wtorek, 29 grudnia 2015

"Cudze chwalicie ..."

       Miałam wtedy pięć, może sześć lat. Namalowałam obrazek, farbkami. Zaniosłam go mamie i zapytałam, czy ładnie. Mama rzuciła okiem na rysunek i rzucił krótkie „Nie”. Pamiętam, że wtedy mnie wmurowało. Przecież zawsze chwaliła to, co zrobiłam! Wzięłam więc obrazek, wróciłam do pokoju i zaczęłam go poprawiać. Gdy zaniosłam ulepszoną wersję i zapytałam, czy teraz lepiej, dostałam w odpowiedzi tylko krótkie „Tak”.

Dziś ta sytuacja wydaje mi się zabawna. Chociaż wtedy to zwykłe „nie” podchodziło pod dramat. Pomimo że minęło piętnaście lat, nadal gdy mam kogoś zapytać o to, czy robię daną rzecz dobrze, nadal czekam na to uczucie, które pojawiło się wtedy, gdy dostałam nie taką odpowiedź jak oczekiwałam. Dlatego zazwyczaj nie pytam. Albo wręcz przeciwnie – zakładam, że jest do bani, żeby co najwyżej się przyjemnie zdziwić. Ale ile to już ludziom krwi napsuło!

      Nie dalej jak dwa dni temu rozmawiałam na fb z pewnym znajomym. Jak to zazwyczaj ze mną bywa, zaczęłam mieć wyrzuty sumienia, że człowiek wraca zmęczony z pracy, pewnie chciałby odpocząć, a ja do niego pisze w środku nocy. I to z niczym poważnym. Ot tak, żeby sobie pogadać. Zaczęłam go przepraszać, że „zawracam mu gitarę”
O ile można wyczuć to z tonu wiadomości tekstowej, wręcz poczułam, jak mnie opierdzielił, że mam nie nazywać tego zawracaniem gitary. 
Do wielu ludzi w swoim życiu już używałam tego zwrotu. Nie raz liczyłam, że ktoś mi napisze coś w stylu „daj spokój, nie zawracasz”, „nie mam nic przeciwko”. Ale on był pierwszą od kiedy sięgam pamięcią, która to zrobiła. To miłe. Nawet bardzo. Dzięki temu poczułam, że chyba jednak ma ochotę ze mną rozmawiać. Że nie przeszkadza mu, że tak często zabieram mu długie godziny, które mógłby spożytkować inaczej. Niby jedno proste zdanie, ale radość z tego niesamowita :-)

     Są osoby, na których zdaniu zależy mi szczególnie. I tak jak w dzieciństwie biegałam do mamy z każdym dziełem, tak teraz też czasem mam ochotę pokazać pewnym osobom to, czym się zajmuję. 
Niestety, mama odpada. Kiedy tworzę jakąś aplikację i próbuję jej o niej opowiadać, patrzy na mnie maślanymi oczami, niewiele rozumiejąc. Rysunków już nie robię. Wiersze dawno przestałam pisać – zresztą, nigdy nie były zbyt dobre. 
Mam jednak jedną osobę, której podsyłam zawsze swoje wpisy na bloga, grafiki, czy cokolwiek co tworzę, co można szybko ocenić. Zazwyczaj dostaję informację w stylu: „do bani, ale pokazuj światu!”. Gdy dopytuję, co jest nie tak, słyszę „Nic, żartowałem. Jest super.”. Zazwyczaj po czymś takim moja urażona duma postanawia skasować wszystko, M. namawia mnie, żebym jednak to puściła w świat i wychwala dzieło pod niebiosa, ja kłócę się z nim, że robi to tylko po to, żeby nie było mi przykro, on zaprzecza, po czym ja publikuję. I tak za każdym razem. Do tej pory nie wiem, czy w jego odczuciu dana rzecz jest dobra czy kiepska, nie potrafię tego rozgryźć. Po cichu jednak liczę na to, że gdyby była aż tak tragiczna, powstrzymałby mnie przed publiczną kompromitacją.

    Tym bardziej, że na ratunek w tej kwestii przychodzi pewien człowiek, który już od ponad roku czyta moje posty, do czego się już nie raz przyznał. Niby nic wielkiego, ale wystarczyło, że ta osoba raz udostępniła na swojej tablicy jeden z moich postów, a rok później (!!!) pokazywała innym tego posta. Mimo że na początku było mi głupio (gdybym wiedziała, ile osób go zobaczy, bardziej bym się postarała), to jednak te kilka centymetrów w swoich oczach urosłam. Do tego od czasu do czasu dostaję feedback, że przeczytał, że świetnie piszę i że mam dalej pisać i liczba postów pojawiających się na blogu rośnie (ostatnimi czasy to nawet aż do przesady...). Oprócz tego dzięki temu powstały tony opowiadań, które wylądowały w koszu, jedna prawie książka, którą kilka osób miało okazje przeczytać i setki stron pisanych wieczorami o niczym. Niby nic wielkiego, ale powiedzenie „robisz to dobrze” wystarczyło, żeby znaleźć mi zajęcie i jeszcze mnie podbudować :D

   Chociaż jest jedna osoba, która robi znacznie więcej, niż powiedzenie „robisz to dobrze”. Ta osoba od czasu do czasu mówi mi też „robisz to źle”. Co w tym dobrego? Otóż, dzięki temu wiem, że kiedy słyszę pochwałę, to nie jest to tylko grzeczność. Że faktycznie zrobiłam to super. 
Na początku strasznie się wściekałam, słysząc co chwilę o kolejnej rzeczy, którą mam poprawić. Nie ukrywam, że czasami nawet miałam ochotę rzucić to wszystko i stwierdzić, że ja się do niczego nie pchałam, zawsze mówiłam, że na tym się nie znam, więc proszę ode mnie nie wymagać cudów. Ale niestety mam w głowie pewien uparty głosik, który ciągle mi mówił, że mam to robić tak długo, aż w końcu usłyszę, że jest dobrze. No i zazwyczaj w końcu się udawało uzyskać aprobatę.
I to, że czasem mówię, że nie potrafię czy nie jestem w stanie zrobić pewnych rzeczy, to wcale nie oznacza, że tak jest. Głosik bywa bardzo uparty, więc pewnie i tego, czego nie umiem, będę musiała się nauczyć...  

Tylko trzeba pomimo mojego wściekania się, dostatecznie często przypominać mi, że mam się tego nauczyć ^^  

   Jest jeszcze jedna wyjątkowa osoba. Usłyszałam od niej tylko raz, że to co robię, robię wspaniale. Ale nie ukrywam, podbudowało mnie to. Dlaczego? Bo jest to osoba, którą w jednej konkretnej kategorii uważam za swój wzór do naśladowania. Często słyszę od niej uwagi o tym, jako można by zrobić to czy tamto żeby było dobrze, jak sobie poradzić z pewnymi trudnościami. Dlatego taka informacja od niej... no cóż – kolejne centymetry w górę. Co ciekawe, ta osoba prawdopodobnie nie wie, że jest moim autorytetem. Nie wie zatem, ile jej pochwała znaczy dla mnie. Dlatego czasem warto kogoś pochwalić. Może akurat sprawicie mu większą radość, niż myślicie? :D

     Niesamowicie poprawiła mi również ostatnio humor rozmowa z pewnym chłopakiem. Nie znamy się zbyt dobrze, ale tak wyszło, że mieliśmy okazję spędzić razem trochę więcej czasu przy herbacie. Wiadomo, w takich sytuacjach często mówi się o sobie. Nigdy chyba nie zapomnę wyrazu twarzy tego człowieka, gdy mówiłam kolejne fakty dotyczące mojej skromnej osoby: czym się zajmuję na studiach, że troszkę programuję, gdzie pracuję... Wiem, że to już podchodzi pod zadufanie w sobie, ale miło było komuś zaimponować i tak dobitnie to poczuć. Dobrze to zrobiło mojej samoocenie. Teraz tylko nie zepsuć tego pierwszego wrażenia... ;)


Miło jest usłyszeć, że robi się coś dobrze. Szczególnie od ludzi, którzy mi w jakiś sposób imponują. Albo od ludzi, na których mi zależy. 
Dziękuję wszystkim, którzy w ten sposób już nie raz poprawili mi humor i podnieśli na duchu. Bo czasami wiem, że coś robię dobrze. Zazwyczaj jednak tylko podejrzewam, a negatywne głosy z głowy robią swoje i po czasie stwierdzam, że jednak to jest do kitu. No cóż, jakąś wadę trzeba mieć :D  
Dziękuję również tym, którzy potrafią mi powiedzieć, kiedy coś jest nie tak i jak zrobić, żeby było lepiej. 

Podobno jak się komuś powie o swoim postanowieniu, to później jest łatwiej je zrealizować. Dlatego moje postanowienie na nowy rok: częściej mówić ludziom, że coś robią dobrze! Zachęcam to tego samego :)

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Co wydarzyła się w Krakowie, zostaje w Krakowie - po raz drugi!


Poprzedni post wzbudził wśród znajomych rewolucję. Jeszcze nigdy nie dostałam aż tylu wiadomości w ciągu kilku dni! Zbieg okoliczności? Czy może aż tyle osób czyta to moje marudzenie?


Wiem, że to już podchodzi pod całkowity brak skromności, ale miło mi za każdym razem, gdy słyszę, że ktoś to przeczytał. Dlatego możecie śmiało dawać znak, że Wam się podobało ;) Ale konstruktywna krytyka też jest mile widziana (przy okazji po raz kolejny, teraz publicznie, dziękuję osobie, która ostatnio mi powiedziała, co było do kitu).

Ale do rzeczy...

W sobotę wybraliśmy się z Przystanią do Krakowa. Dzieci zabrały kanapeczki do plecaczków, przyszły na dworzec, pani wszystkich policzyła i pojechaliśmy. Czułam się jak na szkolnej wycieczce z czasów podstawówki!
Zabawa zaczęła się już w pociągu. Najpierw niezobowiązująca rozmowa o chowaniu zwłok, później próby związywania śpiącym sznurówek, a na koniec dyskoteka, przy muzyce klasycznej. Do tego dorzućmy brak ogrzewania i opóźnienie z powodów technicznych i mamy przepis na idealną wycieczkę.
Zwiedzanie zaczęliśmy od zrobienia niebanalnego zdjęcia. Żeby było oryginalnie, tak jak jeszcze nikt do tej pory robił– podskoczymy. Jednak starość nie radość – strzelające kolana upewniły nas w przekonaniu, że kolejne zdjęcia powinniśmy robić bardziej statycznie. W międzyczasie nasza Wspaniała Pani Przewodnik zabawiała nas ciekawostkami o grubości murów Barbakanu.
Pogoda niestety nam nie dopisała - świecące prosto w oczy słońce sprawiło, że źle wychodziliśmy na zdjęciach.
Oprócz wspomnianego już Barbakanu pozwiedzaliśmy również kościoły. Niestety po piątym straciłam rachubę, ile ich było. Ale cóż się dziwić, jak się jedzie w takim towarzystwie...
Na obiad, po studencku, mieliśmy pizzę. Pizza jak pizza, dobra. Ale ta chwila, żeby usiąść i odpocząć, po kilku godzinach szaleńczego biegu po mieście... to dopiero radość!
Odwiedziliśmy również plac zabaw dla studentów – z samymi edukacyjnymi zabawkami. Posiłowaliśmy się z metalową kulką, pokręciliśmy południkami i pooglądaliśmy termometry. Ju-huuu!
Nawet droga powrotna minęła całkiem przyjemnie – pomimo że nie pozwolili mi siedzieć z dala od nich.

Skoro było tak fajnie, dlaczego chcę zostawić w Krakowie to, co się tam wydarzyło? 


Kraków od zawsze był dla mnie takim miastem z marzeń. Prawdopodobnie jest to efekt kiczowatych komedii romantycznych, których akcja dzieje się właśnie tam (<3) , ale nie ważne. Od zawsze chciałam tam pojechać, pozwiedzać, zobaczyć jak to naprawdę wygląda. No i odświeżyć wspomnienia z wycieczki, na której byłam w tymże mieście w wieku 5 lat.
Taka okazja nadarzyła się rok temu – byłam na konferencji organizowanej przez AGH. Wykłady, przemówienia i inne takie, ale udało mi się też wyrwać na zwiedzanie miasta o wschodzie słońca oraz na nocne łażenie po ciemnych uliczkach. Temu wspomnieniu jednak brakuje uroku, ponieważ za wyjątkiem czasu zorganizowanego, wszystkie te wspaniałe rzeczy robiłam sama. Dlatego stwierdziłam, że dobrze będzie, jeśli to wspomnienie zostanie tam, a ja poczekam na kolejne.

Oczywiście nie wspominam nawet o tych wspomnieniach, które powinny zostać w Krakowie ze względu na poniżająco niski poziom, który sobą reprezentują... Chociaż pośmiać się z hmm... sympatycznego organizatora zawsze można. :D 

No i stało się – pojechałam do Krakowa z ludźmi, którzy ostatnimi czasy są dla mnie najbliżsi (jakby nie patrzeć, poświęcam im więcej czasu i uwagi niż jakiejkolwiek innej osobie/rzeczy). Na prawdę cieszyłam się na ten wyjazd. Wiedziałam, że będzie trudno wytrzymać z nimi wszystkimi cały dzień, ale już o dłuższego czasu się wprawiam, więc stwierdziłam, że dam radę. Niestety, zmęczenie robi swoje. Człowiek najpierw mówi, potem myśli. A jak już myśli, to myśli za dużo. I zaczyna rozważać to, że może niepotrzebnie coś powiedział. I jest zdenerwowany, że to powiedział i ze zdenerwowania mówi coraz więcej rzeczy, których nie powinien. I znowu myśli... I tak właśnie psuje sobie humor bardzo skutecznie.
Do tego akurat tego dnia skończyła się energia w mojej szklanej kuli dla chomika, więc już całkowite combo.

Co zostało powiedziane, to zostało. Część bardziej prawdziwa, część mniej. Część powiedziana ze zdenerwowania, część po to, żeby kogoś zdenerwować. Pozostaje tylko nadzieja, że ludzie tego nie usłyszeli, nie przyłożyli do tego takiej wagi jak ja lub zdążyli zapomnieć. No i nadzieja, że to pozostanie w Krakowie.

Oczywiście nie było aż tak źle- są też pozytywy! Nikt nie próbował wysuszyć Wisły... Udało mi się porozmawiać z osobą, którą do tej pory znałam tak naprawdę tylko z imienia... I nawet udało mi się wytrzymać w postanowieniu adwentowym – nie byłam wredna dla żadnego księdza :D No i nikogo nie zgubiłam! Do tego, pomimo jechania na prawie pustym akumulatorze, udało mi się przez całą drogę z kimś rozmawiać! Czasem bardziej poważnie, czasem mniej, momentami już niektórzy wyraźnie mieli mnie dość – ale ani ja od nikogo z krzykiem nie uciekłam, ani nikt ode mnie, więc można to uznać za sukces.

Mimo wszystko, to co się wydarzyło w Krakowie, niech tam pozostanie, a ja czekam na kolejną możliwość wyjazdu tam i zrobienia go, tym razem „tak jak należy”.
Ktoś chce jechać ze mną? :D

sobota, 12 grudnia 2015

W przypływie pijackiej szczerości...

      Czasem są takie dni, że człowiek ma ochotę z kimś porozmawiać. I nawet najbardziej zamkniętym w sobie introwertykom się to zdarza! Zazwyczaj siedzę wtedy przed komputerem, odświeżając co kilka sekund facebooka i sprawdzając, czy ktoś do mnie może nie napisał... I parafrazując Kubusia Puchatka, im bardziej sprawdzam, tym bardziej nowych wiadomości nie ma.
W tedy, w zależności od nastroju, robię jedną z dwóch rzeczy:
Albo obrażam się na cały świat, bo przecież gdyby ktokolwiek mnie zauważał/myślał o mnie/lubił mnie/itd., to przecież by się domyślił, że akurat dziś potrzebuję żeby do mnie napisano.
Druga wersja wydarzeń sprowadza się do tego, że sama piszę do konkretnych osób licząc, że z mojego rozpaczliwego „Cześć! Co słychać?” domyślą się, że powinni ze mną porozmawiać. Niestety, jakoś tak ten świat działa, że ludzie się nie domyślają. Więc zazwyczaj rozmowa wygląda w ten sposób:

- Co słychać?
-  W porządku. A u Ciebie?
- Też.
- To pa.
- Pa.


Czasami zdarzają mi się jednak przebłyski w stylu: „A może jednak ludzie nie czytają w myślach?”.  Zazwyczaj takie przemyślenia miewam właśnie w tytułowym przypływie szczerości, w środku nocy  albo po wyjątkowo ciężkim dniu, kiedy to rozsądniej byłoby się w ogóle nie odzywać. Zazwyczaj jednak, ku ogólnej uciesze wszystkich zainteresowanych, zaczynam właśnie wtedy pisać do ludzi, informując ich o tym, jak bardzo potrzebuję porozmawiać, jak jest do kitu i że generalnie wszystko jest nie tak jak powinno.
Oczywiście nie piszę do przypadkowych osób! Są one wybierane nadzwyczaj starannie!
Zazwyczaj jest to
a) osoba, która raz czy dwa mi pomogła w podobnej sytuacji i pomimo że już nie raz usłyszałam od niej, że marudzę i powinnam przestać pisać, to nadal to robię – skoro tyle razy wytrzymała, to i teraz wytrzyma
b) nowo poznany przystojny chłopaka co! Niech wie, z kim ma do czynienia i w co się pakuje! (nawet jeśli w nic się nie zamierzał pakować...)
c) osoba, która niedawno sama mi truła o milionach swoich problemów – ja musiałam słuchać, niech teraz ona słucha!

Co ciekawe, reakcje ludzi też są prawie zawsze takie same. Ludzie z grupy a) zazwyczaj uciekają z krzykiem, czasem nawet zanim jeszcze zacznę narzekać. Co niektórzy już mają taką wprawę, że gdy tylko pytam, co słychać, to stwierdzają, że muszą iść spać, bo późno.
Osoby z grupy c) zazwyczaj zaczynają też narzekać, ponarzekamy sobie chwilę, po czym kończy się to albo obustronną depresją, albo ja mam tak dość, że uciekam z krzykiem, stwierdzając, że muszę iść spać.
Najciekawsza jest grupa b – ponieważ na podstawie odpowiedzi możesz ją zaklasyfikować do grupy a albo do grupy c. Zawsze jest więc pewien dreszczyk emocji...

Pięknie – narzekam na to, że narzekam!

Niedawno odkryłam ciekawą rzecz. Jeśli nie narzekasz, ludzie chętniej z Tobą rozmawiają! Z moim charakterem jest to dość trudne do realizacji, ale lubię wyzwania. Dlatego od pewnego czasu piszę do ludzi tak po prostu. Część nadal nie może się przestawić i z przyzwyczajenia już pisze, że musi iść spać. Ale jest też kilka osób, z którymi można prowadzić naprawdę ciekawe konwersacje! I nawet jeśli dzień był naprawdę kiepski, ale się o tym nie wspomni, to kilka wiadomości może sprawić, że dzień stanie się od razu lepszy!

Niestety te osoby zazwyczaj nie wiedzą, jak bardzo mi pomogły. Po kilku takich razach, zaczyna mi być głupio, że nie wiedzą i zaczynam rozmyślać nad napisaniem im, ile im zawdzięczam. W tedy dopiero zaczyna się zabawa!

Najpierw zastanawiam się, czy wypada w ogóle coś takiego napisać. Później, co napisać, żeby ta osoba to dobrze odebrała. Następnie, czy to na pewno wysłać. Piszę na brudno. Poprawiam błędy. Czytam jeszcze raz. Stwierdzam, że to bez sensu. Kasuję wszystko. Piszę jeszcze raz. Przestaję czuć wdzięczność, a jedynie frustrację. Denerwuję się. Próbuję jeszcze raz. Wychodzą w miarę składne zdania. Jestem zła, że byłam zła. Słodzę jeszcze bardziej, żeby wynagrodzić niczemu nieświadomej osobie jak bardzo mnie zdenerwowała. Wysyłam. Czytam jeszcze raz. Stwierdzam że to było głupie. Modlę się, żeby nastąpiła ogólnoświatowa awaria Internetu i żeby ta wiadomość nie doszła....

Jeszcze gorzej jest, kiedy jestem na kogoś konkretnego zła. Zazwyczaj oczywiście za jakieś poważne zbrodnie, typu: nie napisał do mnie, nie odpisał albo, o zgrozo, nie napisał tego co akurat potrzebowałam! W tedy zazwyczaj unoszę się honorem i stwierdzam: „Choćby się waliło i paliło, nie napiszę do niego/niej pierwsza!”. Im bardziej jestem zła na daną osobę, tym oczywiście krócej trwam w postanowieniu. Tutaj jednak wiem, że nie wypada pisać długich i obraźliwych wiadomości, opisujących jak bardzo zła jestem. Zazwyczaj ograniczam się do krótkiego, wrednego tekstu lub, jeśli ktoś szczególnie podpadł, do mrożącego krew w żyłach: „Co słychać?”. Niestety zauważyłam, że to nie przynosi spodziewanych efektów. Wręcz przeciwnie. Zazwyczaj kończy się to kacem moralnym („Przecież miałam nie pisać!”) a rzeczona osoba tak czy siak, nie zaczyna do mnie pisać sama z siebie...


Od pewnego czasu jednak Introwertyczny Koc robi postępy – zaczyna ROZMAWIAĆ z ludźmi. Nie PISAĆ do nich, ale właśnie rozmawiać.

Skąd w ogóle taki pomysł?!?!

Kilka miesięcy temu pewna osoba do której napisałam właśnie w tytułowym stanie spowodowanym zmęczeniem i późną godziną, zamiast mi odpisać, podeszła do mnie i zaczęła rozmawiać ze mną o tym, co napisałam. Muszę przyznać, że to był dla mnie szok: osoba do której piszę, nie jest tylko obrazkiem z nazwiskiem, koło którego pojawiają się literki! Ta osoba naprawdę istnieje! Zazwyczaj jakoś tego nie zauważałam – Internet to było jedno, rzeczywistość to drugie. I się nijak ze sobą nie łączyło. A tu nagle, to jedno i to samo!  W tedy stwierdziłam: „a może jednak by tak zacząć rozmawiać, z tymi prawdziwymi ludźmi?”.

Oczywiście to nie takie proste: ludzie sami nigdy nie zagadują, nie mają czasu, nie wiadomo jak zacząć, czy oni chcą rozmawiać, czy można o tym powiedzieć... W Internecie jest prościej. Piszesz, wysyłasz i już. A tu musisz oglądać reakcję tej osoby! Uhhh....

Na szczęście na swojej drodze spotkałam pewną niesamowitą osobę, która ma nadzwyczajny dar: potrafi rozpoznać, kiedy potrzebuję pogadać. Co ciekawe, nigdy nie daje po sobie poznać, że to widzi. Zazwyczaj zaczyna jakiś temat zupełnie nie związany ze mną i nagle w jakiś magiczny sposób okazuje się, że zaczynam opowiadać o tym, o czym akurat potrzebuję. A że jestem straszną gadułą, to schodzi godzina, druga, trzecia... Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś potrafił pisać ze mną 3h! Mało tego – przez te kilka godzin pisania nie byłabym w stanie powiedzieć i usłyszeć tyle co w trakcie rozmowy!

Oczywiście nadal są wśród moich bliższych i dalszych znajomych osoby, do których nie zadzwoniłabym/nie odezwałabym się choćbym miała pistolet przy głowie – ale napisać, napiszę. Może i na nich kiedyś przyjdzie czas, nie wiem. Jednak ta garstka, do których potrafię się odezwać – niesamowita sprawa, ile mi to daje! Tak więc powoli, Introwertyczny Koc przestaje być aż tak Introwertyczny. A to wszystko tylko i wyłącznie dzięki ... !

Ps. To wcale nie jest tak, że ten post powstał ze złudną nadzieją, że przeczytają to osoby, o których myślę, że powinny do mnie napisać i że nagle się same z siebie odezwą!