poniedziałek, 21 grudnia 2015
Co wydarzyła się w Krakowie, zostaje w Krakowie - po raz drugi!
Poprzedni post wzbudził wśród znajomych rewolucję. Jeszcze nigdy nie dostałam aż tylu wiadomości w ciągu kilku dni! Zbieg okoliczności? Czy może aż tyle osób czyta to moje marudzenie?
Wiem, że to już podchodzi pod całkowity brak skromności, ale miło mi za każdym razem, gdy słyszę, że ktoś to przeczytał. Dlatego możecie śmiało dawać znak, że Wam się podobało ;) Ale konstruktywna krytyka też jest mile widziana (przy okazji po raz kolejny, teraz publicznie, dziękuję osobie, która ostatnio mi powiedziała, co było do kitu).
Ale do rzeczy...
W sobotę wybraliśmy się z Przystanią do Krakowa. Dzieci zabrały kanapeczki do plecaczków, przyszły na dworzec, pani wszystkich policzyła i pojechaliśmy. Czułam się jak na szkolnej wycieczce z czasów podstawówki!
Zabawa zaczęła się już w pociągu. Najpierw niezobowiązująca rozmowa o chowaniu zwłok, później próby związywania śpiącym sznurówek, a na koniec dyskoteka, przy muzyce klasycznej. Do tego dorzućmy brak ogrzewania i opóźnienie z powodów technicznych i mamy przepis na idealną wycieczkę.
Zwiedzanie zaczęliśmy od zrobienia niebanalnego zdjęcia. Żeby było oryginalnie, tak jak jeszcze nikt do tej pory robił– podskoczymy. Jednak starość nie radość – strzelające kolana upewniły nas w przekonaniu, że kolejne zdjęcia powinniśmy robić bardziej statycznie. W międzyczasie nasza Wspaniała Pani Przewodnik zabawiała nas ciekawostkami o grubości murów Barbakanu.
Pogoda niestety nam nie dopisała - świecące prosto w oczy słońce sprawiło, że źle wychodziliśmy na zdjęciach.
Oprócz wspomnianego już Barbakanu pozwiedzaliśmy również kościoły. Niestety po piątym straciłam rachubę, ile ich było. Ale cóż się dziwić, jak się jedzie w takim towarzystwie...
Na obiad, po studencku, mieliśmy pizzę. Pizza jak pizza, dobra. Ale ta chwila, żeby usiąść i odpocząć, po kilku godzinach szaleńczego biegu po mieście... to dopiero radość!
Odwiedziliśmy również plac zabaw dla studentów – z samymi edukacyjnymi zabawkami. Posiłowaliśmy się z metalową kulką, pokręciliśmy południkami i pooglądaliśmy termometry. Ju-huuu!
Nawet droga powrotna minęła całkiem przyjemnie – pomimo że nie pozwolili mi siedzieć z dala od nich.
Skoro było tak fajnie, dlaczego chcę zostawić w Krakowie to, co się tam wydarzyło?
Kraków od zawsze był dla mnie takim miastem z marzeń. Prawdopodobnie jest to efekt kiczowatych komedii romantycznych, których akcja dzieje się właśnie tam (<3) , ale nie ważne. Od zawsze chciałam tam pojechać, pozwiedzać, zobaczyć jak to naprawdę wygląda. No i odświeżyć wspomnienia z wycieczki, na której byłam w tymże mieście w wieku 5 lat.
Taka okazja nadarzyła się rok temu – byłam na konferencji organizowanej przez AGH. Wykłady, przemówienia i inne takie, ale udało mi się też wyrwać na zwiedzanie miasta o wschodzie słońca oraz na nocne łażenie po ciemnych uliczkach. Temu wspomnieniu jednak brakuje uroku, ponieważ za wyjątkiem czasu zorganizowanego, wszystkie te wspaniałe rzeczy robiłam sama. Dlatego stwierdziłam, że dobrze będzie, jeśli to wspomnienie zostanie tam, a ja poczekam na kolejne.
Oczywiście nie wspominam nawet o tych wspomnieniach, które powinny zostać w Krakowie ze względu na poniżająco niski poziom, który sobą reprezentują... Chociaż pośmiać się z hmm... sympatycznego organizatora zawsze można. :D
No i stało się – pojechałam do Krakowa z ludźmi, którzy ostatnimi czasy są dla mnie najbliżsi (jakby nie patrzeć, poświęcam im więcej czasu i uwagi niż jakiejkolwiek innej osobie/rzeczy). Na prawdę cieszyłam się na ten wyjazd. Wiedziałam, że będzie trudno wytrzymać z nimi wszystkimi cały dzień, ale już o dłuższego czasu się wprawiam, więc stwierdziłam, że dam radę. Niestety, zmęczenie robi swoje. Człowiek najpierw mówi, potem myśli. A jak już myśli, to myśli za dużo. I zaczyna rozważać to, że może niepotrzebnie coś powiedział. I jest zdenerwowany, że to powiedział i ze zdenerwowania mówi coraz więcej rzeczy, których nie powinien. I znowu myśli... I tak właśnie psuje sobie humor bardzo skutecznie.
Do tego akurat tego dnia skończyła się energia w mojej szklanej kuli dla chomika, więc już całkowite combo.
Co zostało powiedziane, to zostało. Część bardziej prawdziwa, część mniej. Część powiedziana ze zdenerwowania, część po to, żeby kogoś zdenerwować. Pozostaje tylko nadzieja, że ludzie tego nie usłyszeli, nie przyłożyli do tego takiej wagi jak ja lub zdążyli zapomnieć. No i nadzieja, że to pozostanie w Krakowie.
Oczywiście nie było aż tak źle- są też pozytywy! Nikt nie próbował wysuszyć Wisły... Udało mi się porozmawiać z osobą, którą do tej pory znałam tak naprawdę tylko z imienia... I nawet udało mi się wytrzymać w postanowieniu adwentowym – nie byłam wredna dla żadnego księdza :D No i nikogo nie zgubiłam! Do tego, pomimo jechania na prawie pustym akumulatorze, udało mi się przez całą drogę z kimś rozmawiać! Czasem bardziej poważnie, czasem mniej, momentami już niektórzy wyraźnie mieli mnie dość – ale ani ja od nikogo z krzykiem nie uciekłam, ani nikt ode mnie, więc można to uznać za sukces.
Mimo wszystko, to co się wydarzyło w Krakowie, niech tam pozostanie, a ja czekam na kolejną możliwość wyjazdu tam i zrobienia go, tym razem „tak jak należy”.
Ktoś chce jechać ze mną? :D
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz