poniedziałek, 15 lutego 2016

Drugie spełnione marzenie


Śmiem twierdzić, że to były najlepsze Walentynki w tym roku. A do tego jedne z najciekawszych Walentynek od kiedy tylko sięgam pamięcią :)

Dzień zaczął się jakże przepięknie – od pobudki o 6:30. Kolejnego dnia miał się odbyć ostatni w tej sesji egzamin, a chciałam być we Wrocławiu na tyle wcześnie, by cokolwiek się jeszcze douczyć (oczywiście ostatecznie się nie uczyłam, ale to już inna sprawa). Tak więc na wpół przytomna wpakowałam się do auta, dałam się wywieźć na dworzec i wsadzić do pociągu. Grypsko, którym zostałam przed weekendem szczodrze obdarowana niestety nie sprzyjało ogarnięciu. Na szczęście w pociągu było na tyle mało osób, że mogłam usiąść sobie grzecznie na samym końcu przedziału i nie przyciągać aż tak często morderczych spojrzeń współpasażerów, którym chyba nie podobał się mój koncert kaszlowy. Tak minęło pierwsze 1,5 h. Później przesiadka w Zielonej Górze.
Szczerze żałuję, że miałam tylko godzinę do odjazdu mojego pociągu. Strasznie mnie korciło odwiedzenie okolic Ogrodu Botanicznego, albo chociaż Palmiarni... W końcu, sporo pięknych wspomnień wiąże się z tymi miejscami, a w taki dzień jak ten, człowiek robi się szczególnie sentymentalny...
Druga część podróży była jeszcze przyjemniejsza – 3 h z laptopem na kolanach i telefonem w ręku. 3 h pisania listu, SMSów i wiadomości na facebooku. I postanowienie wielkopostne, żeby więcej z ludźmi rozmawiać, a mniej pisać wzięło w łeb... No nic to.

Kolejnym przyjemnym punktem dnia okazał się być obiad (chociaż gdyby Mamusia usłyszała, że na niedzielny obiad jem nuggetsy to dumna ze mnie by raczej nie była...). Tylu ludzi w jednym miejscu dawno nie widziałam... Kolejki do kina, do McDonalda, do KFC, wszędzie. Rozumiem, że Walentynki, ale.... serio? Romantyczny wieczór przy podwójnym cheeseburgerze i coli, wśród setek ludzi dookoła i kiepskiej muzyce, przerywanej reklamami, puszczanej z głośników? Ale o gustach się nie dyskutuje – jak ktoś lubi, to czemu nie.

Ale co z tym obiadem? Dlaczego był taki przyjemny? Poza oczywiście walorami smakowymi nuggetsów....

Otóż nie byłam tam sama. Co więcej, nie byłam tam nawet ze swoją drugą połówką, jak większość otaczających mnie ludzi. Ba, nie byłam nawet z facetem. Muszę przyznać, że to dla mnie dość abstrakcyjne doświadczenie, umówić się z kimś na obiad ot tak, po prostu, bez głębszego powodu czy przymusu, żeby spędzić wspólnie czas, pogadać. No dobra, może jeszcze bym to zrozumiała, gdyby była to osoba, której nie widziałam wieki, a w sumie trzeba coś jeść, więc może by... Ale w momencie, kiedy jest to osoba, którą widziałam 2h wcześniej, którą będę widzieć jutro, pojutrze i w sumie ostatnio to widuję ją na okrągło... W dodatku ta osoba siedzi naprzeciwko mnie, rozmawia ze mną (nota bene nawet całkiem mądrze, nie tylko o pierdołach) i wcale nie ma zamiaru uciekać, gdzie pieprz rośnie. No kosmos totalny. Dziwne doświadczenie, ale ciekawe. I muszę przyznać, że chyba zaczynają mi się podobać takie akcje. Chyba, że to tylko wina uzależniającej chemii zawartej w jedzeniu z McDonalda i tak naprawdę to do niego mnie ciągnie.

Wieczorem standardowo już – Przystań. I spotkanie ze Skarbami. Co prawda tym razem bez tworzenia Loży Szyderców, ale i tak było miło. Szczególnie, kiedy widziałam bezgraniczną wręcz radość, podchodzącą pod głupawkę, wynikającą z faktu patrzenia na Serduszka. Przyznaję, dawno nie byłam tak dumna z siebie – udało mi się uszczęśliwić dwie osoby naraz i to na dobrych kilka godzin. Niesamowitą radość daje dawanie radości :D

Ale kluczowy moment nastąpił koło 20:00. Komuś przypomniało się, że obiecałam sobie, że tego dnia zrealizuję kolejne marzenie z mojej listy: napić się coli.

Ok. Może to nie jest jakieś mocno wygórowane marzenie. Miliardy ludzi piją codziennie colę i nikt z tego nie robi sensacji. A u mnie to urasta do rangi celu do wykonania. O co chodzi?!

Ci, którzy mieli ze mną do czynienia na I roku studiów oraz na wakacjach między I a II rokiem zapewne kojarzą, że był to czas, kiedy nie dało się mnie zobaczyć bez butelki coli pod ręką. Stwierdziłam, że chyba mam problem, gdy na pielgrzymce, kiedy wszyscy odpoczywali z nogami w górze, ja latałam po okolicy, szukając sklepu, gdzie mogę uzupełnić zapasy tego zacnego trunku. I jakoś tak we wrześniu narodziło się postanowienie – nic pić coli przez 2 tygodnie. Łatwo było sobie wmówić, dlaczego nie powinnam. W końcu to góry, a w górach cola to nie jest najbardziej polecany napój, bla bla bla. I w sumie udało się bez większych problemów (szczerze mówiąc, to nawet za bardzo nie było kiedy iść do sklepu po cokolwiek, więc nie kusiło). Dwa tygodnie minęły, a ja stwierdziłam, że skoro wytrzymałam 2 tygodnie, to może i miesiąc wytrzymam? A skoro miesiąc, to może i pół roku? I jakoś tak wyszło, że od 1,5 roku nie piję (coli. Bo pić to mi się zdarza, ale to już insza bajka). Spisując listę marzeń stwierdziłam, że wystarczy już tego umartwiania się. W końcu, wszystko jest dla ludzi. Tylko żal było zerwać z tak długą abstynencją ot tak, bez okazji. A Walentynki są idealną okazją do porozpieszczania siebie... I w sumie tutaj kończy się opis spełnionego marzenia. Wypiłam, żyję, i tyle. Szczerze mówiąc, nie wiem co ja widziałam w tej coli ;) Ale kolejne marzenie odhaczone. Jeszcze tylko 10! :)

Tak jak wspomniałam, tegoroczne Walentynki były jednymi z sympatyczniejszych w moim życiu. Ale dzień po uważam osobiście za jeden z lepszych dni od.... w sumie od bardzo dawna.

Jest takie popularne hasło: „Spraw, aby każdy dzień miał szansę się stać najpiękniejszym dniem twojego życia”. W moim przypadku to kilka osób sprawiło, bo ten dzień mógł się takim stać...

Co ciekawe, 15.02 to Dzień Singla – nie wiedziałam o tym, szczerze mówiąc. Tak więc poświętowałam, a później dowiedziałam się z jakiej okazji ;)

Dzień zaczął się od przeczytania przemiłej wiadomości na facebooku. Czy można zacząć dzień lepiej, niż z uśmiechem od ucha do ucha? Nawet wizja egzaminu, który miał się odbyć lada moment, nie mogła tego zniszczyć. Aż do momentu, kiedy zobaczyłam pytania na egzaminie... Przyznaję, serce mi na chwilę stanęło. W końcu zdałam dwa przedmioty, które byłam pewna, że obleję, a miałabym wyłożyć się na czymś, co uważałam za łatwe i przyjemne? Na szczęście okazało się, że prowadzący coś tam powyciągał z tej mojej paplaniny i udało się zaliczyć.
I w ten oto sposób, pierwszy raz od początku studiów, udało się przetrwać cały semestr bez skorzystania z ani jednej ściągi! Ale ile się nastresowałam... Chyba nigdy więcej się nie podejmę takiej samobójczej misji.
W nagrodę za zdany egzamin czekało mnie przepyszne śniadanko. Chociaż śniadanie jak śniadanie... Ale w jakim gronie! Wszystkie Skarby w jednym miejscu! I jeszcze do tego ciacho, pieczone przez całą noc...;) Lepszego dnia nie można sobie wymarzyć :) Do tego przespane popołudnie, kubek gorącej kawy i książka pod ręką – to jest coś, co może uczynić idealny dzień jeszcze wspanialszym.

Dostałam polecenie „zapamiętaj ten dzień”. Tak więc po to powstaje dzisiejszy post – żeby niczym w Słoiku Szczęścia, wrócić do niego za jakiś czas i uśmiechnąć się ponownie do tego wyjątkowego dnia, stwierdzając, że wcale nie był najpiękniejszym dniem życia, bo kolejne były jeszcze piękniejsze (przynajmniej taki jest plan ;p).

Ale tak czy siak dziękuję wszystkim, dzięki którym te dwa dni mogły stać się takie piękne :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz