sobota, 17 września 2016

Mój pierwszy raz

Gdy pierwszy raz wróciłam z Obozu w Białym Dunajcu napisałam posta, który osiągnął szczyty popularności – żaden post wcześniej ani później nie był udostępniany i czytany aż tyle razy. Przyznaję, trochę to próżne tak się tym chwalić, ale no po prostu był bardzo dobry i nie da się tego ukryć ;P  Rok później próbowałam osiągnąć ten sam efekt, jednak z marnym skutkiem... Dlatego też zastanawiałam się bardzo długo, czy w tym roku w ogóle pisać o obozie. W końcu zostało już powiedziane wszystko. Mogłabym tylko wkleić jeszcze raz link dla przypomnienia i na tym zakończyć. W końcu jest trochę osób, które jeszcze tego nie czytały: wzrosłaby liczba przeczytań, może nawet kilka udostepnień by doszło. A i po co psuć sobie reptuację słabymi postami? ;) 
Mimo wszystko postanowiłam zaryzykować i napisać posta o tegorocznym Białym. Dlaczego? Ponieważ pomimo że byłam tam już po raz trzeci, dopiero teraz odkryłam, o co w tym wszystkim chodzi. I nawet jeśli nie będzie tak dobry jak pierwszy, to i tak się nim pochwalę, a co! Tak więc proszę państwa, mój pierwszy raz z Białym:

Dla mnie Biały zaczął się już w okolicy grudnia. Było zastanawianie się nad kadrą, telefon do gazdy w sprawie terminu obozu, czytanie poradników od Pomocnego Starszego Kolegi, ulotki, promocja, wyjazd integracyjny Kadry… Pomimo że do obozu było tyle czasu, czułam że ten temat ciągle jest przy mnie. Może nie jakoś szczególnie natrętny, ale cały czas obecny. W telefonie miałam włączony licznik pokazujący ile jeszcze dni do obozu. 200, 100 czy nawet 60 to ciągle wydawała mi się wieczność – nie ma czym się stresować, teraz są ważniejsze sprawy, Białym zajmiemy się gdy będzie do niego bliżej. Panika zaczęła się, gdy licznik wskazał 14 dni. Przecież to tylko dwa tygodnie! A ja dalej nic nie wiem! Nic nie ogarniam! Nic nie przygotowane! To będzie porażka!

Już wiele miesięcy przed Obozem postanowiliśmy, że tematem chaty będzie przedszkole. Koncepcja genialna w swojej prostocie – pluszowe miśki, worki na kapcie, klocki… Niby wszystko fajnie, tylko dlaczego to ja mam być dyrektorem tego przedszkola?! Standardowo już pewna osoba musiała słuchać godzinami, jak to ja bardzo się nie nadaję, że nie uda mi się, że to dla mnie za trudne... czy ja za dużo nie marudzę?.... Jednak teraz było o tyle przyjemniej, że ta osóbka miała pojechać ze mną i mogłam jej marudzić 24/7, zamiast nabijać kolejne godziny na rachunek telefoniczny. Miła odmiana ;) 

Prawdziwe przygotowania zaczęły się już około tygodnia przed rozpoczęciem obozu: razem z moimi Kulturnymi spisałyśmy listę zakupów. 15 worków na kapcie (ale takich kolorowych, inne dla dziewczynek i inne dla chłopców), kolorowanki (takie dla dzieci 2-3 lata, to nic że w przedszkolu ma się 5 lat), naklejki za dobre zachowanie (miały być uśmiechy, ale przecież te biedronki są taaaaaakie słodkie! A te owocki takie kolorowe! Weźmy je wszystkie!), ołówek na pasowanie (czyli rzecz użyta tylko raz podczas całego obozu, ale przecież to nic, kupimy, bo jak bez niego przedszkole?!), samochodziki, laleczki, piłeczki i mnóstwo innych pierdółek. Później trzeba było przejść się po milionie sklepów, bo nigdzie nie mogłyśmy znaleźć worków. W międzyczasie rozstawałam się z kolejnymi banknotami, z niejasnym przeczuciem o nazwie „czy ja właściwie dobrze robię?”. Na szczęście moje sumienie dość szybko pozwoliło mi się dać przekonać, że to Kulturne decydują, co kupujemy i że w razie czego będzie na nie ;) 

Kolejnym trudnym krokiem był telefon do Gazdy. Wszyscy doskonale wiedzą, że nienawidzę dzwonić. Po prostu paraliżuje mnie, kiedy mam wyciągnąć komórkę i kliknąć „połącz”. No ale jak mus to mus: „Tak, przyjedzie nas tylu i tylu, będziemy wtedy i wtedy. Pa”. Efekt: bijące serce, trzęsące się dłonie i uśmiech na twarzy z powodu dobrze wykonanego zadania. I zaraz potem telefon do Małego Misia: „Zadzwoniłam do Gazdy, jesteś dumna?”. Swoją drogą, cokolwiek bym nie zrobiła, od razu chwaliłam się tym Małemu Misiowi czekając na stwierdzenie, że jest dumna. Dzięki temu było trochę łatwiej… Ale marny mój los, kiedy nie zrobiłam czegoś, co powinnam! Zaraz dostawałam informację zwrotną w stylu, że Mały Miś nie jest zadowolony i że szybciutko mam zrobić to co powinnam bo jak nie… Ah ta motywacja ;)

Było jeszcze kilka trudnych chwil, ale w przeciągu tych dwóch tygodni zdążyłam już o nich praktycznie zapomnieć. Dużo ciekawsze były te wyjątkowo dobre chwile, których wspomnienie, pomimo upływu czasu nie zatarło się jeszcze… Oto przykład takiego szczególnie istotnego: 
Po tym, jak rok temu z powodu takiej, a nie innej pogody zmuszona byłam do chodzenia po dolinkach i trasach spacerowych, z nieukrywaną radością przyjęłam możliwość pójścia na Szpiglas. W końcu coś wyższego niż budynek, w którym mieszkamy! Przyznaję, trochę się bałam – dawno nigdzie nie chodziłam, trasy nie znam, ze mną idą ludzie których dobrze znam, więc tak wstyd nie dać rady… Co będzie jak nie dam rady?... Tak, wiem, znowu marudzenie. Chyba pora nad tym popracować… Ostatecznie jednak się udało. Trasa miała wszystko, czego potrzebowałam do odpoczynku: podejście, które wybiło mi powietrze z płuc, kawałek skałki, gdzie trzeba było myśleć o tym, gdzie postawić nogę, i łańcuchy, które nie były tam tylko do ozdoby. Pomimo trudu fizycznego, po tej trasie wróciłam wypoczęta jak jeszcze nigdy – wszystkie problemy zostały na górze, na dół zabrałam pusty bagaż. I była to trasa prawie idealna. 
Prawie?
W ciągu całego obozu tylko jedna okazała się być lepszą: Dolina Kościeliska. Co prawda nie do końca miałam ochotę tam iść, ale była to jedna z nielicznych okazji do spacerku na trasie z Małym Misiem. No i obiecałam. I nie chciałam żeby turystyczni się marnowali na takich trasach. Więc ostatecznie poszłam. Pomijam już kaskadę żartów, która się wywiązała przy okazji mojego pójścia na dolinki (w tym roku się nie zgubiłam!). Spacerek tempem zawrotnym – przerywany postojami na selfie i ciasteczko oraz okraszony komentarzami na temat przystojnego górala w budce (czasówka dwa razy wolniej niż planowana), trasa którą znam już praktycznie na pamięć, widoki może i piękne, ale nijak mające się do tych oglądanych ze szczytów… Na koniec trasy drzemka pod gołym niebem na polance, ze słońcem grzejącym w twarz i wiaterkiem rozdmuchującym włosy. Obok Mały Miś, którego mruczenie przez sen roznosi się po całej polanie. Czego chcieć więcej? I nie mówię tego z ironią. Pomimo że zupełnie inna, to trasa zyskała miano najlepszej. Dawno nie śmiałam się tyle, co wtedy. Były rozmowy, było nabijanie się z innych, było i narzekanie. Był czas na odpoczynek, na nieprzejmowanie się niczym, na całkowity i stuprocentowy relaks. I o ile ze Szpiglasa wróciłam z pustym plecakiem, to po tej trasie do chaty zaniosłam swój wypełniony po brzegi dobrym humorem. 
I dopiero w tym roku odkryłam, że nie ważne jest gdzie idziesz i dokąd zmierzasz. Zdecydowanie ważniejsze jest z kim idziesz i po co tam idziesz. Ale mi to mądrze wyszło! 


I właśnie ta trasa była kluczem do odkrycia, o co naprawdę chodzi w tym Obozie… Gdy byłam tam pierwszy raz, nie znałam zupełnie nikogo. Co prawda pomimo trudności w nawiązywaniu kontaktów dość szybko znalazłam kilka towarzyskich duszyczek, z którymi mogłam rozmawiać... Ale to wszystko to byli Nowi Ludzie. Sympatyczni, przyjaźni, pomocni, ale to jednak nie to. Drugi raz pojechałam z ludźmi, których znałam z poprzedniego wyjazdu. Z większością zdarzyło mi się zobaczyć kilka razy w duszpasterstwie, z kilkoma osobami pisałam sporo na facebooku, jednak z nikim nie nawiązała się jakaś szczególnie mega-super-hiper przyjaźń - co najwyżej całkiem bliska znajomość. W tym roku miało być inaczej – ze starej ekipy nie jechał prawie nikt. Miałam przeżyć całe dwa tygodnie bez tych osób, z którymi to się zaczęło. Miałam wrażenie, że to się nie uda. Bo byłam pewna, że tak naprawdę obóz tworzą ludzie, którzy tam są i że to dzięki nim to wygląda jak wygląda. Więc jak może się udać, jeśli ich nie będzie? Tak, tak, znowu marudzenie.  Co prawda sporo z nich obiecało, że nas odwiedzi na chwilę, ale jednak to nie to samo. Otuchy dodawało mi jedynie to, że miało jechać sporo bliskich mi osób, które co prawda do tej pory z obozem nie miały nic wspólnego, ale w ciągu roku spędziliśmy mnóstwo wspólnych chwil w duszpasterstwie: razem organizowaliśmy rekolekcje, nocowanie w Przystani czy nawet zwykłe wieczory przy herbacie. Długo zastanawiałam się, jak to będzie przenieść te relacje z Wrocławia na grunt Białego Dunajca. Bo do tej pory to były dla mnie osobne światy - Obóz i Wrocław. 
Jeszcze zanim dojechała reszta uczestników dalej mnie to bawi ;)  i siedzieliśmy z samą tylko kadrą naprzeciwko wielkiego napisu „Pod różowym wielorybkiem” poczułam, że ci ludzie również należą do tego miejsca. Że to dzięki nim ten obóz będzie najbardziej wyjątkowy ze wszystkich, ponieważ przeżyliśmy razem dużo, z wieloma rzeczami sobie poradziliśmy i że tym razem będzie dokładnie tak samo. 
I w sumie - nie pomyliłam się. Pomimo że to był pierwszy raz z tymi ludźmi, był to zdecydowanie najlepszy ze wszystkich dotychczasowych obozów. Chociaż miło było, gdy odwiedzały nas osoby z poprzednich obozów! A kilka takich cżłowieków w sumie się przewinęło :D 

Zatem po tym trzecim, ale jednak pierwszym razie, jaka jest moja recepta na udany obóz?
Pojechać tam z przyjaciółmi. Tylko w ten sposób wszystko może się udać :) 

Tak, wiem - LIZUS! ;)