposób. Taki, który sprawdza się nawet wtedy, gdy nie mamy jeszcze siły na wznoszenie się na wyżyny. Może trochę kontrowersyjny - no bo, czy tak nie jest za łatwo? Czy tak można? Jednocześnie jest to pierwszy z dwunastu "innych" niż do tej pory Przepisów. Tak więc zaczynamy cykl...
Co to za sposób?
Eskapizm.
Z czym kojarzy Cię takie słowo?
Początkowo uznałam to za jakiś rodzaj filozofii, coś jak Platonizm, tylko od jakiegoś nieznanego mi Eskapa. Później stwierdziłam, że może to być coś w rodzaju jakiejś choroby, może nawet psychicznej. W nastepnej kolejności na myśl przyszły mi escape roomy - więc może to trend polegający na chodzeniu do takich miejsc? Ostatecznie jednak się poddałam i postanowiłam sprawdzić we wszechwiedzącej Wikipedii - skoro pomogła mi skończyć studia, to i tu powinna wiedzieć. No i mnie nie zawiodła!
Szczerze mówiąc, nigdy nie sądziłam że to ma swoją nazwę. Każdy przecież od czasu do czasu potrzebuje oderwać się od szarej codzienności, od mniejszych i większych problemów. Szczególnie, gdy stajemy się w jakiejś kwesti bezsilni - nie pozostaje nam wtedy nic innego, jak tylko oderwanie się od problemu. I każdy ma na to jakiś sposób - impreza, alkohol, wyjazd w góry, gry komputerowe, pisanie. Nie ważne co to jest, ważne że działa! Czy więc potrzeba było tworzyć tak mądrze brzmiące nazwy, tylko po to, by określić jakoś zwykłą ucieczkę od problemów?
W pewien sposób chyba tak. Bo czy "ucieczka" nie brzmi Ci trochę zbyt pejoratywnie? Mówiąc "ucieczka" zazwyczaj mamy w głowie tchórzy i słabeuszy, którzy po prostu sobie nie poradzili z otaczającą ich rzeczywistością. Nikt nie chce uciekać. Albo inaczej - nikt nie chce przyznać, że musi uciekać. Każdy z nas wolałby, nawet przed samym sobą, być zawsze silnym, pewnym siebie, panującym nad problemami. Dzięki nazwaniu tego eskapizmem, możemy trochę wyluzować i uznać, że takie działania nie są aż takie złe. Każdy ich od czasu do czasu przecież potrzebuje.
Dla mnie eskapizmem jest Droga. Nie ważne, czy idę na Rysy, do Częstochowy czy po jednym z wrocławskich parków. Kiedy idę, życie nie jest aż tak skomplikowane, problemy tracą na znaczeniu, czasem wręcz zapominam o codzienności i o zwykłej, szarej, albo wręcz czarnej rzeczywistości. Wychodząc z domu kłębią mi się w głowie różne myśli, próbuję rozwiązać narastające przez cały dzień/tydzień/miesiąc problemy. Ale już po chwili liczy się tylko stawianie kolejnych kroków. Nic poza tym. Wtedy też myśli skupią się choć na chwilę na pięknej porcelanowej filiżance na wystawie sklepu, na bolącym odcisku, albo na uczuciu panicznego strachu, gdy muszę puścić łańcuch jedną ręką, by dosięgnąć kolejnego odcinka. I wtedy, w tej chwili, tylko to jest ważne. A nie to, co do tej pory tak bardzo zaprzątało moją głowę. Owszem, jest to ucieczka od problemu. Ale jest to też sposób ujścia dla wszystkich problemów i negatywnych emocji. Bo czasami musimy po prostu przyznać przed samym sobą, że mamy problem, nie możemy sobie z nim poradzić i jedyne co możemy zrobić, by normalnie funkcjonować, to chociaż na chwilę zostawić go za sobą.
Jaka jest więc różnica między zwykłym uciekaniem, a tym dobrym uciekaniem?
Cóż, chyba wszystko opiera się na celu. Jeżeli celem jest ucieczka sama w sobie, to niezbyt dobrze. Nie możemy tak po prostu zostawić wszystkich problemów z myślą że rozwiążą się same, bo to nigdy nie pomaga. Ale jeżeli ucieczka jest tylko efektem ubocznym, a głównym celem jest poznanie nowego miejsca, zdobycie kolejnego szczytu, to czemu nie? Skoro prowadzi to do jakiejś radości, dumy z siebie, może nawet wzrostu poczucia własnej wartości, a przy okazji jeszcze pozwala oderwać się od problemu...
Według jednej z mądrych stron, na jaką trafiłam czytając o eskapizmie, istota tkwi w "głębokim, pełnym pasji spotkaniu człowieka ze światem". Więc jeżeli Twoje sposoby uciekania właśnie do tego prowadzą, gratuluję - rób tak dalej. Nie musisz spełniać marzeń, pokonywać swoich ograniczeń czy słabości. Czasami wystarczy, że znajdziesz twórczy sposób na ucieczkę. Jak go znaleźć? Na jednym z blogów znalazłam dość prosty przepis:
1. Wejdź w intensywny kontakt ze światem - co istotne, świat nie kończy się w naszych głowach. Warto czasem wyjść, posłuchać innych, porozmawiać, dowiedzieć się czegoś ciekawego, zainteresować się. Na początku nie musi być to nic konkretnego. Wystarczy rozbudzić w sobie zwykłą ciekawość, a to nie jest wbrew pozorom aż takie trudne. Dzięki temu w pewnym momencie, nawet o tym nie myśląc, wpadniesz na krok numer 2.
2. Znajdź swój temat - "swój", czyli taki, który Cię wewnętrznie porusza, który wzbudza Twoją ciekawość, szacunek lub inne silne emocje. Może zawsze patrzyłeś z respektem na rezonans magnetyczny, zastanawiając się, jak to się dzieje, że wkładają tam człowieka, aby już po chwili wiedzieć, jak wygląda w środku? Rozmawiająz z innymi lub podejmując aktywności inne niż do tej pory, w końcu odkryjesz, co porusza Twoje serce. Chociaż istnieje też spora szansa, że już masz taki temat. Co to jest?
3. Zanurz się po uszy - czytaj, zadawaj pytania, dociekaj. Łatwizna, jeżeli znajdziesz ten właściwy temat.
Gdy zrealizujesz odpowiednio te trzy kroki, powinna zacząć się w Tobie pojawiać potrzeba działania. Co wtedy? Zacznij działać! Nie planować, nie tworzyć cele, nie próbować zmienić cały świat. Zrób po prostu to, na co w danej chwili przychodzi Ci ochota. Coś małego, ale co pozwoli Ci się zanurzyć całkowicie w temacie, odrywając się od rzeczywistości. Wyjdź na spacer w poszukiwaniu nowych kolorów liści, napisz bloga, stwórz projekt ulotek dla firmy, którą właśnie wymyśliłeś, upiecz ciasto. Zrób coś, co Cię pochłonie do reszty. Co pozwoli Ci zapomnieć o problemach. Ale rób to dla siebie, by sie rozwijać, a nie by uciekać. Bo wtedy tylko ucieczka jest dobra, gdy prowadzi do twórczego działania.
A co potem?
Cóż, jeżeli problem podczas naszej nieobecności w rzeczywistości nie zniknął, trzeba przyznać że jest on jak najbardziej realny i stawić mu czoła. Ale po takiej uciecze, prawie jak po urlopie, będziemy mieli więcej siły by z nim walczyć.
A więc nie bójmy się uciekać i eskapujmy się!
Co to za sposób?
Eskapizm.
Z czym kojarzy Cię takie słowo?
Początkowo uznałam to za jakiś rodzaj filozofii, coś jak Platonizm, tylko od jakiegoś nieznanego mi Eskapa. Później stwierdziłam, że może to być coś w rodzaju jakiejś choroby, może nawet psychicznej. W nastepnej kolejności na myśl przyszły mi escape roomy - więc może to trend polegający na chodzeniu do takich miejsc? Ostatecznie jednak się poddałam i postanowiłam sprawdzić we wszechwiedzącej Wikipedii - skoro pomogła mi skończyć studia, to i tu powinna wiedzieć. No i mnie nie zawiodła!
"Eskapizm oznacza ucieczkę od problemów związanych z życiem społecznym, codziennością i rzeczywistością w świat iluzji i wyobrażeń".
Szczerze mówiąc, nigdy nie sądziłam że to ma swoją nazwę. Każdy przecież od czasu do czasu potrzebuje oderwać się od szarej codzienności, od mniejszych i większych problemów. Szczególnie, gdy stajemy się w jakiejś kwesti bezsilni - nie pozostaje nam wtedy nic innego, jak tylko oderwanie się od problemu. I każdy ma na to jakiś sposób - impreza, alkohol, wyjazd w góry, gry komputerowe, pisanie. Nie ważne co to jest, ważne że działa! Czy więc potrzeba było tworzyć tak mądrze brzmiące nazwy, tylko po to, by określić jakoś zwykłą ucieczkę od problemów?
W pewien sposób chyba tak. Bo czy "ucieczka" nie brzmi Ci trochę zbyt pejoratywnie? Mówiąc "ucieczka" zazwyczaj mamy w głowie tchórzy i słabeuszy, którzy po prostu sobie nie poradzili z otaczającą ich rzeczywistością. Nikt nie chce uciekać. Albo inaczej - nikt nie chce przyznać, że musi uciekać. Każdy z nas wolałby, nawet przed samym sobą, być zawsze silnym, pewnym siebie, panującym nad problemami. Dzięki nazwaniu tego eskapizmem, możemy trochę wyluzować i uznać, że takie działania nie są aż takie złe. Każdy ich od czasu do czasu przecież potrzebuje.
Dla mnie eskapizmem jest Droga. Nie ważne, czy idę na Rysy, do Częstochowy czy po jednym z wrocławskich parków. Kiedy idę, życie nie jest aż tak skomplikowane, problemy tracą na znaczeniu, czasem wręcz zapominam o codzienności i o zwykłej, szarej, albo wręcz czarnej rzeczywistości. Wychodząc z domu kłębią mi się w głowie różne myśli, próbuję rozwiązać narastające przez cały dzień/tydzień/miesiąc problemy. Ale już po chwili liczy się tylko stawianie kolejnych kroków. Nic poza tym. Wtedy też myśli skupią się choć na chwilę na pięknej porcelanowej filiżance na wystawie sklepu, na bolącym odcisku, albo na uczuciu panicznego strachu, gdy muszę puścić łańcuch jedną ręką, by dosięgnąć kolejnego odcinka. I wtedy, w tej chwili, tylko to jest ważne. A nie to, co do tej pory tak bardzo zaprzątało moją głowę. Owszem, jest to ucieczka od problemu. Ale jest to też sposób ujścia dla wszystkich problemów i negatywnych emocji. Bo czasami musimy po prostu przyznać przed samym sobą, że mamy problem, nie możemy sobie z nim poradzić i jedyne co możemy zrobić, by normalnie funkcjonować, to chociaż na chwilę zostawić go za sobą.
Jaka jest więc różnica między zwykłym uciekaniem, a tym dobrym uciekaniem?
Cóż, chyba wszystko opiera się na celu. Jeżeli celem jest ucieczka sama w sobie, to niezbyt dobrze. Nie możemy tak po prostu zostawić wszystkich problemów z myślą że rozwiążą się same, bo to nigdy nie pomaga. Ale jeżeli ucieczka jest tylko efektem ubocznym, a głównym celem jest poznanie nowego miejsca, zdobycie kolejnego szczytu, to czemu nie? Skoro prowadzi to do jakiejś radości, dumy z siebie, może nawet wzrostu poczucia własnej wartości, a przy okazji jeszcze pozwala oderwać się od problemu...
Według jednej z mądrych stron, na jaką trafiłam czytając o eskapizmie, istota tkwi w "głębokim, pełnym pasji spotkaniu człowieka ze światem". Więc jeżeli Twoje sposoby uciekania właśnie do tego prowadzą, gratuluję - rób tak dalej. Nie musisz spełniać marzeń, pokonywać swoich ograniczeń czy słabości. Czasami wystarczy, że znajdziesz twórczy sposób na ucieczkę. Jak go znaleźć? Na jednym z blogów znalazłam dość prosty przepis:
1. Wejdź w intensywny kontakt ze światem - co istotne, świat nie kończy się w naszych głowach. Warto czasem wyjść, posłuchać innych, porozmawiać, dowiedzieć się czegoś ciekawego, zainteresować się. Na początku nie musi być to nic konkretnego. Wystarczy rozbudzić w sobie zwykłą ciekawość, a to nie jest wbrew pozorom aż takie trudne. Dzięki temu w pewnym momencie, nawet o tym nie myśląc, wpadniesz na krok numer 2.
2. Znajdź swój temat - "swój", czyli taki, który Cię wewnętrznie porusza, który wzbudza Twoją ciekawość, szacunek lub inne silne emocje. Może zawsze patrzyłeś z respektem na rezonans magnetyczny, zastanawiając się, jak to się dzieje, że wkładają tam człowieka, aby już po chwili wiedzieć, jak wygląda w środku? Rozmawiająz z innymi lub podejmując aktywności inne niż do tej pory, w końcu odkryjesz, co porusza Twoje serce. Chociaż istnieje też spora szansa, że już masz taki temat. Co to jest?
3. Zanurz się po uszy - czytaj, zadawaj pytania, dociekaj. Łatwizna, jeżeli znajdziesz ten właściwy temat.
Gdy zrealizujesz odpowiednio te trzy kroki, powinna zacząć się w Tobie pojawiać potrzeba działania. Co wtedy? Zacznij działać! Nie planować, nie tworzyć cele, nie próbować zmienić cały świat. Zrób po prostu to, na co w danej chwili przychodzi Ci ochota. Coś małego, ale co pozwoli Ci się zanurzyć całkowicie w temacie, odrywając się od rzeczywistości. Wyjdź na spacer w poszukiwaniu nowych kolorów liści, napisz bloga, stwórz projekt ulotek dla firmy, którą właśnie wymyśliłeś, upiecz ciasto. Zrób coś, co Cię pochłonie do reszty. Co pozwoli Ci zapomnieć o problemach. Ale rób to dla siebie, by sie rozwijać, a nie by uciekać. Bo wtedy tylko ucieczka jest dobra, gdy prowadzi do twórczego działania.
A co potem?
Cóż, jeżeli problem podczas naszej nieobecności w rzeczywistości nie zniknął, trzeba przyznać że jest on jak najbardziej realny i stawić mu czoła. Ale po takiej uciecze, prawie jak po urlopie, będziemy mieli więcej siły by z nim walczyć.
A więc nie bójmy się uciekać i eskapujmy się!
czwartek, 23 sierpnia 2018
Przeciętnie o przeciętności
Większość z Was została już zaspamowana zaproszeniami do polubienia strony. Mojej strony. Część osób pewnie kliknęła bez zastanowienia, bo klika wszystko co inni wysyłają. Inna grupa (stanowiąca większość, bo aż 200 z 250 moich znajomych) zaproszenie zignorowała. Kolejni polajkowali, bo z czymś im się ta nazwa skojarzyła. Ale trzy osoby napisały do mnie z pytaniami: a co to za strona, a po co, a czemu... Ta trójka już wie. Reszcie spieszę z wyjaśnieniami, może wtedy ktoś jeszcze polajkuje!
Już jakiś czas temu zauważyłam, że moja wszelaka aktywność żywi się lajkami. Im więcej było polubień mojego posta, tym bardziej chciało mi się pisać kolejne. A brak odezwy ze strony ludu oznaczał brak weny do pisania.
Długo zastanawiałam się, dlaczego ludzie nie czytają moich postów. Pomysłów było kilka:
- Może to dlatego, że ich nie interesuje moje życie prywatne?
Nieeeeeeee, to na pewno nie to.
- Może te posty są dla nich za długie?
Być może, ale też nie jestem pewna. Przecież czasem wychodzą ciutkę krótsze...
- To może dlatego, że nie wszyscy jeszcze wiedzą o moim blogu?
Tak, to jest sensowne wytłumaczenie! Postanowiłam więc założyć fan-page mojego bloga, gdzie będę stosować techniki marketingu proponowane przez mistrzów "zarabiania w sieci bez wychodzenia z domu", dzięki czemu moja strona zyska na popularności. Dzięki temu z kolei będzie więcej lajków, a ja będę szczęśliwsza.
Albo postanowiłam zostać Januszem biznesu: zdobędę tysiące lajków, później zrobię taki myczek, żeby firmy płaciły mi za umieszczanie reklam na swoim blogu i zostanę milionerką robiąc to, co kocham robić, czyli pisząc posty na bloga.
Albo po prostu lubię fajne cytaty i robienie mini-graficzek polegających na wklejeniu cytatu w obrazek, a kończy mi się miejsce na ścianie, gdzie mogłabym je naklejać, więc niech będą w sieci.
Trudno powiedzieć, który powód jest prawdziwy, możesz sobie któryś wybrać.
Tak więc jeśli ktoś jeszcze chce dać mi mojego lajka, to może to zrobić tutaj: https://www.facebook.com/lendross/
Dobra, to tyle jeśli chodzi o żebranie lajków. Wypadałoby napisać coś mądrego, co by popularność nie spadała. Problem jest taki, że mimo moich usilnych nawoływań do ruszenia się z domu, do zmiany swojego życia, do odkrywania pasji.... jedyne co osiągnęłam to dwupiętrowy dom z najdroższą lodówką (oczywiście w grze The Sims).
Jeśli chodzi o wzbijanie się na szczyty swoich możliwości, to ostatnio byłam na Ślęży. Trzeci raz w życiu. Do tej pory byłam tam tylko w nocy, dochodząc tam z Wrocławia na pieszo. Tym razem za dnia, w dodatku podjeżdżając prawie pod szczyt autem - do przejścia pozostała raptem godzinka, i to najłatwiejszym szlakiem. Pewnie sobie pomyślicie, że strasznie obniżyłam sobie wymagania i spadam na dno... Otóż, nie! Bo pierwszy raz udało mi się pokonać tę trasę w doborowym towarzystwie 5-miesięcznego dzieciaczka :D No dobra, to mamusia targała dziecko na górę, a ja tylko patrzyłam, jak się męczy i szłam sobie z usmiechem na ustach... ale ja i kilkugodzinny pobyt z takim małym dzieckiem to już jest szaleństwo! Na szczęście dziecko nie odniosło chyba żadnego uszczerbku na skutek przebywania ze mną tyle czasu...
Z racji tego, że w tym tygodniu nie byłam na żadnym szczycie, miałam dużo czasu na siedzenie na facebooku i prowadzenie interesujących rozmów z różnymi osobami. W pewnym momencie zeszło troszeczkę na temat przeciętności. Rozmawialiśmy o tym, czy jest sens próbować się za coś brać, na przykład zawodowo, jeżeli jest się w tym co najwyżej przeciętnym... I w związku z tym mam do Was wszystkich pytanie:
Czy przeciętność jest zła?
Jest tak samo blisko dna, jak i szczytu, więc nie wydaje się być aż tak złym miejscem, by z niego cokolwiek zaczynać. Ale z jakiegoś powodu, większość z nas, mówiąc że coś jest przeciętne, ma na myśli "słabe". Wakacje były przeciętne, przeciętnie zarabiam, przeciętnie wyglądam. Przeciętność nie jest czymś, czego byśmy chcieli.
Jednocześnie przeciętność jest całkiem kusząca. Przecież nie każdy z nas musi być maratończykiem, zdobywać Mount Everest, mieć wielki dom na przedmieściach, być dyrektorem dużej firmy. Znaczy się, fajnie by było... ale to wymaga ponadprzeciętnego wysiłku. Więc czy nie lepiej być przeciętnym? Poza tym, i tak żyjesz lepiej niż wiele innych osób na świecie, nie jesteś głodny, biegasz raz w miesiącu, a to lepsze niż nic, wynajmujesz całkiem ładną kawalerkę. I tak już dużo osiągnąłeś. Już jesteś ponad przeciętnością. Czy nie lepiej odpuścić?
Zasadniczy problem z przeciętnością jest taki, że jeżeli uwierzymy że jest dobra, bardzo szybko ściągnie nas ona na samo dno. Nie ma nic złego w tym, że przeciętnie grasz w szachy. Pod warunkiem, że próbujesz ponadprzeciętnie grać w piłkę. Tak - próbujesz. Nie musisz być najlepszy, ale musisz próbować być lepszy niż jesteś. Chodzi o to, by przeciętność Cię nie zadowalała. Żebyś próbował osiągnąć coś więcej. Bo przeciętność to dobre miejsce, by zacząć wspinać się na szczyt. Ale nie jest dobrym miejscem, by tam skończyć.
Już jakiś czas temu zauważyłam, że moja wszelaka aktywność żywi się lajkami. Im więcej było polubień mojego posta, tym bardziej chciało mi się pisać kolejne. A brak odezwy ze strony ludu oznaczał brak weny do pisania.
Długo zastanawiałam się, dlaczego ludzie nie czytają moich postów. Pomysłów było kilka:
- Może to dlatego, że ich nie interesuje moje życie prywatne?
Nieeeeeeee, to na pewno nie to.
- Może te posty są dla nich za długie?
Być może, ale też nie jestem pewna. Przecież czasem wychodzą ciutkę krótsze...
- To może dlatego, że nie wszyscy jeszcze wiedzą o moim blogu?
Tak, to jest sensowne wytłumaczenie! Postanowiłam więc założyć fan-page mojego bloga, gdzie będę stosować techniki marketingu proponowane przez mistrzów "zarabiania w sieci bez wychodzenia z domu", dzięki czemu moja strona zyska na popularności. Dzięki temu z kolei będzie więcej lajków, a ja będę szczęśliwsza.
Albo postanowiłam zostać Januszem biznesu: zdobędę tysiące lajków, później zrobię taki myczek, żeby firmy płaciły mi za umieszczanie reklam na swoim blogu i zostanę milionerką robiąc to, co kocham robić, czyli pisząc posty na bloga.
Albo po prostu lubię fajne cytaty i robienie mini-graficzek polegających na wklejeniu cytatu w obrazek, a kończy mi się miejsce na ścianie, gdzie mogłabym je naklejać, więc niech będą w sieci.
Trudno powiedzieć, który powód jest prawdziwy, możesz sobie któryś wybrać.
Tak więc jeśli ktoś jeszcze chce dać mi mojego lajka, to może to zrobić tutaj: https://www.facebook.com/lendross/
Dobra, to tyle jeśli chodzi o żebranie lajków. Wypadałoby napisać coś mądrego, co by popularność nie spadała. Problem jest taki, że mimo moich usilnych nawoływań do ruszenia się z domu, do zmiany swojego życia, do odkrywania pasji.... jedyne co osiągnęłam to dwupiętrowy dom z najdroższą lodówką (oczywiście w grze The Sims).
Jeśli chodzi o wzbijanie się na szczyty swoich możliwości, to ostatnio byłam na Ślęży. Trzeci raz w życiu. Do tej pory byłam tam tylko w nocy, dochodząc tam z Wrocławia na pieszo. Tym razem za dnia, w dodatku podjeżdżając prawie pod szczyt autem - do przejścia pozostała raptem godzinka, i to najłatwiejszym szlakiem. Pewnie sobie pomyślicie, że strasznie obniżyłam sobie wymagania i spadam na dno... Otóż, nie! Bo pierwszy raz udało mi się pokonać tę trasę w doborowym towarzystwie 5-miesięcznego dzieciaczka :D No dobra, to mamusia targała dziecko na górę, a ja tylko patrzyłam, jak się męczy i szłam sobie z usmiechem na ustach... ale ja i kilkugodzinny pobyt z takim małym dzieckiem to już jest szaleństwo! Na szczęście dziecko nie odniosło chyba żadnego uszczerbku na skutek przebywania ze mną tyle czasu...
Z racji tego, że w tym tygodniu nie byłam na żadnym szczycie, miałam dużo czasu na siedzenie na facebooku i prowadzenie interesujących rozmów z różnymi osobami. W pewnym momencie zeszło troszeczkę na temat przeciętności. Rozmawialiśmy o tym, czy jest sens próbować się za coś brać, na przykład zawodowo, jeżeli jest się w tym co najwyżej przeciętnym... I w związku z tym mam do Was wszystkich pytanie:
Czy przeciętność jest zła?
Jest tak samo blisko dna, jak i szczytu, więc nie wydaje się być aż tak złym miejscem, by z niego cokolwiek zaczynać. Ale z jakiegoś powodu, większość z nas, mówiąc że coś jest przeciętne, ma na myśli "słabe". Wakacje były przeciętne, przeciętnie zarabiam, przeciętnie wyglądam. Przeciętność nie jest czymś, czego byśmy chcieli.
Jednocześnie przeciętność jest całkiem kusząca. Przecież nie każdy z nas musi być maratończykiem, zdobywać Mount Everest, mieć wielki dom na przedmieściach, być dyrektorem dużej firmy. Znaczy się, fajnie by było... ale to wymaga ponadprzeciętnego wysiłku. Więc czy nie lepiej być przeciętnym? Poza tym, i tak żyjesz lepiej niż wiele innych osób na świecie, nie jesteś głodny, biegasz raz w miesiącu, a to lepsze niż nic, wynajmujesz całkiem ładną kawalerkę. I tak już dużo osiągnąłeś. Już jesteś ponad przeciętnością. Czy nie lepiej odpuścić?
Zasadniczy problem z przeciętnością jest taki, że jeżeli uwierzymy że jest dobra, bardzo szybko ściągnie nas ona na samo dno. Nie ma nic złego w tym, że przeciętnie grasz w szachy. Pod warunkiem, że próbujesz ponadprzeciętnie grać w piłkę. Tak - próbujesz. Nie musisz być najlepszy, ale musisz próbować być lepszy niż jesteś. Chodzi o to, by przeciętność Cię nie zadowalała. Żebyś próbował osiągnąć coś więcej. Bo przeciętność to dobre miejsce, by zacząć wspinać się na szczyt. Ale nie jest dobrym miejscem, by tam skończyć.
sobota, 11 sierpnia 2018
Lekcja pokory
Ostatnio pisałam tutaj o odskoczni od rutyny. I pierwszy raz w życiu posłuchałam swoich własnych rad.... Było warto!
Miałam kiedyś marzenie, żeby zdobyć Koronę Gór Polski. Generalnie chodzi o to, żeby wejść na najwyższy szczyt każdego z pasm górskich w Polsce (a przynajmniej w teorii najwyższy, zdarza się że do Korony jakiś szczyt należy, potem się okazało że jest coś wyższego, ale już tak zostawili, czy coś). Do tej pory byłam na dwóch szczytach z tej grupy, więc zostało mi "zaledwie" 26. Postanowiłam więc, praktycznie z dnia na dzień, że pakuję się i jadę. Okazało się bowiem, że kilka ze szczytów jest baaaaardzo blisko Wrocławia. Żeby nikt nie miał mylnych wrażeń co do mojej odwagi, szaleństwa czy czegokolwiek innego - większość tych szczytów to niewielkie górki, na które wjeżdżają rodzice z dzieckiem w wózku, psem na smyczy i kubkiem kawy w ręce. Pierwsza wycieczka wypadła na Wielką Sowę. Trasa zakładała przyjechanie pociągiem do Głuszycy, potem spacer przez prawie 12 km, wejście na szczyt i powrót tą samą drogą. Obejrzałam zdjęcia jak wygląda trasa i stwierdziłam, że to przyjemny spacerek, więc nie ma co się specjalnie do tego przygotowywać - wystarczy założyć jakieś wygodne sandałki, wziąć butelkę wody i można iść. Na moje szczęście nie mogłam znaleźć sandałów, więc padło na adidasy. Dlaczego na szczęście? Okazało się, że szlak czasami prowadzi przez niezbyt często uczęszczane pola, zarośla i łąki, gdzie co kilka kroków widniały ostrzeżenia, żeby uważać na żmije. Fragment prowadził również przez fantstyczną ścieżkę z ruchomymi kamieniami, gdzie nogi leciały jak chciały, każda w inną stronę, grożąc upadkiem niemal na każdym kroku. Idąc tymi ścięzkami, próbując nie ugrząść w krzaczorach i starając się nie skręcić kostki, przypomniałam sobie słowa które usłyszałam podczas mojego pierwszego Białego: do gór trzeba podchodzić z pokorą i szacunkiem. I nie ważne, czy masz na myśli najwyższe szczyty Tatr, czy śmieszne górki pod Wałbrzychem. Ta zasada obowiązuje zawsze. Zawsze. A więc:
Lekcja 1: Nawet jeżeli byłeś na Świnicy, to może cię przerosnąć Wielka Sowa.
Kilka dni później postanowiłam zaliczyć drugą górkę w pobliżu - Chełmiec. Niewielki szczyt, dużo mniejszy od Wielkiej Sowy. Na górę wchodzi się około godzinki od wyjścia z pociągu (o ile idzie się szlakiem). Sprawdziłam trasę na mapce i bez większego stresu szłam w górę. Szlak ładnie oznaczony, droga szeroka, dostosowana nawet do samochodów. Wszystko układało się pięknie, aż doszłam do rozwidlenia szlaków. Mapa mówiła, żeby iść w górę żółtym: idzie po prostej, jest najkrótszy. Po kilku minutach marszu tą drogą uświadomiłam sobie, że dawno nie widziałam oznaczenia szlaku. I ta dróżka jakby taka węższa... I coś nie pnie się w górę, tylko idzie po prostej... Wzruszyłam ramionami i stwierdziłam, że pewnie zaraz znajdę oznaczenie, bo na pewno nie przegapiłam żadnej ścieżki. Idę dalej. Mija 5 minut, 10 minut, 15 minut... Oznaczenia jak nie było, tak nie ma. A ścieżka zaczyna iść w dół. Rozglądam się dookoła. Niby można wracać do rozwidlenia i pójść tym drugim szlakiem, ale to dobre pół godziny marszu przez te paskudne krzaczory. Odpalam mapy google (wielki pokłon dla ich twórcy) - okazało się, że obchodzę własnie szczyt dookoła, a ze szlaku zboczyłam już bardzo dawno. Przyglądam się mapce, przyglądam.... Jeżeli pójdę dalej tą ścieżką, wydeptaną tylko i wyłącznie przez zwierzęta, to za około 5 minut powinnam trafić na jeszcze jakiś inny szlak prowadzący na górę. A więc jest nadzieja, że trafię na szczyt! Idę więc, przedzieram się przez zarośla, podśpiewując pod nosem, bo nie jestem pewna czy to w krzakach to wiatr, sarna, czy jakieś potwory. Rozglądam się za szlakiem. Gdzieś tu powinien być.... Szukam, szukam, ale nie ma, nie ma... Ale kolejne kilka minut dalej powinien być kolejny szlak, może ten będzie lepiej oznaczony. To idę tam, trudno. Góra już prawie cała okrążona, zamiast godziny wyszły prawie dwie, ale w końcu jest - droga. Szeroka, wysypana żwirkiem. Idziemy! Przepełniona nową energią wkraczam na górę wręcz tanecznym krokiem. Szybkie drugie śniadanie i schodzimy! Sprawdzam godzinę. Jeżeli wyruszę teraz, to zdążę na pociąg. A kolejny godzinę później, więc zbieram się prędko. Gdzieś z tyłu głowy świta mi, że zapomniałam sprawdzić jak najlepiej wracać (planowałam zejść do innej miejscowości, niż ta w której startowałam). Patrzę więc na mapkę stojącą na szycie. Teraz niebieskim, a później tą fajną, żwirkową drogą. Łatwizna. Dochodzę do miejsca gdzie powinien zaczynać się szlak i spoglądam na oznaczenia, które biegną między drzewami, po niemal pionowym zboczu. Będzie zabawnie... Stawiam pierwszy krok, później drugi. Zbocze robi się jeszcze bardziej poinowe. Łapię się gałązek, drzewek i powolutku schodzę. Co krok osypują mi się spod nóg kamienie, staczając się głośno, coraz niżej i niżej. Już widzę oczyma wyobraźni, jak staczam się razem z tymi kamieniami, co zmusza mnie do silniejszego trzymania się biednych drzewek. Taka trasa trwała zaledwie kilka minut, ale tyle stresu co tam, nie najadłam się nawet na Świnicy! Pokora, pokora i jeszcze raz pokora. Oczywiście na pociąg nie zdążyłam ;-)
Kolejnym oderwaniem się od rutyny była pielgrzymka. Chociaż nie wiem, czy to nie podchodzi już pod rutynę, jeżeli jestem tam co roku, od chyba 8 czy 9 lat... Mimo żaru lejącego się z nieba, była to chyba najlżejsza ze wszystkich dotychczasowych pielgrzymek. Zero bąbli, pęcherzy, odcisków, zakwasów, bolących nóg, czy co tam jeszcze się może pielgrzymowi przytrafić. Ale chyba za głośno mówiłam, że w tym roku omijają mnie takie "przyjemności", bo Los postanowił utrzeć mi nosa. Pierwszym pstryczkiem był drobny wypadek z żelem pod prysznic. Mówili ludzie - pakuj wszystkie ciuchy do worków, bo jak spadnie deszcz, to wszystko ci zamoczy. Myślę sobie: gdzie tam będzie padało! Powietrze suche jak pieprz, bezchurne niebo, zapowiadają susze - jaki deszcz?! Z resztą, plecak porządny, nie przemoknie. No i racja, nie padało. Ale trzeciego dnia idę sobie pod prysznic, wyciągam swieżutką koszuleczkę, patrzę: wielka plama od żelu, który nieszczęśliwie się wylał w plecaku. Uśmiecham się pod nosem, z myślą: jak dobrze, że wzięłam zapasową koszulkę! Wyciągam drugą. Ta też z wielką plamą. Zaczyna ogarniać mnie konsternacja. Sięgam po trzecią. Ta też w żelu. Podobnie czwarta, spodnie, spódnica, spodenki... Generalnie w żelu jest wszystko. Najbliższa możliwość wyprania tego wszystkiego dopiero po powrocie do domu. To, co nosiłam do tej pory sztywne od brudu, wypadałoby już zmienić. Tylko na co?... Jedyne rozwiązanie - płukanie ręczne. W minimalnych ilościach wody, bo przecież susza, ludzie chcą pić, chcą się kąpać, a pranie, kto to słyszał żeby prać na pielgrzymce?! Tak więc lekcja trzecia - nawet jeśli wszystko idzie dobrze, nie chwal się tym za głośno, bo Los może to usłyszeć! A poza tym, ludzie nie lubią słuchać o tym, jak nam dobrze ;-) Jest w nas coś takiego, że wolimy, gdy innym powodzi się gorzej niż nam. Bardzo ciekawa cecha, ale to temat na osobnego posta ;-)
Jedna rzecz jednak wyszła dobra z tego wszystkiego: dostałam niesamowity komplement od kilku osób, a mianowicie - jak ty to robisz, że jesteś taka spokojna? Powtarzali mi, że już dawno by rzucali urwałami, przeklinali na czym świat stoi, czy jak tam jeszcze ludzie reagują, gdy idzie nie po ich myśli. A ja z uśmiechem pod nosem kradłam wodę skąd się dało i chodziłam w mokrych spodenkach, żeby wyschły szybciej. Chwilę nawet się zastanawiałam, jak to możliwe, że się nie denerwuję. Znam siebie już kilka lat i zazwyczaj w niespodziewanych sytuacjach panikowałam i dopiero po wyżaleniu się wszystkim dookoła, znalezieniu kogoś kto pogłszacze mnie po główce i powie że nic się nie stało, zaczynałam z pomocą tego kogoś ogarniać katastrofę. A teraz, totalny chillout. Czyżby to wyższy poziom mamtowdupizmu, który tak usilnie praktykowałam na studiach, że przeniknął on do mojej codzienności? A może magiczny efekt pielgrzymki? Trudno powiedzieć, ale podoba mi się to :D
Dobra, pstryczka już dostałam, bilans pozytywów i negatywów wyrównany. No to teraz już będzie dobrze. Los chyba jednak postanowił, że za bardzo się chwaliłam tym, jak to mi nic nie jest, podczas gdy inni miewali wielke pęcherze zamiast stóp. Postanowił więc jeszcze trochę mnie poupominać. Czy to od słońca, czy to brudu, czy jeszcze od czegoś innego, pojawiły mi się na ustach soczyste, wielgaśne bąble. Coś jakbym zrobiła botoks. Tak trzy razy. Wszystko boli, jeść się nie da, pić się nie da. Na szczęście narzekać się dało! Oj, gdyby nie dało się narzekać, to dopiero byłby ból! Wszyscy w grupie zostali przepytani o to, jakie kremiki mają w plecakach, żeby tylko znaleźć cokolwiek, co może pomóc na tą piękną ozdobę ust. Pierwsza próba, druga, trzecia. Bąble zamiast maleć, zaczęły przybierać niezdrowy, biało-żółty kolor. No Quasimodo to przy mnie był przystojniakiem. Ludzie zerkali coraz bardziej podejrzliwie, jakby zastanawiając się czy to zaraźliwe. O znalezieniu dobrego męża z taką twarzą to już właściwie nie było mowy! No i po co ta cała pielgrzymka mi była? Chyba już wolę staroświeckie, tradycyjne pęcherze na stopach! Dzięki tej sytuacji zrozumiałam doskonale dialog, który często się wymienia u mnie w rodzinie:
- Co u Ciebie?
- A stara bieda...
- No to dobrze, że nowej nie ma!
Tak więc w ciągu ostatnich dwóch tygodni Los aż cztery razy mi pokazał, że nie można nigdy być zbyt pewnym siebie. Że nawet częściej niż czasem, coś idzie nie po naszej myśli i że jeśli wszystko idzie zbyt dobrze, to pewnie zaraz spotka nas coś gorszego. I nie ma się co chwalić, że idzie zbyt dobrze, bo Los bardzo szybko uczy pokory. Chociaż czy chwalenie się lekcjami pokory nie podchodzi pod brak pokory?... Ale z każdą przeciwnością idzie sobie jakoś tam, lepiej lub gorzej poradzić, więc nie ma co narzekać, tylko wyciskać lemoniadę z tych wszystkich cytryn przesyłanych przez Los (Czy coś takiego. Przecież nie mogę zakończyć zbyt pesymistycznie!)
No i wyszło jakoś tak mądrze i wzniośle, a miało być o tym, że na pielgrzymce było fajnie! Że fantstyczni ludzie, że dobrze się szło, że było zabawnie, że pogoda wbrew pozorm dopisała, że zapraszam za rok i że znowu latałam w pomarańczowej kamizelce, i że dobroć ludzi nie zna granic, że ludzie są dobrzy, chętnie pomagają, że prysznic na dworze to genialne doświadczenie i że po raz kolejny udało się dotrzeć do celu! :D
Miałam kiedyś marzenie, żeby zdobyć Koronę Gór Polski. Generalnie chodzi o to, żeby wejść na najwyższy szczyt każdego z pasm górskich w Polsce (a przynajmniej w teorii najwyższy, zdarza się że do Korony jakiś szczyt należy, potem się okazało że jest coś wyższego, ale już tak zostawili, czy coś). Do tej pory byłam na dwóch szczytach z tej grupy, więc zostało mi "zaledwie" 26. Postanowiłam więc, praktycznie z dnia na dzień, że pakuję się i jadę. Okazało się bowiem, że kilka ze szczytów jest baaaaardzo blisko Wrocławia. Żeby nikt nie miał mylnych wrażeń co do mojej odwagi, szaleństwa czy czegokolwiek innego - większość tych szczytów to niewielkie górki, na które wjeżdżają rodzice z dzieckiem w wózku, psem na smyczy i kubkiem kawy w ręce. Pierwsza wycieczka wypadła na Wielką Sowę. Trasa zakładała przyjechanie pociągiem do Głuszycy, potem spacer przez prawie 12 km, wejście na szczyt i powrót tą samą drogą. Obejrzałam zdjęcia jak wygląda trasa i stwierdziłam, że to przyjemny spacerek, więc nie ma co się specjalnie do tego przygotowywać - wystarczy założyć jakieś wygodne sandałki, wziąć butelkę wody i można iść. Na moje szczęście nie mogłam znaleźć sandałów, więc padło na adidasy. Dlaczego na szczęście? Okazało się, że szlak czasami prowadzi przez niezbyt często uczęszczane pola, zarośla i łąki, gdzie co kilka kroków widniały ostrzeżenia, żeby uważać na żmije. Fragment prowadził również przez fantstyczną ścieżkę z ruchomymi kamieniami, gdzie nogi leciały jak chciały, każda w inną stronę, grożąc upadkiem niemal na każdym kroku. Idąc tymi ścięzkami, próbując nie ugrząść w krzaczorach i starając się nie skręcić kostki, przypomniałam sobie słowa które usłyszałam podczas mojego pierwszego Białego: do gór trzeba podchodzić z pokorą i szacunkiem. I nie ważne, czy masz na myśli najwyższe szczyty Tatr, czy śmieszne górki pod Wałbrzychem. Ta zasada obowiązuje zawsze. Zawsze. A więc:
Lekcja 1: Nawet jeżeli byłeś na Świnicy, to może cię przerosnąć Wielka Sowa.
Kilka dni później postanowiłam zaliczyć drugą górkę w pobliżu - Chełmiec. Niewielki szczyt, dużo mniejszy od Wielkiej Sowy. Na górę wchodzi się około godzinki od wyjścia z pociągu (o ile idzie się szlakiem). Sprawdziłam trasę na mapce i bez większego stresu szłam w górę. Szlak ładnie oznaczony, droga szeroka, dostosowana nawet do samochodów. Wszystko układało się pięknie, aż doszłam do rozwidlenia szlaków. Mapa mówiła, żeby iść w górę żółtym: idzie po prostej, jest najkrótszy. Po kilku minutach marszu tą drogą uświadomiłam sobie, że dawno nie widziałam oznaczenia szlaku. I ta dróżka jakby taka węższa... I coś nie pnie się w górę, tylko idzie po prostej... Wzruszyłam ramionami i stwierdziłam, że pewnie zaraz znajdę oznaczenie, bo na pewno nie przegapiłam żadnej ścieżki. Idę dalej. Mija 5 minut, 10 minut, 15 minut... Oznaczenia jak nie było, tak nie ma. A ścieżka zaczyna iść w dół. Rozglądam się dookoła. Niby można wracać do rozwidlenia i pójść tym drugim szlakiem, ale to dobre pół godziny marszu przez te paskudne krzaczory. Odpalam mapy google (wielki pokłon dla ich twórcy) - okazało się, że obchodzę własnie szczyt dookoła, a ze szlaku zboczyłam już bardzo dawno. Przyglądam się mapce, przyglądam.... Jeżeli pójdę dalej tą ścieżką, wydeptaną tylko i wyłącznie przez zwierzęta, to za około 5 minut powinnam trafić na jeszcze jakiś inny szlak prowadzący na górę. A więc jest nadzieja, że trafię na szczyt! Idę więc, przedzieram się przez zarośla, podśpiewując pod nosem, bo nie jestem pewna czy to w krzakach to wiatr, sarna, czy jakieś potwory. Rozglądam się za szlakiem. Gdzieś tu powinien być.... Szukam, szukam, ale nie ma, nie ma... Ale kolejne kilka minut dalej powinien być kolejny szlak, może ten będzie lepiej oznaczony. To idę tam, trudno. Góra już prawie cała okrążona, zamiast godziny wyszły prawie dwie, ale w końcu jest - droga. Szeroka, wysypana żwirkiem. Idziemy! Przepełniona nową energią wkraczam na górę wręcz tanecznym krokiem. Szybkie drugie śniadanie i schodzimy! Sprawdzam godzinę. Jeżeli wyruszę teraz, to zdążę na pociąg. A kolejny godzinę później, więc zbieram się prędko. Gdzieś z tyłu głowy świta mi, że zapomniałam sprawdzić jak najlepiej wracać (planowałam zejść do innej miejscowości, niż ta w której startowałam). Patrzę więc na mapkę stojącą na szycie. Teraz niebieskim, a później tą fajną, żwirkową drogą. Łatwizna. Dochodzę do miejsca gdzie powinien zaczynać się szlak i spoglądam na oznaczenia, które biegną między drzewami, po niemal pionowym zboczu. Będzie zabawnie... Stawiam pierwszy krok, później drugi. Zbocze robi się jeszcze bardziej poinowe. Łapię się gałązek, drzewek i powolutku schodzę. Co krok osypują mi się spod nóg kamienie, staczając się głośno, coraz niżej i niżej. Już widzę oczyma wyobraźni, jak staczam się razem z tymi kamieniami, co zmusza mnie do silniejszego trzymania się biednych drzewek. Taka trasa trwała zaledwie kilka minut, ale tyle stresu co tam, nie najadłam się nawet na Świnicy! Pokora, pokora i jeszcze raz pokora. Oczywiście na pociąg nie zdążyłam ;-)
Kolejnym oderwaniem się od rutyny była pielgrzymka. Chociaż nie wiem, czy to nie podchodzi już pod rutynę, jeżeli jestem tam co roku, od chyba 8 czy 9 lat... Mimo żaru lejącego się z nieba, była to chyba najlżejsza ze wszystkich dotychczasowych pielgrzymek. Zero bąbli, pęcherzy, odcisków, zakwasów, bolących nóg, czy co tam jeszcze się może pielgrzymowi przytrafić. Ale chyba za głośno mówiłam, że w tym roku omijają mnie takie "przyjemności", bo Los postanowił utrzeć mi nosa. Pierwszym pstryczkiem był drobny wypadek z żelem pod prysznic. Mówili ludzie - pakuj wszystkie ciuchy do worków, bo jak spadnie deszcz, to wszystko ci zamoczy. Myślę sobie: gdzie tam będzie padało! Powietrze suche jak pieprz, bezchurne niebo, zapowiadają susze - jaki deszcz?! Z resztą, plecak porządny, nie przemoknie. No i racja, nie padało. Ale trzeciego dnia idę sobie pod prysznic, wyciągam swieżutką koszuleczkę, patrzę: wielka plama od żelu, który nieszczęśliwie się wylał w plecaku. Uśmiecham się pod nosem, z myślą: jak dobrze, że wzięłam zapasową koszulkę! Wyciągam drugą. Ta też z wielką plamą. Zaczyna ogarniać mnie konsternacja. Sięgam po trzecią. Ta też w żelu. Podobnie czwarta, spodnie, spódnica, spodenki... Generalnie w żelu jest wszystko. Najbliższa możliwość wyprania tego wszystkiego dopiero po powrocie do domu. To, co nosiłam do tej pory sztywne od brudu, wypadałoby już zmienić. Tylko na co?... Jedyne rozwiązanie - płukanie ręczne. W minimalnych ilościach wody, bo przecież susza, ludzie chcą pić, chcą się kąpać, a pranie, kto to słyszał żeby prać na pielgrzymce?! Tak więc lekcja trzecia - nawet jeśli wszystko idzie dobrze, nie chwal się tym za głośno, bo Los może to usłyszeć! A poza tym, ludzie nie lubią słuchać o tym, jak nam dobrze ;-) Jest w nas coś takiego, że wolimy, gdy innym powodzi się gorzej niż nam. Bardzo ciekawa cecha, ale to temat na osobnego posta ;-)
Jedna rzecz jednak wyszła dobra z tego wszystkiego: dostałam niesamowity komplement od kilku osób, a mianowicie - jak ty to robisz, że jesteś taka spokojna? Powtarzali mi, że już dawno by rzucali urwałami, przeklinali na czym świat stoi, czy jak tam jeszcze ludzie reagują, gdy idzie nie po ich myśli. A ja z uśmiechem pod nosem kradłam wodę skąd się dało i chodziłam w mokrych spodenkach, żeby wyschły szybciej. Chwilę nawet się zastanawiałam, jak to możliwe, że się nie denerwuję. Znam siebie już kilka lat i zazwyczaj w niespodziewanych sytuacjach panikowałam i dopiero po wyżaleniu się wszystkim dookoła, znalezieniu kogoś kto pogłszacze mnie po główce i powie że nic się nie stało, zaczynałam z pomocą tego kogoś ogarniać katastrofę. A teraz, totalny chillout. Czyżby to wyższy poziom mamtowdupizmu, który tak usilnie praktykowałam na studiach, że przeniknął on do mojej codzienności? A może magiczny efekt pielgrzymki? Trudno powiedzieć, ale podoba mi się to :D
Dobra, pstryczka już dostałam, bilans pozytywów i negatywów wyrównany. No to teraz już będzie dobrze. Los chyba jednak postanowił, że za bardzo się chwaliłam tym, jak to mi nic nie jest, podczas gdy inni miewali wielke pęcherze zamiast stóp. Postanowił więc jeszcze trochę mnie poupominać. Czy to od słońca, czy to brudu, czy jeszcze od czegoś innego, pojawiły mi się na ustach soczyste, wielgaśne bąble. Coś jakbym zrobiła botoks. Tak trzy razy. Wszystko boli, jeść się nie da, pić się nie da. Na szczęście narzekać się dało! Oj, gdyby nie dało się narzekać, to dopiero byłby ból! Wszyscy w grupie zostali przepytani o to, jakie kremiki mają w plecakach, żeby tylko znaleźć cokolwiek, co może pomóc na tą piękną ozdobę ust. Pierwsza próba, druga, trzecia. Bąble zamiast maleć, zaczęły przybierać niezdrowy, biało-żółty kolor. No Quasimodo to przy mnie był przystojniakiem. Ludzie zerkali coraz bardziej podejrzliwie, jakby zastanawiając się czy to zaraźliwe. O znalezieniu dobrego męża z taką twarzą to już właściwie nie było mowy! No i po co ta cała pielgrzymka mi była? Chyba już wolę staroświeckie, tradycyjne pęcherze na stopach! Dzięki tej sytuacji zrozumiałam doskonale dialog, który często się wymienia u mnie w rodzinie:
- Co u Ciebie?
- A stara bieda...
- No to dobrze, że nowej nie ma!
Tak więc w ciągu ostatnich dwóch tygodni Los aż cztery razy mi pokazał, że nie można nigdy być zbyt pewnym siebie. Że nawet częściej niż czasem, coś idzie nie po naszej myśli i że jeśli wszystko idzie zbyt dobrze, to pewnie zaraz spotka nas coś gorszego. I nie ma się co chwalić, że idzie zbyt dobrze, bo Los bardzo szybko uczy pokory. Chociaż czy chwalenie się lekcjami pokory nie podchodzi pod brak pokory?... Ale z każdą przeciwnością idzie sobie jakoś tam, lepiej lub gorzej poradzić, więc nie ma co narzekać, tylko wyciskać lemoniadę z tych wszystkich cytryn przesyłanych przez Los (Czy coś takiego. Przecież nie mogę zakończyć zbyt pesymistycznie!)
No i wyszło jakoś tak mądrze i wzniośle, a miało być o tym, że na pielgrzymce było fajnie! Że fantstyczni ludzie, że dobrze się szło, że było zabawnie, że pogoda wbrew pozorm dopisała, że zapraszam za rok i że znowu latałam w pomarańczowej kamizelce, i że dobroć ludzi nie zna granic, że ludzie są dobrzy, chętnie pomagają, że prysznic na dworze to genialne doświadczenie i że po raz kolejny udało się dotrzeć do celu! :D
środa, 18 lipca 2018
(Od)nowa
Od ostatniego posta tutaj minął prawie rok. Nawet nie wiem, kiedy to zleciało! Kiedyś starałam się przelewać dość często swoje myśli na elektroniczny papier. Zawsze mi to pomogało, gdy wokół za dużo się działo. Ostatnimi czasy próbowałam się za to zabrać wiele razy, serio serio. Siadałam przy komputerze, odpalałam bloga, zaczynałam pisać... i po godzinie klikania stwierdzałam, że ten chłam do niczego się nie nadaje i usuwałam wszystko. Dziś postanowiłam, że nie ważne co wyjdzie, na pewno to opublikuję. Więc miłego czytania. No i życzę cierpliwości, bo troszkę wyszłam z wprawy :)
Czytałam ostatnio ciekawy artykulik (artykułem bym tego nie nazwała, ponieważ tekst się skończył szybciej niż kawa, którą zrobiłam przed rozpoczęciem czytania). W każdym razie, dotyczył tego, dlaczego nie wolno popadać w rutynę. Jak pisała autorka, "bunkrujemy się w utartych schematach, a w pewnym momencie możemy odczuwać, że czegoś nam w życiu brakuje". Mimo że bardzo nie lubię przyznawać innym racji, to jednak tym razem jestem zmuszona to zrobić. Mnie dotknęło to szczególnie mocno w okresie okołoobronowym. Zajęcia się skończyły, wpadła jakaś drobna praca, poza tym - cały dzień wolny! Czego więcej chcieć po 5 latach ciężkiej harówki na Politechnice! Nic bardziej mylnego... Wstawałam rano (6:15, toż to nawet nie rano, a jeszcze noc!), potem dojazdy, 8h z dzieciakami, które czasem potrafiły dać popalić, później powrót i brak sił na cokolwiek, więc drzemka. A od rana znowu to samo... Bycie dorosłym jest straszne! Jak się cieszę, że zaczęłam te dodatkowe studia. Przynajmniej będę mogła oddalić ten straszny wyrok jeszcze o rok.
Gdy zaraz po obronie rozmawiałam z niektórymi osobami, przerażające były reakcje na pytanie: I co teraz? Większość nie ma pomysłu na to, co będzie robić w przeciągu najbliższych kilku lat. Ba! Oni nawet nie wiedzieli, co z nimi w tym tygodniu. Czy jechać na ostatnie w życiu studenckie wakacje? Czy może szukać pracy? A może wrócić do mamusi? Już się boję co będzie gdy mnie to dopadnie. Tym bardziej, że z natury jestem dużo bardziej skłonna do dramatyzowania niż przeciętny człowiek. A więc współczuję najbliższemu otoczeniu.
Drugi poziom rutyny dopał mnie już po obronie. Nie było pracy, nie było nauki, po prostu wróciłam do domu na wakacje. Część z Was wie, że mieszkam w miejscowości, w której zanim dobrze rozprostujesz nogi na spacerze, to kończy się wioska. A za wioskę strach iść, bo podobno grasują tu mordercze szopy pracze. To nie jest śmieszne - one są przerażające. Tak samo jak gołębie. Brrrrr. W każdym razie, zaczęłam sobie szukać zajęć. W pierwszej kolejności padło na oglądanie filmów. Już keidyś obiecałam komuś nadrobienie Marvela, więc od czterech dni trwa u mnie maraton. Ale kiedyś te filmy się skończą... Z racji tego, że nie można cały dzień tylko oglądać filmów, wynajduję sobie też inne zajęcia. Dorwałam domowej biblioteczki książkę "Idealna". Jest tak fascynująca, że przerobiłam ją raptem w dwóch podejściach. Próbowałam chodzić na spacery mimo obawy przed potworami, ale od dwóch dni ciągle pada (swoją drogą, nie potrafię poweidzieć "ciągla pada" bez zaśpiewania tego), a nie mam tu kaloszy ani deszczówki. Z resztą, "gdzie będziesz łazić, w domu siedź, nie masz co robić? To ja ci zaraz znajdę zajęcie". Próbowałam zrobić coś pożytecznego dla swojego życia i napisać jakąś apkę, żeby nie wyjść z wprawy. Ale doszłam do wniosku, że są wakacje i że nie chce mi się nic ambitnego robić. I wtedy wpadło mi do głowy to słowo..... wakacje! Przecież wakacje są po to, żeby jeździć, zwiedzać, podróżować, zdobywać czy jakie tam jeszcze inne dynamiczne czasowniki. Pomyślałam o wybraniu się gdzieś na kilka dni. I w sumie na myśleniu się skończyło.
Wiadomo, że samemu zdobyć świat to żadna frajda. Wystarczy spojrzeć na Napoleona czy jakiegoś innego Aleksandra Wielkiego - nie jechali sami, mieli ze sobą całą hordę ludzi. A więc tak rozpoczęły się poszukiwania osób wystarczająco szalonych, by nie dość że rzucić wszystko na kilka dni i wyrwać się gdzieś na koniec świata, to jeszcze by byli w stanie wytrzymać te kilka dni ze mną. Wiecie jakie to trudne, znaleźć kogoś aż tak odważnego? No więc trwają narazie negocjacje. Na chwilę obecną obawiam się, że może stanąć na super kilkudniowej wycieczce, tylko w ramach kompromisu - beze mnie ;) Zobaczymy, czy coś z tego wyjdzie.
Swoją drogą to straszne, jak bardzo nie potrafimy korzystać z chwili. Każda decyzja musi być po tysiąc razy przemyślana, każdy grosz przeliczony, poza tym to trzeba wziąć urlop, albo najpierw załatwić inne sprawy bo się obiecało, a teraz nie bo rekrutacja, bo sesja, bo nauka, bo zaplanowany wyjazd do ciotecznej babki ciotki mojego kuzyna, do której wcale nie mam ochoty jechać, ale wypada... Rozumiem dorosłych, poważnych ludzi, którzy nie są w stanie się nigdzie wyrwać, bo szef przypiął ich kostkę do ciężkiej, żelaznej kuli i każe im siedzieć w pracy, bo są niezastąpieni. Jasne, prawie każdego z nas kiedyś to czeka. Ale wśród moich znajomych około 75% to osoby, które kilka dni temu skończyły studia (widziałam po fali zdjęć z pracami magisterskimi). Jeszcze nic ich nie trzyma w domu (no chyba że komuś dzieci w domu płaczą, to inna sprawa), a oni mimo wszystko zostają w nim uwięzieni. No dobra, nie powinnam pisać "oni", tylko "my", bo jestem dokładnie taka sama. Tylko że we mnie właśnie coś drgnęło. Odpadł mi chyba kawałek mózgu odpowiedzialny za rozsądne myślenie i teraz najchętniej bym się gdzieś wyrwała, na koniec świata, daleko stąd. Bo jak nie teraz, to kiedy?
Więc apel do wszystkich magistrów-swieżynek: spełniajcie marzenia teraz. Napracować się jeszcze zdążycie. Będziecie mieli dość pracy. A tak, za kilkanaście lat, siedząc w swojej wypaśnej kancelarii czy gabinecie, między jednym a drugim klientem, będziecie mogli spojrzeć za okno i pomyśleć: "Ale w wakacje 2018 to było......".
Poza tym, wracając jeszcze do tego artykułu o którym wspomniałam na początku.... Autorka pokusiła się o wymienienie korzyści, płynących z próbowania nowych rzeczy. Pozwolę sobie je przytoczyć:
1. Radość. "Robiąc rzeczy, których do tej pory nie mieliśmy okazji, nadajemy każdemu dniu nowy sens i wyraźniejsze brzmienie, które wzmaga nasz apetyt na kolejne przeżycia. Stajemy się ciekawi, zainteresowani światem i ludźmi, a także pełni energii do stawiania czoła nowym wyzwaniom.". A więc jest to idealne rozwiązanie na jesienną chandrę, która czeka nas niebawem. Jak się dobrze rozkręcimy, to może do grudnia tego apetytu i energii nam starczy! Więc nie ma wymówek, że "mi się nie chce". Jak zaczniesz, to się zachce. Przynajmniej w teori.
2. Samorozwój i pewność siebie. Decydowanie się na podejmowanie nowych aktywności sprawia, że poznajemy siebie. Doświadczamy własnych reakcji na otaczający nas świat, co sprzyja samorozwojowi. Mamy wówczas okazję eksplorować siebie i odnajdywać własną tożsamość, tym samym budując w sobie poczucie własnej wartości i skuteczności w radzeniu sobie w różnych życiowych sytuacjach. Nic dodać, nic ująć. Gorzej jeżeli ktoś boi się tak bardzo, że nawet nie odważy się spróbować. Takie zamknięte koło. Może jakaś recepta na to?
3. Pokonywanie własnych ograniczeń. Poznanie samego siebie uwydatnia nam nie tylko nasze zalety wspierające proces budowania własnej wartości, ale i wskazują nam na nasze ograniczenia. Dzięki zdaniu sobie z nich sprawy można podjąć próbę ich pokonania, a poprzez pozytywne przeformułowanie tych ograniczeń, zacząć postrzegać je jako wyzwania i szansę na nowe doświadczenia, które mogą okazać się dużym krokiem naprzód. Niestety dla mnie ten punkt i poprzedni znaczą mniej więcej to samo. Ale może to dlatego, że moim największym ograniczeniem jest brak pewności siebie. Chociaż nie raz już udało mi się udowodnić, że na wakacjach przyjmuję maskę zupełnie innej osoby, czasem nawet całkiem dobrze sobie radzącej. Chociaż może to właśnie wtedy spada maska życiowego nieudacznika? Trudno stwierdzić. Myślę, że to zagadnienie na osobne książki ;)
4. Zmiana na lepsze. Zdarza się w naszym życiu, że tkwimy w miejscu lub sytuacji, która jest dla nas niesprzyjająca lub niesatysfakcjonująca. Nie staramy się z tym nic zrobić, bo obawiamy się tego, co może się wydarzyć lub tego, czy decyzje, które podejmiemy będą dla nas dobre. Stanięcie oko w oko z własnymi odczuciami i podjęcie działania ku zmianie może wnieść wiele światła w nasze życie. Może być szansą na jego udoskonalenie poprzez wniesienie czegoś naprawdę wartościowego lub okazją do wyciągnięcia z tego przeżycia mądrych wniosków na przyszłość.O tak, to jest chyba to, czego najbardziej bym w tym momencie potrzebowała: bodźca do zmiany sytuacji. Co prawda nie wiem, jak wycieczka mogłaby w tym pomóc, ale może zmiana otoczenia pozwoli na spojrzenie na problemy inaczej?...
5. Nowe znajomości. Wszystko to, o czym pisałam wcześniej, może zaowocować pojawieniem się nowych przyjaźni i relacji. Istnieje wówczas szansa na poznanie ludzi, z którymi możemy dzielić pasje, ale i troski czy lęki. Takie relacje mogą z kolei budować w nas pewność siebie i wzbogacać nasze życie o kolejne, nowe doświadczenia nadające mu kolorów. No o to stwierdzenie bym się nie pokusiła, a już na pewno nie w odniesieniu do mnie. Ale może akurat komuś uda się poznać na wakacjach miłość zycia czy coś? Podobno takie historie się zdarzają.
A więc kochani, pakujcie walizki, plecaki, torebki czy kieszenie i róbcie to, na co macie ochotę. Same pozytywne skutki, potwierdzone artykułem z przypadkowego bloga. Czy potrzeba innej zachęty? Jedźcie, bawcie się, spełniajcie marzenia. A jak zobaczę Wasze usmiechnięte twarze na zdjęciach z fasycujnących miejsc, to może i we mnie ruszy się coś na tyle, żebym też w końcu spełniła swoje.
Czytałam ostatnio ciekawy artykulik (artykułem bym tego nie nazwała, ponieważ tekst się skończył szybciej niż kawa, którą zrobiłam przed rozpoczęciem czytania). W każdym razie, dotyczył tego, dlaczego nie wolno popadać w rutynę. Jak pisała autorka, "bunkrujemy się w utartych schematach, a w pewnym momencie możemy odczuwać, że czegoś nam w życiu brakuje". Mimo że bardzo nie lubię przyznawać innym racji, to jednak tym razem jestem zmuszona to zrobić. Mnie dotknęło to szczególnie mocno w okresie okołoobronowym. Zajęcia się skończyły, wpadła jakaś drobna praca, poza tym - cały dzień wolny! Czego więcej chcieć po 5 latach ciężkiej harówki na Politechnice! Nic bardziej mylnego... Wstawałam rano (6:15, toż to nawet nie rano, a jeszcze noc!), potem dojazdy, 8h z dzieciakami, które czasem potrafiły dać popalić, później powrót i brak sił na cokolwiek, więc drzemka. A od rana znowu to samo... Bycie dorosłym jest straszne! Jak się cieszę, że zaczęłam te dodatkowe studia. Przynajmniej będę mogła oddalić ten straszny wyrok jeszcze o rok.
Gdy zaraz po obronie rozmawiałam z niektórymi osobami, przerażające były reakcje na pytanie: I co teraz? Większość nie ma pomysłu na to, co będzie robić w przeciągu najbliższych kilku lat. Ba! Oni nawet nie wiedzieli, co z nimi w tym tygodniu. Czy jechać na ostatnie w życiu studenckie wakacje? Czy może szukać pracy? A może wrócić do mamusi? Już się boję co będzie gdy mnie to dopadnie. Tym bardziej, że z natury jestem dużo bardziej skłonna do dramatyzowania niż przeciętny człowiek. A więc współczuję najbliższemu otoczeniu.
Drugi poziom rutyny dopał mnie już po obronie. Nie było pracy, nie było nauki, po prostu wróciłam do domu na wakacje. Część z Was wie, że mieszkam w miejscowości, w której zanim dobrze rozprostujesz nogi na spacerze, to kończy się wioska. A za wioskę strach iść, bo podobno grasują tu mordercze szopy pracze. To nie jest śmieszne - one są przerażające. Tak samo jak gołębie. Brrrrr. W każdym razie, zaczęłam sobie szukać zajęć. W pierwszej kolejności padło na oglądanie filmów. Już keidyś obiecałam komuś nadrobienie Marvela, więc od czterech dni trwa u mnie maraton. Ale kiedyś te filmy się skończą... Z racji tego, że nie można cały dzień tylko oglądać filmów, wynajduję sobie też inne zajęcia. Dorwałam domowej biblioteczki książkę "Idealna". Jest tak fascynująca, że przerobiłam ją raptem w dwóch podejściach. Próbowałam chodzić na spacery mimo obawy przed potworami, ale od dwóch dni ciągle pada (swoją drogą, nie potrafię poweidzieć "ciągla pada" bez zaśpiewania tego), a nie mam tu kaloszy ani deszczówki. Z resztą, "gdzie będziesz łazić, w domu siedź, nie masz co robić? To ja ci zaraz znajdę zajęcie". Próbowałam zrobić coś pożytecznego dla swojego życia i napisać jakąś apkę, żeby nie wyjść z wprawy. Ale doszłam do wniosku, że są wakacje i że nie chce mi się nic ambitnego robić. I wtedy wpadło mi do głowy to słowo..... wakacje! Przecież wakacje są po to, żeby jeździć, zwiedzać, podróżować, zdobywać czy jakie tam jeszcze inne dynamiczne czasowniki. Pomyślałam o wybraniu się gdzieś na kilka dni. I w sumie na myśleniu się skończyło.
Wiadomo, że samemu zdobyć świat to żadna frajda. Wystarczy spojrzeć na Napoleona czy jakiegoś innego Aleksandra Wielkiego - nie jechali sami, mieli ze sobą całą hordę ludzi. A więc tak rozpoczęły się poszukiwania osób wystarczająco szalonych, by nie dość że rzucić wszystko na kilka dni i wyrwać się gdzieś na koniec świata, to jeszcze by byli w stanie wytrzymać te kilka dni ze mną. Wiecie jakie to trudne, znaleźć kogoś aż tak odważnego? No więc trwają narazie negocjacje. Na chwilę obecną obawiam się, że może stanąć na super kilkudniowej wycieczce, tylko w ramach kompromisu - beze mnie ;) Zobaczymy, czy coś z tego wyjdzie.
Swoją drogą to straszne, jak bardzo nie potrafimy korzystać z chwili. Każda decyzja musi być po tysiąc razy przemyślana, każdy grosz przeliczony, poza tym to trzeba wziąć urlop, albo najpierw załatwić inne sprawy bo się obiecało, a teraz nie bo rekrutacja, bo sesja, bo nauka, bo zaplanowany wyjazd do ciotecznej babki ciotki mojego kuzyna, do której wcale nie mam ochoty jechać, ale wypada... Rozumiem dorosłych, poważnych ludzi, którzy nie są w stanie się nigdzie wyrwać, bo szef przypiął ich kostkę do ciężkiej, żelaznej kuli i każe im siedzieć w pracy, bo są niezastąpieni. Jasne, prawie każdego z nas kiedyś to czeka. Ale wśród moich znajomych około 75% to osoby, które kilka dni temu skończyły studia (widziałam po fali zdjęć z pracami magisterskimi). Jeszcze nic ich nie trzyma w domu (no chyba że komuś dzieci w domu płaczą, to inna sprawa), a oni mimo wszystko zostają w nim uwięzieni. No dobra, nie powinnam pisać "oni", tylko "my", bo jestem dokładnie taka sama. Tylko że we mnie właśnie coś drgnęło. Odpadł mi chyba kawałek mózgu odpowiedzialny za rozsądne myślenie i teraz najchętniej bym się gdzieś wyrwała, na koniec świata, daleko stąd. Bo jak nie teraz, to kiedy?
Więc apel do wszystkich magistrów-swieżynek: spełniajcie marzenia teraz. Napracować się jeszcze zdążycie. Będziecie mieli dość pracy. A tak, za kilkanaście lat, siedząc w swojej wypaśnej kancelarii czy gabinecie, między jednym a drugim klientem, będziecie mogli spojrzeć za okno i pomyśleć: "Ale w wakacje 2018 to było......".
Poza tym, wracając jeszcze do tego artykułu o którym wspomniałam na początku.... Autorka pokusiła się o wymienienie korzyści, płynących z próbowania nowych rzeczy. Pozwolę sobie je przytoczyć:
1. Radość. "Robiąc rzeczy, których do tej pory nie mieliśmy okazji, nadajemy każdemu dniu nowy sens i wyraźniejsze brzmienie, które wzmaga nasz apetyt na kolejne przeżycia. Stajemy się ciekawi, zainteresowani światem i ludźmi, a także pełni energii do stawiania czoła nowym wyzwaniom.". A więc jest to idealne rozwiązanie na jesienną chandrę, która czeka nas niebawem. Jak się dobrze rozkręcimy, to może do grudnia tego apetytu i energii nam starczy! Więc nie ma wymówek, że "mi się nie chce". Jak zaczniesz, to się zachce. Przynajmniej w teori.
2. Samorozwój i pewność siebie. Decydowanie się na podejmowanie nowych aktywności sprawia, że poznajemy siebie. Doświadczamy własnych reakcji na otaczający nas świat, co sprzyja samorozwojowi. Mamy wówczas okazję eksplorować siebie i odnajdywać własną tożsamość, tym samym budując w sobie poczucie własnej wartości i skuteczności w radzeniu sobie w różnych życiowych sytuacjach. Nic dodać, nic ująć. Gorzej jeżeli ktoś boi się tak bardzo, że nawet nie odważy się spróbować. Takie zamknięte koło. Może jakaś recepta na to?
3. Pokonywanie własnych ograniczeń. Poznanie samego siebie uwydatnia nam nie tylko nasze zalety wspierające proces budowania własnej wartości, ale i wskazują nam na nasze ograniczenia. Dzięki zdaniu sobie z nich sprawy można podjąć próbę ich pokonania, a poprzez pozytywne przeformułowanie tych ograniczeń, zacząć postrzegać je jako wyzwania i szansę na nowe doświadczenia, które mogą okazać się dużym krokiem naprzód. Niestety dla mnie ten punkt i poprzedni znaczą mniej więcej to samo. Ale może to dlatego, że moim największym ograniczeniem jest brak pewności siebie. Chociaż nie raz już udało mi się udowodnić, że na wakacjach przyjmuję maskę zupełnie innej osoby, czasem nawet całkiem dobrze sobie radzącej. Chociaż może to właśnie wtedy spada maska życiowego nieudacznika? Trudno stwierdzić. Myślę, że to zagadnienie na osobne książki ;)
4. Zmiana na lepsze. Zdarza się w naszym życiu, że tkwimy w miejscu lub sytuacji, która jest dla nas niesprzyjająca lub niesatysfakcjonująca. Nie staramy się z tym nic zrobić, bo obawiamy się tego, co może się wydarzyć lub tego, czy decyzje, które podejmiemy będą dla nas dobre. Stanięcie oko w oko z własnymi odczuciami i podjęcie działania ku zmianie może wnieść wiele światła w nasze życie. Może być szansą na jego udoskonalenie poprzez wniesienie czegoś naprawdę wartościowego lub okazją do wyciągnięcia z tego przeżycia mądrych wniosków na przyszłość.O tak, to jest chyba to, czego najbardziej bym w tym momencie potrzebowała: bodźca do zmiany sytuacji. Co prawda nie wiem, jak wycieczka mogłaby w tym pomóc, ale może zmiana otoczenia pozwoli na spojrzenie na problemy inaczej?...
5. Nowe znajomości. Wszystko to, o czym pisałam wcześniej, może zaowocować pojawieniem się nowych przyjaźni i relacji. Istnieje wówczas szansa na poznanie ludzi, z którymi możemy dzielić pasje, ale i troski czy lęki. Takie relacje mogą z kolei budować w nas pewność siebie i wzbogacać nasze życie o kolejne, nowe doświadczenia nadające mu kolorów. No o to stwierdzenie bym się nie pokusiła, a już na pewno nie w odniesieniu do mnie. Ale może akurat komuś uda się poznać na wakacjach miłość zycia czy coś? Podobno takie historie się zdarzają.
A więc kochani, pakujcie walizki, plecaki, torebki czy kieszenie i róbcie to, na co macie ochotę. Same pozytywne skutki, potwierdzone artykułem z przypadkowego bloga. Czy potrzeba innej zachęty? Jedźcie, bawcie się, spełniajcie marzenia. A jak zobaczę Wasze usmiechnięte twarze na zdjęciach z fasycujnących miejsc, to może i we mnie ruszy się coś na tyle, żebym też w końcu spełniła swoje.
piątek, 11 sierpnia 2017
Superbohater
Podczas
pielgrzymki rozmawiałam z pewną dziewczyną, która zapytała mnie, która z moich
pielgrzymek podobała mi się najbardziej. Chwilę się nad tym zastanawiałam, jednak nie potrafiłam odpowiedzieć na to
pytanie - każda z nich była przecież zupełnie inna! Analizując każde kolejne rekolekcje w drodze uświadomiłam sobie, że prawie nic nie pamiętam z tych pierwszych… Jakieś strzępki wspomnień, pojedyncze twarze, przebłyski z kolejnych miejsc. Jedyne, co utkwiło mi w głowie, to rozmowa z przedostatniego dnia trasy z jednym z
porządkowych. Staliśmy przy bagażach, niedaleko sklepu. On, w zielonej kamizelce, z uśmiechem na twarzy. Ja, zmęczona po 13 dniach drogi, ledwo trzymająca się na nogach po najdłuższym dniu całej trasy. Pamiętam, że byłam zachwycona tym, że to on najwięcej tam robi,
że cały czas biega tam i z powrotem, że może chodzić w kamizelce, że wszyscy go
widzą i znają, że cały czas jest usmiechnięty, że rzuca żartami jak z rękawa. Zapytałam go wtedy, co trzeba zrobić, żeby też mieć taką fajną
plakietkę z napisem „porządkowy”…
W tym roku moje marzenie sprzed 8 lat
spełniło się. Też dostałam taką plakietkę i kamizelkę! Może zabrzmi to
banalnie, ale dla mnie ta kamizelka stała się peleryną supermana – dodawała umiejętności,
których nie mam jako zwykły człowiek…
Podczas wczorajszego żegnania się z ludźmi z grupy jedna z osób
powiedziała mi, że nie zapomni „moich rączek”. Jakkolwiek by to nie brzmiało... Chodziło jej o to, że gdy tylko starczało mi energii, maszerowałam tanecznym
krokiem, machając przy tym rękoma w rytm piosenek. Dzięki temu lepiej się szło,
a i ludziom, którzy patrzyli jak robię z siebie debila, było ciut weselej. Nie
raz widziałam, jak ktoś uśmiechał się pod nosem na ten widok. I wiem, że śmiał się ze mnie. Tylko pierwszy raz w życiu, nie przeszkadzało mi to. Czułam, że takie jest moje zadanie – sprawiać, by im szło się lepiej. I
kiedy widziałam ich uśmiechy wiedziałam, że mi się udało. Nie przeszkadzało mi,
że mnie widzą. I mimo że na co dzień robię wszystko, żeby nie wychylać się z
tłumu, żeby przypadkiem ktoś nie zwrócił na mnie uwagi, tu specjalnie pozwalałam się zobaczyć. Dostałam supermoc widzialności.
Chyba wszyscy już wiedzą, że nie lubię odzywać się do obcych
osób. Nie ważne o co by chodziło, zawsze mam w głowie milion powodów, dla
których ta osoba mogłaby się zdenerwować o to, że się do niej odezwałam. Nawet
jeśli miałaby to być propozycja pomocy komuś, zawsze bałam się, że zostanę
zbesztana za wtrącanie się w nie swoje sprawy. Tutaj, dzięki kamizelce, udało
mi się złożyć kilka nieswoich namiotów, ponieść komuś pokrowiec czy plecak, wprowadzić
wózek po schodach… Gdyby nie kamizelka, pewnie bałabym się tego, co mogę
usłyszeć proponując pomoc, tego co ktoś sobie pomyśli. Dostałam więc supermoc
nieczytania w myślach.
Kolejne osiągnięcie jest dla mnie chyba największym ze
wszystkich. Prawie każdego dnia musiałam znaleźć punkt, do którego odnosiłam
akumulatorki do ładowania. Było to dla mnie o tyle trudne, że codziennie
musiałam podejść do kogoś i zapytać, gdzie ów punkt się znajduje. Pół biedy, gdy ktoś
znajomy potrafił mnie naprowadzić. Niestety nie raz, musiałam podejść do kogoś
obcego i zapytać o kierunek, a następnie jeszcze ze trzy razy dopytać różne
osoby który to pokój, jak tam trafić… W normlanych warunkach pewnie prosiłabym
kogoś, żeby to zrobił za mnie albo usiadłabym i płakała tak długo, aż ktoś
podejdzie i zapyta, jak może mi pomóc. Albo łaziłabym tak długo po mieście,
udając, że wiem co robię, aż w końcu bym znalazła. A tak, na szczęśćie,
dostałam supermoc przyznawania się, że nie wiem wszystkiego i proszenia o
pomoc.
Niestety, kamizelka nie chroni przed wszystkimi
trudnościami. Była jedna rzecz, z którą musiałam poradzić sobie tak czy siak – cisza.
Zawsze myślałam, że problem zagłuszania myśli mnie nie dotyczy. Owszem,
słyszałam jakiś mądrych ludzi, którzy opowiadali, że dzisiaj ludzie żyją w
ciągłym hałasie, żeby zagłuszyć myśli czy swoje wewnętrzne głosy. Ale przecież u
mnie w pokoju nie ma telewizora, muzyka jest wyłączona, w żadne gierki nie
gram. Zatem mnie to nie dotyczy. Przecież ciągle słyszę to wszystko, co muszę... Uświadomiłam sobie, że to nie prawda dopiero
wtedy, gdy rozładowała mi się bateria w telefonie i nie mogłam co 15 min
sprawdzać, czy aby ktoś nie napisał i gdy weszliśmy w etap ciszy. Kiedy nikt nic
nie mówił, nikt nie grał, droga była pusta, więc nie było nawet możliwości
skupienia się na przejeżdżających samochodach… Wtedy uświadomiłam sobie, jak
często zagłuszam to, co mówi do mnie moje serce. Że nie chcę go słuchać. Że
robię wszystko, byleby zarzucić siebie innymi bodźcami zzewnątrz, żeby zapełnić
tą dziwną pustkę… Dzisiaj pewna osoba powiedziała mi, że w wakacje zawsze czuje
taki bezsens. Że nie wie, co ze sobą zrobić. Bo właśnie wtedy ta cisza dochodzi
do głosu i zmusza do zatrzymania się i zastanowienia się, jaki ma cel w życiu.
Dobrze, gdy cisza
pozwoli ci zauważyć, że jesteś szczęśliwy! Kiedy zanurzenie się w niej sprawia, że rozumiesz, jak wiele masz i jak dobrze przeżywasz swoje życie.
Ale co jeśli cisza uświadamia ci,
czego ci jeszcze brakuje?...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


