Wyobraź sobie sytuację: na talerzyku zostaje jeden, ostatni kawałek ciasta. Ciasto jest przepyszne, ale tego ostatniego kawałka jednak nie weźmiesz, bo nie wypada, bo może ktoś inny by chciał, bo już dużo zjadłeś - cokolwiek. A może jednak? Przecież ono jest takie pyszne! Nie, nie wezmę.... (I to jest właśnie to nasze nieszczęsne marzenie, którego nie spełniamy z różnych powodów.) Nagle, ktoś inny wyciąga rękę i bierze ten kawałek. Jak się w tedy czujesz? Myślisz, że jednak mogłeś je zjeść. Bo przecież było takie pyszne.... I już zaczynasz się martwić z powodu tego marzenia, którego nie udało Ci się spełnić. Stwierdzasz, że zmarnowałeś szansę. Załamujesz się.
A tu nagle przychodzi mama i dokłada ciasta na talerz. Dużo ciasta. Możesz się go najeść do woli. Niesamowite uczucie, prawda?
Tylko co by było, gdyby mama nie dołożyła tego ciasta? Gdyby już nie było kolejnej szansy?
Może jednak warto spełnić swoje marzenie póki jest okazja?
No, to tyle jeśli chodzi o metafory związane z jedzeniem. A skąd takie przemyślenia? W minionym tygodniu miałam aż dwie takie sytuacje, kiedy to myślałam że szansa przepadła, że już nic nie da się zrobić, a tu nagle znalazło się rozwiązanie i udało się osiągnąć cel. Zastanawiam się, kiedy to szczęście mi się skończy?
Ostatnie kilka tygodni to ciągłe kolokwia, egzaminy, zaliczenia. Człowiek próbuje się uczyć, siedzi gapiąc się w notatki przez kilka nocy z rzędu, aż w końcu zaczyna się zastanawiać: "Po co mi to?". I nachodzi człowieka ochota, żeby rzucić to wszystko, żeby uciec jak najdalej stąd, żeby nic nie robić.
A gdyby tak pójść dalej?
I faktycznie nie robić nic z tego, co powinno się robić? Gdyby zrobić coś, na co mamy ochotę, ale raczej tego nie zrobimy bo "coś tam"? Gdyby złamać jakieś zasady, postąpić chociaż raz "inaczej"? Nie, nie chodzi mi o buntowanie się. Po prostu o zrobienie tego, co na prawdę chciało by się zrobić, ale wiecznie coś nas powstrzymuje. Jak na przykład, no nie wiem, zagadanie do dziewczyny która nam się podoba, kupienie najdroższej czekolady w sklepie, skok ze spadochronem (albo i bez), wyjazd w stylu "wsiąść do pociągu byle jakiego", cokolwiek!
"Możesz robić co chcesz, to jest Twój wybór."
Gdyby tylko tak wiedzieć jakie będą tego konsekwencje...
Czasami mam na prawdę wielką ochotę coś zmienić, w głowie jest już nawet ułożony plan działania, wszystko wskazuje na to, że się uda. I w tedy przychodzą wątpliwości- a co jeśli coś pójdzie nie tak? Przecież jest dobrze tak jak jest! Po co coś zmieniać, skoro może być gorzej? Eh, czasami nienawidzę swojego rozsądku.
A może warto skorzystać z tej szczęśliwej passy?...