poniedziałek, 2 listopada 2015

Czy "po prostu być" to za mało?

Ostatnio dość często zdarzało mi się mieć czas na myślenie (tak, jak nie mam czasu, to nie myślę ^^ ) - to spacerek na 55 km (!!!) , to podróż do domu, to bieganie - okazji było sporo. Może nie doszłam jeszcze do tego poziomu, żeby myśleć o świętości, ale "szczęście" to temat, który mnie nie przerasta zbytnio. Więc nim się zajęłam...

(I od razu nasunął mi się komentarz, który kiedyś usłyszałam: "Czy Ty nie myślisz za dużo?". Może i tak. Ale co z tego?) 

Zaczęłam od prostej sprawy - przywołałam w głowie momenty z życia, w których byłam szczęśliwa. Trochę ich się nazbierało: wygrany konkurs, zachwyt Polonistki po przeczytaniu mojego wiersza, Niezapomniana Odpowiedź Z Historii, pierwsza wypłata, pierwsza ukończona pielgrzymka, 12 listopada 2012, mnóstwo chwil z Bursy (monolog o zaje...fajności białych adidasów!) , pierogi (które zrobiłam bez pomocy Mamusi! Pycha!), ukończony Tropiciel - gdybym miała wymienić wszystkie chwile, w których byłam szczęśliwa... No cóż, wystarczy powiedzieć, że przypomnienie mi ich sobie zajęło około 10 km :D

Później jednak padło trudniejsze pytanie: okresy w życiu, w których byłam szczęśliwa. Ale tak na prawdę szczęśliwa - z tego co robię, jak robię itd.
Mówi się, że studia to najlepszy okres w życiu człowieka. Niestety nie mogę się zgodzić.
Jak na razie liceum bije studia na głowę!
Po pierwsze - Bursa. To, co tam się działo, ukształtowało większość mojej osobowości. To stamtąd wziął się Kocyk, to tam Introwertyczny Koc dowiedział się, że niektórzy ludzie nie gryzą, tam był M., tam byli Przyjaciele. Ale liceum kojarzy mi się z czymś jeszcze - Aniołkolatki. I to jest to, co w największym stopniu sprawiło, że okres szkoły średniej to najszczęśliwszy czas w moim życiu.

Ale po kolei, dla niewtajemniczonych:

- Co to są Aniołkolatki?

Świetlica dla dzieci, tuż obok mojego LO, umiejscowiona w piwnicy klasztoru franciszkanów (coś mnie ciągnie do tych klasztorów ;) ) .

Generalnie wyglądało to tak, że gdy tylko mogłam, zaraz po lekcjach tam kierowałam swoje kroki. Tam kawusia, kanapeczki, ploteczki... a w międzyczasie pomaganie dzieciom w lekcjach, wymyślanie zabaw dla nich, pilnowanie podczas zabaw na dworze. Brzmi niezbyt zachęcająco? No cóż, dla mnie niesamowitą radością było, gdy któreś "moje dziecko" przyniosło ładną ocenę dzięki wspólnemu odrabianiu zadań. Albo granie z nimi w piłkę i pytanie chłopaków (z ukrywanym zachwytem): "Skąd pani umie robić kapki!?". Albo dzieci, które początkowo bardzo nieśmiałe, nagle zaczynały mi opowiadać o tym, co lubią. Niesamowite.
To było dla mnie takie miejsce, gdzie mogłam podładować akumulatory. Pomimo że spędzałam tam sporo godzin, wracałam z zapasami energii na najbliższe dni.

Gdzieś kiedyś usłyszałam, że czas poświęcony innym zwraca się podwójnie. Jestem na to żywym dowodem. Gdy chodziłam do Świetlicy potrafiłam spędzić tam cały dzień, później odrobić lekcje, nauczyć się czego trzeba, pograć z M. w ping-ponga, przepytać D. z hormonów (<3) i porozmawiać z wychowawcami, wyspać się i zrobić wszystko inne co jeszcze trzeba było. Gdy poszłam na pierwszy rok studiów i miałam tylko i wyłącznie obowiązkowe zajęcia, nigdy się z niczym nie wyrabiałam. Taka magia :)

Nas, wolontariuszy, było mało. Pamiętam okres, gdy przychodziła tylko Asia i ja. No i oczywiście Gosia - bez niej, nic z tego by się nie udało! Mimo tak małej grupy, zawsze dawaliśmy radę. W końcu więcej nie zawsze znaczy lepiej. Czasami nawet mała grupka może zdziałać cuda. I to właśnie robiliśmy - cuda. Potrafiliśmy zająć się wszystkimi dziećmi, zorganizować im Mikołajki czy Andrzejki, wyjścia na basen czy do McDonalda. A dzieciaki się cieszyły!

Zawsze wracając ze Świetlicy dzwoniłam do mamy - droga długa, cała górka do przejścia, miło gdy ktoś towarzyszy, chociażby przez telefon. Nie raz słyszałam: "Znowu tam byłaś? Odpoczęłaś byś w końcu trochę.". Tylko że dla mnie to właśnie był odpoczynek.

Teraz Los spłatał mi figla.

Jak już wspomniałam, ciągnie mnie do klasztoru - tym razem do Marianek. No i nie jest pod górkę, tylko przez ruchliwe skrzyżowanie. I dzieci jakby troszkę większe - sami studenci. Ale też nas jest mało. Też mamy kawę i ploteczki, a we wtorki nawet kanapeczki i inne kulinarne specjały. Ale reszta się zgadza: tam kieruję swoje kroki zaraz po zajęciach, wracam równie szczęśliwa i słyszę to samo marudzenie Mamy w słuchawce ;) Też próbujemy robić cuda. I też nagle mam więcej czasu, niż rok temu (kocham ten paradoks!) .



A ile pozytywów wyszło poza przedłużeniem doby! Nowe znajomości (mam nawet z kim iść do kina!), zdobycie umiejętności dzwonienia i odzywania się do obcych ludzi (i jeszcze nikt mnie nie pogryzł!), kilka ładnych zdjęć (a co! będą na pamiątkę!) :D 

Więc taka konkluzja (jakieś takie mądre słowo mi się narzuca, mam nadzieję, że znaczy to, co mi się wydaje!) mi się nasuwa od razu, sama z siebie - czyżby zatem teraz był też ten okres, kiedy jestem szczęśliwa?
Pomimo problemów, które zdecydowanie dają mi się we znaki bardziej niż w liceum (temat na osobnego, przytłaczającego i smutnego posta, którego chyba jednak się nie podejmę ;) ) , myślę, że tak.

Jaki jest więc przepis na szczęście? 

Być tam, gdzie cię akurat potrzebują. Robić coś, co przyniesie radość drugiemu człowiekowi (a najlepiej kilku człowiekom). Robić to, co się lubi. I najlepiej, żeby te wszystkie zdania odnosiły się do tej samej czynności!

Ale tak w skrócie:

Po prostu Być!  
(Eh, miał rację...)