Śmiem twierdzić,
że to były najlepsze Walentynki w tym roku. A do tego jedne z
najciekawszych Walentynek od kiedy tylko sięgam pamięcią :)
Dzień zaczął się
jakże przepięknie – od pobudki o 6:30. Kolejnego dnia miał się
odbyć ostatni w tej sesji egzamin, a chciałam być we Wrocławiu na
tyle wcześnie, by cokolwiek się jeszcze douczyć (oczywiście
ostatecznie się nie uczyłam, ale to już inna sprawa). Tak więc na
wpół przytomna wpakowałam się do auta, dałam się wywieźć na
dworzec i wsadzić do pociągu. Grypsko, którym zostałam przed
weekendem szczodrze obdarowana niestety nie sprzyjało ogarnięciu.
Na szczęście w pociągu było na tyle mało osób, że mogłam
usiąść sobie grzecznie na samym końcu przedziału i nie
przyciągać aż tak często morderczych spojrzeń współpasażerów,
którym chyba nie podobał się mój koncert kaszlowy. Tak minęło
pierwsze 1,5 h. Później przesiadka w Zielonej Górze.
Szczerze żałuję,
że miałam tylko godzinę do odjazdu mojego pociągu. Strasznie mnie
korciło odwiedzenie okolic Ogrodu Botanicznego, albo chociaż
Palmiarni... W końcu, sporo pięknych wspomnień wiąże się z tymi
miejscami, a w taki dzień jak ten, człowiek robi się szczególnie
sentymentalny...
Druga część
podróży była jeszcze przyjemniejsza – 3 h z laptopem na kolanach
i telefonem w ręku. 3 h pisania listu, SMSów i wiadomości na
facebooku. I postanowienie wielkopostne, żeby więcej z ludźmi
rozmawiać, a mniej pisać wzięło w łeb... No nic to.
Kolejnym przyjemnym
punktem dnia okazał się być obiad (chociaż gdyby Mamusia
usłyszała, że na niedzielny obiad jem nuggetsy to dumna ze mnie by
raczej nie była...). Tylu ludzi w jednym miejscu dawno nie
widziałam... Kolejki do kina, do McDonalda, do KFC, wszędzie.
Rozumiem, że Walentynki, ale.... serio? Romantyczny wieczór przy
podwójnym cheeseburgerze i coli, wśród setek ludzi dookoła i
kiepskiej muzyce, przerywanej reklamami, puszczanej z głośników?
Ale o gustach się nie dyskutuje – jak ktoś lubi, to czemu nie.
Ale co z tym
obiadem? Dlaczego był taki przyjemny? Poza oczywiście walorami
smakowymi nuggetsów....
Otóż nie byłam
tam sama. Co więcej, nie byłam tam nawet ze swoją drugą połówką,
jak większość otaczających mnie ludzi. Ba, nie byłam nawet z
facetem. Muszę przyznać, że to dla mnie dość abstrakcyjne
doświadczenie, umówić się z kimś na obiad ot tak, po prostu, bez
głębszego powodu czy przymusu, żeby spędzić wspólnie czas,
pogadać. No dobra, może jeszcze bym to zrozumiała, gdyby była to
osoba, której nie widziałam wieki, a w sumie trzeba coś jeść,
więc może by... Ale w momencie, kiedy jest to osoba, którą
widziałam 2h wcześniej, którą będę widzieć jutro, pojutrze i
w sumie ostatnio to widuję ją na okrągło... W dodatku ta osoba
siedzi naprzeciwko mnie, rozmawia ze mną (nota bene nawet całkiem
mądrze, nie tylko o pierdołach) i wcale nie ma zamiaru uciekać,
gdzie pieprz rośnie. No kosmos totalny. Dziwne doświadczenie, ale
ciekawe. I muszę przyznać, że chyba zaczynają mi się podobać
takie akcje. Chyba, że to tylko wina uzależniającej chemii
zawartej w jedzeniu z McDonalda i tak naprawdę to do niego mnie
ciągnie.
Wieczorem
standardowo już – Przystań. I spotkanie ze Skarbami. Co prawda
tym razem bez tworzenia Loży Szyderców, ale i tak było miło.
Szczególnie, kiedy widziałam bezgraniczną wręcz radość,
podchodzącą pod głupawkę, wynikającą z faktu patrzenia na
Serduszka. Przyznaję, dawno nie byłam tak dumna z siebie – udało
mi się uszczęśliwić dwie osoby naraz i to na dobrych kilka
godzin. Niesamowitą radość daje dawanie radości :D
Ale kluczowy moment
nastąpił koło 20:00. Komuś przypomniało się, że obiecałam
sobie, że tego dnia zrealizuję kolejne marzenie z mojej listy:
napić się coli.
Ok. Może to nie
jest jakieś mocno wygórowane marzenie. Miliardy ludzi piją
codziennie colę i nikt z tego nie robi sensacji. A u mnie to urasta
do rangi celu do wykonania. O co chodzi?!
Ci, którzy mieli ze
mną do czynienia na I roku studiów oraz na wakacjach między I a II
rokiem zapewne kojarzą, że był to czas, kiedy nie dało się mnie
zobaczyć bez butelki coli pod ręką. Stwierdziłam, że chyba mam
problem, gdy na pielgrzymce, kiedy wszyscy odpoczywali z nogami w
górze, ja latałam po okolicy, szukając sklepu, gdzie mogę
uzupełnić zapasy tego zacnego trunku. I jakoś tak we wrześniu
narodziło się postanowienie – nic pić coli przez 2 tygodnie.
Łatwo było sobie wmówić, dlaczego nie powinnam. W końcu to góry,
a w górach cola to nie jest najbardziej polecany napój, bla bla
bla. I w sumie udało się bez większych problemów (szczerze
mówiąc, to nawet za bardzo nie było kiedy iść do sklepu po
cokolwiek, więc nie kusiło). Dwa tygodnie minęły, a ja
stwierdziłam, że skoro wytrzymałam 2 tygodnie, to może i miesiąc
wytrzymam? A skoro miesiąc, to może i pół roku? I jakoś tak
wyszło, że od 1,5 roku nie piję (coli. Bo pić to mi się zdarza,
ale to już insza bajka). Spisując listę marzeń stwierdziłam, że
wystarczy już tego umartwiania się. W końcu, wszystko jest dla
ludzi. Tylko żal było zerwać z tak długą abstynencją ot tak,
bez okazji. A Walentynki są idealną okazją do porozpieszczania
siebie... I w sumie tutaj kończy się opis spełnionego marzenia.
Wypiłam, żyję, i tyle. Szczerze mówiąc, nie wiem co ja widziałam
w tej coli ;) Ale kolejne marzenie odhaczone. Jeszcze tylko 10! :)
Tak jak wspomniałam,
tegoroczne Walentynki były jednymi z sympatyczniejszych w moim
życiu. Ale dzień po uważam osobiście za jeden z lepszych dni
od.... w sumie od bardzo dawna.
Jest takie popularne
hasło: „Spraw, aby każdy dzień miał szansę się stać
najpiękniejszym dniem twojego życia”. W moim przypadku to kilka
osób sprawiło, bo ten dzień mógł się takim stać...
Co ciekawe, 15.02 to
Dzień Singla – nie wiedziałam o tym, szczerze mówiąc. Tak więc
poświętowałam, a później dowiedziałam się z jakiej okazji ;)
Dzień zaczął się
od przeczytania przemiłej wiadomości na facebooku. Czy można
zacząć dzień lepiej, niż z uśmiechem od ucha do ucha? Nawet
wizja egzaminu, który miał się odbyć lada moment, nie mogła tego
zniszczyć. Aż do momentu, kiedy zobaczyłam pytania na
egzaminie... Przyznaję, serce mi na chwilę stanęło. W końcu
zdałam dwa przedmioty, które byłam pewna, że obleję, a miałabym
wyłożyć się na czymś, co uważałam za łatwe i przyjemne? Na
szczęście okazało się, że prowadzący coś tam powyciągał z
tej mojej paplaniny i udało się zaliczyć.
I w ten oto sposób,
pierwszy raz od początku studiów, udało się przetrwać cały
semestr bez skorzystania z ani jednej ściągi! Ale ile się
nastresowałam... Chyba nigdy więcej się nie podejmę takiej
samobójczej misji.
W nagrodę za zdany
egzamin czekało mnie przepyszne śniadanko. Chociaż śniadanie jak
śniadanie... Ale w jakim gronie! Wszystkie Skarby w jednym miejscu!
I jeszcze do tego ciacho, pieczone przez całą noc...;) Lepszego dnia
nie można sobie wymarzyć :) Do tego przespane popołudnie, kubek
gorącej kawy i książka pod ręką – to jest coś, co może
uczynić idealny dzień jeszcze wspanialszym.
Dostałam polecenie
„zapamiętaj ten dzień”. Tak więc po to powstaje dzisiejszy
post – żeby niczym w Słoiku Szczęścia, wrócić do niego za
jakiś czas i uśmiechnąć się ponownie do tego wyjątkowego dnia,
stwierdzając, że wcale nie był najpiękniejszym dniem życia, bo
kolejne były jeszcze piękniejsze (przynajmniej taki jest plan ;p).
Ale tak czy siak
dziękuję wszystkim, dzięki którym te dwa dni mogły stać się
takie piękne :)
