niedziela, 6 marca 2016

Co ma marzenie do szczęścia?!

       Każdy z nas ma jakieś marzenia. I podobno spełnianie ich to jedna z ważniejszych rzeczy w naszym życiu – każde spełnione marzenie daje nam szczęście i mobilizuje nas do dalszej pracy nad sobą w celu spełniania kolejnych marzeń. I kółko się toczy, sami siebie napędzamy, jest fajnie.  Tylko czy na pewno „tak to działa”? To spełnione marzenia dają nam szczęście? Czy może jednak to, że włożyliśmy tyle trudu, pracy i dzięki temu się udało? Czy gdyby marzenie spełniło się samo, czy nadal tak by cieszyło?

    Czy zwracałeś kiedyś uwagę na to, z iloma (Iloma? tak to się odmienia? Jakoś dziwnie wygląda...) osobami w ciągu dnia rozmawiasz? Zakładając, że „dzień dobry”, „poproszę trzy chleby” oraz „tak, Panie Profesorze” to już "rozmawiasz", codziennie w naszym życiu zagadujemy dziesiątki osób. No dobra, może nie dziesiątki, ale tak czy siak jest ich dość sporo. Ale o ilu takich rozmowach pamiętamy wieczorem? Tydzień później? Miesiąc? W takim razie wyrzućmy te wszystkie osoby, z którymi tylko wymieniamy pojedyncze zdania i weźmy pod uwagę te, z którymi Rozmawiamy. Z którymi nawiązujemy konkretny dialog. O tym, co słychać,o pogodzie, o wykładzie, o sytuacji politycznej mniejszości religijnych w Republice Południowej Afryki czy o czymkolwiek innym. Ile takich osób naliczymy? W moim przypadku, w gorszym dniu 5-6, w lepszym - tak czy siak zawsze jakaś chociaż jedna się znajdzie. I ile TAKICH kontaktów zapada nam w pamięć? Zdecydowanie większy procent. Logiczne. Są więc rozmowy, które wylatują mi z głowy od razu (czasem nawet jeszcze przed końcem tej rozmowy). Są takie, które pamiętam do końca dnia i wracam do nich jeszcze podczas robienia obiadu czy powrotu z uczelni, i długo myślę o nich, ale następnego dnia przestają mieć znaczenie. Są też rozmowy, które zostają w głowie na zawsze.
Czasami zastanawiam się, dlaczego akurat ta, a nie inna rozmowa utkwiła mi w pamięci. Nie mówię oczywiście o tych ważnych, które zmieniły coś w moim życiu. Bo to zupełnie inny kaliber. Mówię o rozmowach, które tak naprawdę nie poruszały jakiś ważnych tematów, nie wpłynęły znacząco na moje życie, nie skompromitowałam się w nich na tyle, żeby to roztrząsać, nic wyjątkowego podczas nich się nie wydarzyło... Dlaczego więc ciągle gdzieś wracają?
Właśnie tego typu rozmowa przytrafiła mi się ostatnio. Niby nic wielkiego - prosta pogaduszka w trakcie spaceru. Żadnych ambitnych tematów. W trakcie rozmowy, ona sama w sobie nie była jakoś szczególnie istotna. Padło raptem kilka zdań, później temat jakoś sam przeszedł w inny. Czyli całkowicie - NIC SZCZEGÓLNEGO (poza oczywiście towarzystwem ;) ) . Jednak przez kolejne kilka dni, zdania, które padły, tłukły mi się po głowie. Co więcej, z każdym dniem zaczęły się pojawiać kolejne argumenty, pomysły w tym temacie i już trochę nawet zaczęłam prowadzić dialog sama ze sobą. I oto co wymyśliłam...

Wszystko zaczęło się chyba od stwierdzenia, że kiedy mogę zamknąć się w swoich własnych czterech ścianach, nakryć kocem i nikogo nie oglądać przez cały dzień, to czuję się szczęśliwa. Jako odpowiedź dostałam argument, że to nie do końca jest szczęście. Bo szczęściem nazywamy zazwyczaj to, czego nam brakuje. Czyli gdybym miała święty spokój cały czas, nie cieszyłoby mnie to tak bardzo. Ciekawe stwierdzenie. Początkowo nawet się z nim zgodziłam (to, że powiedziałam że się nie zgadzam, to zupełnie inna bajka! Nie można przecież w trakcie dyskusji ot tak po prostu zgodzić się z rozmówcą, szczególnie jeśli jest się kobietą). Jednak im dłużej o tym myślę, tym bardziej się z tym stwierdzeniem nie zgadzam.

Zauważyłam bowiem u siebie troszkę inną tendencję. Zwykle szczęściem nazywam to, co akurat mam. I nie chodzi mi teraz o pokazanie: patrzcie, tak powinniście robić! Cieszcie się z tego co macie! Nie. Raczej nazwałabym to „oszukiwaniem” siebie i wmawianiem sobie, że jesteśmy szczęśliwi.
Były momenty w życiu, kiedy miałam garstkę jakiś swoich przyjaciół. Wtedy uważałam, że jeśli człowiek ma kilku przyjaciół, to jest idealnie – bo ma z kim porozmawiać, ale nie jest uzależniony od jednej osoby. Kiedy nadszedł czas, że miałam tylko jedną bliską mi osobę, zwykłam żyć w przekonaniu, że jest to idealne rozwiązanie – w końcu mam kogoś, kto mnie zna, rozumie, komu mogę powiedzieć wszystko. A że jest to tylko jedna osoba, to tym lepiej, bo to właśnie na niej mogę się skupić. W międzyczasie nastał okres, kiedy nagle musiałam zajmować się mnóstwem rzeczy naraz – milion obowiązków, każde z innego źródła, sen spędzany w nocy z powiek z powodu terminów, itd. I wtedy uważałam, że jestem szczęśliwa, ponieważ kiedy człowiek ma dużo pracy, to nie ma czasu na głupoty, ponieważ czuję się potrzebna, ważna itd. Aż wreszcie nastał czas, kiedy odcięłam się od świata, zamknęłam w swoich czterech ścianach, bez dostępu do ludzi, nie robiąc zupełnie nic. Wtedy też byłam szczęśliwa. Bo przecież mogę odpocząć, nikt mi nie zawraca głowy, nikt mnie nie denerwuje, nie jestem od nikogo zależna, nie muszę się martwić tym, co kto pomyśli – no bo dlaczego ktoś miałby o mnie pomyśleć, skoro mnie nie ma? I w każdej z tych sytuacji byłam szczęśliwa. W końcu, kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. A ja naprawdę chciałam być szczęśliwa. Więc czemu by tego szczęścia sobie nie wmówić? Ważne, że działa.
Żeby nie było... To nie jest tak, że ja sobie wmawiałam: Sytuacja jest taka i taka, masz być szczęśliwa, bo ona jest idealna. To działa jakoś bardziej podświadomie: Zobacz, jest tak i tak. I zobacz jak jest fajnie.
Po czym więc poznać, że to nie jest to?
W moim przypadku zawsze po jakimś czasie pojawia się myśl: A może to jest do kitu? Może jednak nie tak powinno wyglądać życie? Może powinnam coś zmienić?
I to chyba ta chęć zmiany pokazuje, że jednak nie jest się tak do końca szczęśliwym.
Czym więc jest szczęście?
Jak powinna wyglądać sytuacja, żeby chcieć stwierdzić: „Jest super! Nic nie zmieniam! Jestem szczęśliwa!”?
Chętnie bym poznała odpowiedź, bo sama nie mam pomysłu. Ale gdyby się udało osiągnąć to szczęście, a właściwie to Szczęście, pisane przez wielkie S... Ciekawe jakby człowiek się wtedy czuł? Skoro takie małe, chwilowe szczęścia dają tyle radości...

Swoją drogą to jest też ciekawe. Bo szczęściem można nazwać swoją ogólną sytuację. Ale też szczęściem często zwykłam nazywać takie chwilowe stany. Na przykład ostatnio definicją szczęścia była dla mnie gorąca pizzerka z Trumienki, popijana zimną puszką coli (nic to, że głupia puszka kosztowała mnie całe 5 zł). I wtedy autentycznie byłam szczęśliwa. Fakt, po godzinie o tym szczęściu zapomniałam, ale to inna sprawa. No właśnie, i takie małe szczęścia nazywamy używając tego samego słowa, gdy opisujemy sytuację składającą się z  stabilnej sytuacji finansowej połączonej z kochającą rodziną i wspaniałymi przyjaciółmi. Czy to nie zabawne?
Dlatego ja bym to rozdzieliła. Te takie małe szczęścia, jak puszka coli czy dobra książka w chłodny zimowy wieczór, to szczęście. Natomiast ogólna sytuacja, ten całokształt taki, to będzie Szczęście.

Wiadomo, że zarówno do szczęścia jak i Szczęścia człowiek w jakiś tam sposób dąży. Tylko to pierwsze zdecydowanie łatwiej osiągnąć. A co jeszcze ciekawsze, dużo bardziej cieszy!
Jak to: gorąca pizzerka cieszy cię bardziej niż kochająca rodzina?!
Można tak powiedzieć... Bo kochającą rodzinę, pieniądze na koncie czy przyjaciela mam ciągle (no dobra, pieniądze to może nie ciągle). Więc po pewnym czasie przestaję to zauważać. A kiedy przestaję coś zauważać, to to przestaje cieszyć. I odwrotnie: jeśli tego wszystkiego nie mam, i dążę do tego, żeby to wszystko osiągnąć, to jest niesamowicie frustrujące, kiedy nam to nie wychodzi, kiedy się nie układa, kiedy znowu wszystko się wali. I tyle z tego Szczęścia mamy.
A te malutkie, drobne przyjemności? Przypomnij sobie, jak się czujesz, gdy wyjdziesz na uczelnię bez śniadania, zapomnisz kasy z domu, więc nawet nie masz jak kupić sobie bułki, w brzuchu burczy, a tu jeszcze trzeba wysiedzieć na wykładzie... I wracasz do domku, a tam już na klatce schodowej niesie się zapach twoich ulubionych kotletów (nie wiem, czy kotlety mogą być aż tak aromatyczne? Może raczej to jakaś zupa tak pachnie? Albo frytki. O tak, frytkami zawsze pachniało na całej klatce....). I siadasz przy stole, patrzysz na ten pełny talerz, i co czujesz? No szczęście, jak nic. I to takie, że masakra.

No dobra, tu muszę się trochę zgodzić. Nazywamy szczęściem ten obiad, colę czy cokolwiek innego, bo nam tego brakowało przez cały dzień (przyznaję rację!). Ale w przypadku Szczęścia ta wspominania na początku  definicja zupełnie się nie sprawdza. Tu z góry wiemy co jest Szczęściem – nie możemy powiedzieć, że jest nim to, czego nam brakuje. Tu jest matematycznie – albo mamy to i to, albo nie mamy. Albo więc jesteśmy Szczęśliwi albo nie...

No dobra, to wyszły takie przemyślenia. Trochę zagmatwane, trochę poplątane, ale po prostu temat jest tak głęboki, tak obszerny i tak ciekawy, że nie potrafię tego jakoś lepiej poukładać.
Ale może warto się zastanowić, co jest szczęściem dla mnie? W tej konkretnej chwili?
Czy coś, co już mam i cieszę się z tego i dlatego jest to szczęściem? Czy może coś, czego mi brakuje? Co chcę mieć?

Ja (nie zaczynamy zdania od "ja!") na przykład w tym momencie siedzę pod cieplutką kołderką, z gorącą herbatą w dłoni, zmęczona  po aktywnym weekendzie, ale mimo wszystko z uśmiechem na twarzy. I jestem Szczęśliwa – wszystko idzie jak trzeba, brzuszek jest pełny, mam dookoła siebie wspaniałych ludzi, z którymi mogłam spędzić te minione 3 dni, miałam okazję pochodzić po górkach (i schodzić własnym tempem! jupi!) , jutro nie muszę wcześnie wstawać, dostałam kilka miłych wiadomości od ludzi, obejrzałam zdjęcia z ostatniej wycieczki, które przywołując wspomnienia, wywołały uśmiech na mojej twarzy...  Jeszcze tydzień temu nie powiedziałabym, że coś takiego może mnie uszczęśliwić. Na pewno nie to było moimi marzeniami. I do tego teraz zdecydowanie nie mogłabym  nazwać kocyka i czterech ścian szczęściem!  Ale puszką coli bym nie pogardziła ;)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz