niedziela, 12 kwietnia 2015

Co wydarzyło się w Krakowie, zostaje w Krakowie

Miniony weekend był… bardzo ciekawym doświadczeniem. Wraz z ekipą z KN BEAN wybraliśmy się na konferencję naukową „Fizyka dla medyka” do Krakowa. Przez wiele dni zastanawiałam się, czy ja właściwie chcę tam jechać. No bo, co fajnego jest w słuchaniu, jak ktoś staje przed Tobą i gada o rzeczach, o których nie masz pojęcia? Poza tym taki wyjazd kosztuje, i ominę wykład (a obiecałam sobie, że w tym semestrze będę na wszystkich), i przecież ja nawet nie znam ludzi, z którymi mam się tam trzymać, no i będzie tam tyle obcych osób… Za jechaniem tam był tylko jeden argument, ale dał radę przebić wszystkie „przeciw” – konferencja była w Krakowie! Od kiedy pierwszy raz obejrzałam film „Nie kłam kochanie”, Kraków stał się dla mnie najpiękniejszym miastem w Polsce, które koniecznie muszę odwiedzić. Do tej pory kilka razy próbowałam się tam wybrać, ale nigdy nie mogłam znaleźć chętnych na taką wycieczkę. A teraz była jedyna, niepowtarzalna okazja i szkoda było z tego nie skorzystać. Więc pojechałam…

Wszystko zaczęło się już w piątek. Najpierw były wykłady, referaty. Muszę przyznać, że były niezwykle interesujące. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo niewiele z nich zrozumiałam. Coś o rezonansie, jakieś protony, nowotwór gruczołu krokowego. Rozróżniałam co najwyżej pojedyncze słowa. Pociesza mnie jedynie fakt, że nie tylko ja tak bardzo nie orientowałam się w temacie! Później wycieczka do PAN. Pokazali nam mnóstwo dziwnych, ważących setki ton machin, wytłumaczyli jak działają. Wieczorem, integracja w kręgielni. Każdy dostał po piwie, za wierszyki i piosenki można było wygrać kolejne. Introwertyczny Koc poznał nawet sporo osób studiujących inżynierię biomedyczną na przeróżnych uczelniach, wymieniliśmy się doświadczeniami. Bardzo byłam z siebie zadowolona mogąc mówić, że studiuję na PWr i widząc zazdrość na ich twarzach. Albo przyznając się, że coś tam programuję, słuchać jak to oni wszyscy mają z tym problem. Wiem, że tak nie powinnam, ale miło mi było chociaż raz po wielu miesiącach, poczuć się w końcu „mądra”. Było znów jak w gimnazjum czy liceum, kiedy ludzie uważali mnie za kogoś, kto zna się na wielu rzeczach i z kim można inteligentnie porozmawiać. Strasznie brakuje mi tego na studiach… Ale wracając. Wśród tylu osób, które poznałam, jeden chłopak szczególnie przykuł moją uwagę. Zabawiał wszystkich w okolicy, podrywał chyba każdą dziewczynę, która się nawinęła. Ani razu nie widziałam go bez grona fanek, chichoczących z jego żartów. Naprawdę przyciągał uwagę i sprawiał, że wszyscy mieli ochotę się z nim poznać.  Nazywali go Yoda – ze względu na jego gabaryty (wzrost dziesięciolatka).  Nie był jakoś szczególnie przystojny, ale wszystkie dziewczyny wręcz koło niego skakały. Uświadomił mi, że najważniejsze w życiu, to akceptować siebie. Jeśli człowiek czuje się dobrze sam ze sobą, to i inni będą się przy nim dobrze czuli. I nich ktoś mi spróbuje wmówić, że wygląd jest najważniejszy!
 
Ponadto okazało się, że totalnie obcy ludzie z koła wcale nie są aż tacy obcy i nawet da się z nimi porozmawiać. Usłyszałam nawet jeden komplement: „fajnie się z tobą pije!” ;D

Kolejnego wieczoru bawiłyśmy się jak damy – i nie chodzi tu wcale o popularny kawał: „Bawimy się jak damy, a jak nie damy to się nie bawimy”! Otóż, mieliśmy bankiet na barce! Eleganckie stroje, kelnerzy, barka zacumowana przy samym Wawelu… Pamiętam jak w zeszłym roku zachwycałam się widząc przepływającą pod mostem barkę, na której ludzie tańczyli, jedli, bawili się płynąc Odrą. A tu miałam okazję doświadczyć czegoś podobnego, tylko że na Wiśle :D

W sobotę rano postanowiłam troszkę pozwiedzać. Wstałam wcześnie i ruszyłam w miasto. Już po 10 minutach spaceru zdarzyło się coś zupełnie nieprawdopodobnego: zaczęłam się uśmiechać. Ale nie tak zwyczajnie, pod nosem. To był prawdziwy uśmiech radości, taki, który sprawia, że człowiek czuje się lekki, że nic innego nie ma znaczenia, że wszystko układa się jak należy. W końcu – byłam w najpiękniejszym mieście w Polsce! I przechadzałam się uliczkami Starego Miasta o poranku! Czy można chcieć coś więcej? Oczywiście milej byłoby spacerować tam z kimś Ważnym, ale tak też było świetnie! Zachwycało mnie wszystko. Wieczorem próbowałam sobie przypomnieć, co właściwie konkretnie wywołało u mnie aż tak pozytywne emocje. Nie mogłam sobie przypomnieć. Podejrzewam, że to po prostu efekt spełnienia prawdziwego marzenia! Do tego byłam z siebie niesamowicie dumna, ponieważ udało mi się pozwiedzać miasto, nie mając zielonego pojęcia jak gdzie trafić. I tylko raz się zgubiłam! No bo kto by pomyślał, że Wawel nie jest na ul. Wawelskiej (odsyłam do google maps).


Pisząc tego posta uświadomiłam sobie jeszcze jedną rzecz. Gdy jeszcze byłam w liceum, na lekcji podstaw przedsiębiorczości mieliśmy napisać swoje CV – „Ja za 10 lat”. Mieliśmy tak zawrzeć to, jakie studia odbyliśmy, gdzie robiliśmy praktyki itd. Napisałam w tedy, że skończyłam inżynierię biomedyczną na AGH w Krakowie i działałam w jednym z kół naukowych (powstrzymam się od reklamy, o które chodzi). W ten weekend to się spełniło: słuchałam wykładów na temat fizyki w medycynie w budynkach AGH, rozmawiałam z ludźmi z tego koła naukowego i można powiedzieć, że z nimi współpracowałam. Udało mi się więc całkowicie nieświadomie i przez przypadek spełnić marzenie, które było dla mnie ważne kilka lat temu, ale później o nim zapomniałam. Właśnie dlatego uważam ten weekend za jeden z najlepszych w moim życiu: spełnione kilka marzeń, poszerzona wiedza, nawiązane nowe znajomości oraz „całkiem przyjemne widoki”  ;-)