niedziela, 23 października 2016

Miedzy nami wariatami


„Siedzi psychiatra na dyżurze – nudno, cicho, wariaci śpią. Nagle otwierają się cicho drzwi i wpełza na kolanach człowiek omotany w coś – w zębach, na rękach, nogach i jeszcze parę metrów tego za sobą ciągnie. Doktor zagaduje:
- O... żmijka mała do nas przyszła... Co żmijko, jak ci pomóc?
Człowieczek bulgocze coś i kiwa przecząco głową.
- To może żółwik jesteś? Co? Jesteś małym żółwikiem?
Człowieczek znów kręci głową.
- To może mały robaczek, co się właśnie wykluwa z kokonu?
W końcu człowiek wypluwa to co ma w zębach:
- Panie, co Pan! Jestem wasz admin sieciowy, kable rozciągam!”

Ten kawał słyszałam już w dzieciństwie i zawsze mnie bawił. Dziś jednak stał on się dla mnie natchnieniem do napisania posta – nie ma to jak awansować ze zwykłej opowiastki, do muzy! ;)

Jakiś czas temu pisałam ze znajomym na chacie. Powiedziałam mu, że mam wolny dzień, więc jadę ze znajomymi w górki – pociąg o 7 rano, szybki spacer na szczyt, o 22 jestem z powrotem we Wrocławiu. Odpisał mi, że jestem szalona. Tydzień później poinformowałam go, że mam znowu wolne, więc zabieram ze sobą koleżankę i jedziemy zwiedzać zamek, oddalony od Wrocławia o godzinę drogi. Wtedy również stwierdził, że jestem nienormalna. Oba te sformułowania zostały użyte w kontekście jak najbardziej pozytywnym – miały zapewne oznaczać, że nie jestem nudnym człowiekiem, a kimś kto się wybija z tłumu. Kimś, komu należy się pewnego rodzaju podziw za to, że jest nieszablonowy tak, słodzę sobie ;p 
Z drugiej strony, spróbujcie powiedzieć przypadkowej osobie na ulicy - „Jesteś nienormalny!”. Zabrzmi to raczej jak oblega. Będzie to oznaczało, że ktoś zachowuje się inaczej niż się powinno. Że robi coś, czego nie powinien. Że powinien zacząć zachowywać się inaczej. Zatem, czy słowo „nienormalny” jest określeniem pozytywnym czy negatywnym?

Chciałam sprawdzić w słowniku, jak definiuje się osobę nienormalną. Jedyne co znalazłam, to stwierdzenie, że „nienormalny” to „taki, który odbiega od pewnej normy”. No trudno, nie bardzo mi to pomogło. Kliknęłam więc w odnośnik do hasła „normalny”. Dowiedziałam się, że „normalny, czyli zgodny z normą, uchodzący za taki jaki powinien być, najczęściej spotykany, typowy, zdrowy psychicznie i fizycznie”. Z tego wynika, że chyba powinnam się obrazić, na stwierdzenie kolegi, że jestem nienormalna...

Pozostaje jednak jedno, dość istotne pytanie: jak wygląda norma, od której odbiegają nienormalni?

Wpadła mi ostatnio w ręce książka pod tytułem „Nowe uzależnienia”. Sama w sobie jest raczej kiepska (nie polecam), ale zwrócił moją uwagę jeden rozdział – o uzależnieniu od telefonu. Według autora, jednym z objawów uzależnienia od komórki jest niewyłączanie jej na noc... Szczerze mówiąc to by sugerowało, że 99% osób, z którymi mam kontakt (w tym ja) jest uzależnionych, czyli nie do końca pasujących do normy. Jeśli jednak prawie wszyscy są „nienormalni”, to może wtedy bycie normalnym jest nienormalne?... To taki trochę dylemacik, który towarzyszy mi od zawsze, który często pojawia się na moim blogu, a nikt nie potrafi mi na niego odpowiedzieć :(

Wiadomym jest ostatnio mój ulubiony zwrot – stosuję go za każdym razem, gdy nie mogę znaleźć źródła do czegoś w pracy inżynierskiej ;) , że strasznie dużo zależy od towarzystwa, w jakim się obracamy – to co wśród jednych ludzi będzie normalne, dla innych będzie najzwyczajniej dziwne. Tak jak dla doktora z kawału „normalni” byli pacjenci utożsamiający się ze zwierzętami, tak dla mnie normalni są ludzie, którzy spędzają przed komputerem kilka godzin dziennie według tej cudownej książki, to tez nie jest normalne ;) .

Miałam kiedyś sąsiada. Potrafił on godzinami odbijać małą piłeczkę od ściany i ją łapać, odbijać i łapać, odbijać i łapać, odbijać... Zawsze moi rodzice mówili, że coś z nim jest nie tak. Bo to nie jest normalne, żeby człowiek potrafił aż tak długo zająć się piłeczką. Taki tam epizodzik, ale przypomniałam sobie o nim dopiero wtedy, kiedy złapałam się na tym, że od pół godziny się przed biurkiem z piłeczką w dłoni i odbijam ją od ściany ;)

Zabawnie było uświadomić sobie, że jest się nienormalnym. A doświadczyłam tego jeszcze jeden raz w tym tygodniu... Wiele osób wie, że raczej nie jestem duszą towarzystwa. Ci, którzy żyją bliżej mnie nawet wiedzą skąd to wynika – z lęku przed byciem ocenionym negatywnie, przed wyśmianiem itd.. Tak samo, większość obcujących ze mną ma świadomość, że mam tendencję do odbierania zwrotów typu „ładna bluzka” jako „Co Ty na siebie ubrałaś?! Wyglądasz tragicznie!”. Dla mnie zawsze było to moje normalne zachowanie – tak jest, tak było i tak będzie, więc jest to dla mnie pewnego rodzaju norma. Wczoraj wieczorem przeczytałam, że coś podobnego nazywa się zaburzeniem osobowości i że to się leczy. No cóż – w takim razie czeka mnie już tylko biały kaftan i pokój bez klamek ;) Generalnie przechodzę ostatnio przez syndrom studenta pierwszego roku medycyny – czytam książkę o psychologii, i wyłapuję u siebie objawy WSZYSTKICH opisanych w niej schorzeń i zaburzeń.

„- Wiesz, przeczytałem ostatnio, że alkohol szkodzi...
- I co zrobiłeś?
- Przestałem czytać.”

To chyba dość dobra metoda ;)


Mieliśmy niedawno w duszpasterstwie gości, Anię i Kamila. To młode małżeństwo, które poświęciło miesiąc urlopu, żeby wybrać się na wycieczkę – z plecakiem ważącym prawie tyle co oni, żywiąc się liofilizowanymi owocami, nocując w namiocie, bez dostępu do prysznica, zwiedzili Patagonię. Szaleni...
Zaczął się Tydzień Misyjny, więc wspomnę też o innych ludziach, których poznałam jakiś czas temu, i którzy podbili moje serce. Studenci, lub młodzi zaraz po studiach, w ramach wolontariatu rzucają wszystko, by wyjechać na kilka miesięcy do krajów misyjnych (Liberia, Indie i wiele innych ciekawych miejsc), by tam pomagać najuboższym poprzez swoją pracę. No tych też bym nie zaliczyła do ludzi spełniających normy.

Czy oni wszyscy są normalni? Ani trochę! Ale tu myślę oczywiście o pozytywnym znaczeniu. Są raczej takimi pozytywnymi szaleńcami. I myślę, że każdy z nas ma w sobie taką cząstkę „dobrej nienormalności”, która sprawia, że jesteśmy inni niż wszyscy i jest nam z tym dobrze, jak i tej „złej nienormalności”, która czasem powoduje, że patrzą na nas kątem oka i zastanawiają się, do którego specjalisty nas odesłać. I parafrazując cytat o wilkach, to od nas zależy, którą z tych nienormalności „nakarmimy”. Czy pozwolimy sobie na bycie innymi i robienie tego, na co inni nie mają odwagi? Czy może przestaniemy nad sobą pracować i staniemy się dziwakami? A może będziemy do bólu zwykli i normalni?

No cóż, cokolwiek nie wybierzesz, na pewno będzie to dobra decyzja :)


sobota, 17 września 2016

Mój pierwszy raz

Gdy pierwszy raz wróciłam z Obozu w Białym Dunajcu napisałam posta, który osiągnął szczyty popularności – żaden post wcześniej ani później nie był udostępniany i czytany aż tyle razy. Przyznaję, trochę to próżne tak się tym chwalić, ale no po prostu był bardzo dobry i nie da się tego ukryć ;P  Rok później próbowałam osiągnąć ten sam efekt, jednak z marnym skutkiem... Dlatego też zastanawiałam się bardzo długo, czy w tym roku w ogóle pisać o obozie. W końcu zostało już powiedziane wszystko. Mogłabym tylko wkleić jeszcze raz link dla przypomnienia i na tym zakończyć. W końcu jest trochę osób, które jeszcze tego nie czytały: wzrosłaby liczba przeczytań, może nawet kilka udostepnień by doszło. A i po co psuć sobie reptuację słabymi postami? ;) 
Mimo wszystko postanowiłam zaryzykować i napisać posta o tegorocznym Białym. Dlaczego? Ponieważ pomimo że byłam tam już po raz trzeci, dopiero teraz odkryłam, o co w tym wszystkim chodzi. I nawet jeśli nie będzie tak dobry jak pierwszy, to i tak się nim pochwalę, a co! Tak więc proszę państwa, mój pierwszy raz z Białym:

Dla mnie Biały zaczął się już w okolicy grudnia. Było zastanawianie się nad kadrą, telefon do gazdy w sprawie terminu obozu, czytanie poradników od Pomocnego Starszego Kolegi, ulotki, promocja, wyjazd integracyjny Kadry… Pomimo że do obozu było tyle czasu, czułam że ten temat ciągle jest przy mnie. Może nie jakoś szczególnie natrętny, ale cały czas obecny. W telefonie miałam włączony licznik pokazujący ile jeszcze dni do obozu. 200, 100 czy nawet 60 to ciągle wydawała mi się wieczność – nie ma czym się stresować, teraz są ważniejsze sprawy, Białym zajmiemy się gdy będzie do niego bliżej. Panika zaczęła się, gdy licznik wskazał 14 dni. Przecież to tylko dwa tygodnie! A ja dalej nic nie wiem! Nic nie ogarniam! Nic nie przygotowane! To będzie porażka!

Już wiele miesięcy przed Obozem postanowiliśmy, że tematem chaty będzie przedszkole. Koncepcja genialna w swojej prostocie – pluszowe miśki, worki na kapcie, klocki… Niby wszystko fajnie, tylko dlaczego to ja mam być dyrektorem tego przedszkola?! Standardowo już pewna osoba musiała słuchać godzinami, jak to ja bardzo się nie nadaję, że nie uda mi się, że to dla mnie za trudne... czy ja za dużo nie marudzę?.... Jednak teraz było o tyle przyjemniej, że ta osóbka miała pojechać ze mną i mogłam jej marudzić 24/7, zamiast nabijać kolejne godziny na rachunek telefoniczny. Miła odmiana ;) 

Prawdziwe przygotowania zaczęły się już około tygodnia przed rozpoczęciem obozu: razem z moimi Kulturnymi spisałyśmy listę zakupów. 15 worków na kapcie (ale takich kolorowych, inne dla dziewczynek i inne dla chłopców), kolorowanki (takie dla dzieci 2-3 lata, to nic że w przedszkolu ma się 5 lat), naklejki za dobre zachowanie (miały być uśmiechy, ale przecież te biedronki są taaaaaakie słodkie! A te owocki takie kolorowe! Weźmy je wszystkie!), ołówek na pasowanie (czyli rzecz użyta tylko raz podczas całego obozu, ale przecież to nic, kupimy, bo jak bez niego przedszkole?!), samochodziki, laleczki, piłeczki i mnóstwo innych pierdółek. Później trzeba było przejść się po milionie sklepów, bo nigdzie nie mogłyśmy znaleźć worków. W międzyczasie rozstawałam się z kolejnymi banknotami, z niejasnym przeczuciem o nazwie „czy ja właściwie dobrze robię?”. Na szczęście moje sumienie dość szybko pozwoliło mi się dać przekonać, że to Kulturne decydują, co kupujemy i że w razie czego będzie na nie ;) 

Kolejnym trudnym krokiem był telefon do Gazdy. Wszyscy doskonale wiedzą, że nienawidzę dzwonić. Po prostu paraliżuje mnie, kiedy mam wyciągnąć komórkę i kliknąć „połącz”. No ale jak mus to mus: „Tak, przyjedzie nas tylu i tylu, będziemy wtedy i wtedy. Pa”. Efekt: bijące serce, trzęsące się dłonie i uśmiech na twarzy z powodu dobrze wykonanego zadania. I zaraz potem telefon do Małego Misia: „Zadzwoniłam do Gazdy, jesteś dumna?”. Swoją drogą, cokolwiek bym nie zrobiła, od razu chwaliłam się tym Małemu Misiowi czekając na stwierdzenie, że jest dumna. Dzięki temu było trochę łatwiej… Ale marny mój los, kiedy nie zrobiłam czegoś, co powinnam! Zaraz dostawałam informację zwrotną w stylu, że Mały Miś nie jest zadowolony i że szybciutko mam zrobić to co powinnam bo jak nie… Ah ta motywacja ;)

Było jeszcze kilka trudnych chwil, ale w przeciągu tych dwóch tygodni zdążyłam już o nich praktycznie zapomnieć. Dużo ciekawsze były te wyjątkowo dobre chwile, których wspomnienie, pomimo upływu czasu nie zatarło się jeszcze… Oto przykład takiego szczególnie istotnego: 
Po tym, jak rok temu z powodu takiej, a nie innej pogody zmuszona byłam do chodzenia po dolinkach i trasach spacerowych, z nieukrywaną radością przyjęłam możliwość pójścia na Szpiglas. W końcu coś wyższego niż budynek, w którym mieszkamy! Przyznaję, trochę się bałam – dawno nigdzie nie chodziłam, trasy nie znam, ze mną idą ludzie których dobrze znam, więc tak wstyd nie dać rady… Co będzie jak nie dam rady?... Tak, wiem, znowu marudzenie. Chyba pora nad tym popracować… Ostatecznie jednak się udało. Trasa miała wszystko, czego potrzebowałam do odpoczynku: podejście, które wybiło mi powietrze z płuc, kawałek skałki, gdzie trzeba było myśleć o tym, gdzie postawić nogę, i łańcuchy, które nie były tam tylko do ozdoby. Pomimo trudu fizycznego, po tej trasie wróciłam wypoczęta jak jeszcze nigdy – wszystkie problemy zostały na górze, na dół zabrałam pusty bagaż. I była to trasa prawie idealna. 
Prawie?
W ciągu całego obozu tylko jedna okazała się być lepszą: Dolina Kościeliska. Co prawda nie do końca miałam ochotę tam iść, ale była to jedna z nielicznych okazji do spacerku na trasie z Małym Misiem. No i obiecałam. I nie chciałam żeby turystyczni się marnowali na takich trasach. Więc ostatecznie poszłam. Pomijam już kaskadę żartów, która się wywiązała przy okazji mojego pójścia na dolinki (w tym roku się nie zgubiłam!). Spacerek tempem zawrotnym – przerywany postojami na selfie i ciasteczko oraz okraszony komentarzami na temat przystojnego górala w budce (czasówka dwa razy wolniej niż planowana), trasa którą znam już praktycznie na pamięć, widoki może i piękne, ale nijak mające się do tych oglądanych ze szczytów… Na koniec trasy drzemka pod gołym niebem na polance, ze słońcem grzejącym w twarz i wiaterkiem rozdmuchującym włosy. Obok Mały Miś, którego mruczenie przez sen roznosi się po całej polanie. Czego chcieć więcej? I nie mówię tego z ironią. Pomimo że zupełnie inna, to trasa zyskała miano najlepszej. Dawno nie śmiałam się tyle, co wtedy. Były rozmowy, było nabijanie się z innych, było i narzekanie. Był czas na odpoczynek, na nieprzejmowanie się niczym, na całkowity i stuprocentowy relaks. I o ile ze Szpiglasa wróciłam z pustym plecakiem, to po tej trasie do chaty zaniosłam swój wypełniony po brzegi dobrym humorem. 
I dopiero w tym roku odkryłam, że nie ważne jest gdzie idziesz i dokąd zmierzasz. Zdecydowanie ważniejsze jest z kim idziesz i po co tam idziesz. Ale mi to mądrze wyszło! 


I właśnie ta trasa była kluczem do odkrycia, o co naprawdę chodzi w tym Obozie… Gdy byłam tam pierwszy raz, nie znałam zupełnie nikogo. Co prawda pomimo trudności w nawiązywaniu kontaktów dość szybko znalazłam kilka towarzyskich duszyczek, z którymi mogłam rozmawiać... Ale to wszystko to byli Nowi Ludzie. Sympatyczni, przyjaźni, pomocni, ale to jednak nie to. Drugi raz pojechałam z ludźmi, których znałam z poprzedniego wyjazdu. Z większością zdarzyło mi się zobaczyć kilka razy w duszpasterstwie, z kilkoma osobami pisałam sporo na facebooku, jednak z nikim nie nawiązała się jakaś szczególnie mega-super-hiper przyjaźń - co najwyżej całkiem bliska znajomość. W tym roku miało być inaczej – ze starej ekipy nie jechał prawie nikt. Miałam przeżyć całe dwa tygodnie bez tych osób, z którymi to się zaczęło. Miałam wrażenie, że to się nie uda. Bo byłam pewna, że tak naprawdę obóz tworzą ludzie, którzy tam są i że to dzięki nim to wygląda jak wygląda. Więc jak może się udać, jeśli ich nie będzie? Tak, tak, znowu marudzenie.  Co prawda sporo z nich obiecało, że nas odwiedzi na chwilę, ale jednak to nie to samo. Otuchy dodawało mi jedynie to, że miało jechać sporo bliskich mi osób, które co prawda do tej pory z obozem nie miały nic wspólnego, ale w ciągu roku spędziliśmy mnóstwo wspólnych chwil w duszpasterstwie: razem organizowaliśmy rekolekcje, nocowanie w Przystani czy nawet zwykłe wieczory przy herbacie. Długo zastanawiałam się, jak to będzie przenieść te relacje z Wrocławia na grunt Białego Dunajca. Bo do tej pory to były dla mnie osobne światy - Obóz i Wrocław. 
Jeszcze zanim dojechała reszta uczestników dalej mnie to bawi ;)  i siedzieliśmy z samą tylko kadrą naprzeciwko wielkiego napisu „Pod różowym wielorybkiem” poczułam, że ci ludzie również należą do tego miejsca. Że to dzięki nim ten obóz będzie najbardziej wyjątkowy ze wszystkich, ponieważ przeżyliśmy razem dużo, z wieloma rzeczami sobie poradziliśmy i że tym razem będzie dokładnie tak samo. 
I w sumie - nie pomyliłam się. Pomimo że to był pierwszy raz z tymi ludźmi, był to zdecydowanie najlepszy ze wszystkich dotychczasowych obozów. Chociaż miło było, gdy odwiedzały nas osoby z poprzednich obozów! A kilka takich cżłowieków w sumie się przewinęło :D 

Zatem po tym trzecim, ale jednak pierwszym razie, jaka jest moja recepta na udany obóz?
Pojechać tam z przyjaciółmi. Tylko w ten sposób wszystko może się udać :) 

Tak, wiem - LIZUS! ;)


piątek, 12 sierpnia 2016

Przerwa na reklamę

Sierpień od wielu lat jest miesiącem, w którym moje życie staje troszkę na głowie.

Co roku już kilka dni wcześniej pakuję plecak, zabieram śpiworek i przygotowuję się psychicznie do przejścia 300 km, aby tylko dotrzeć do Częstochowy. Od chyba 6 lat jest to już taką niepisaną tradycją. W tym roku jednak wyszło tak, że oprócz wymienionego ekwipunku spakowałam jeszcze namiot. Przyszła pora na pożegnanie się z Amarantami (chociaż na szczęście udało mi się przejść z nimi chociaż ten pierwszy dzień) i rozpoczęcie przygody z Czwóreczką.

Co prawda tutaj kilometrów troszkę mniej (według moich obliczeń około 200 km), ale mimo to wszystko przerażało mnie niewyobrażalnie. Współczuję temu biednemu Człowiekowi, który musiał słuchać mojego marudzenia: "Ale ja nigdy nie spałam w namiocie! A jak nie będę umiała go rozłożyć? Przecież ja tam prawie nikogo nie znam! I miałam rok przerwy! A jak nie dam rady? I nie wiem, co mam spakować! I ja się boję. I nigdzie nie idę! Może odpuszczę?".
 Oczywiście to, co się wydarzyło na pielgrzymce mógłby ten człowiek podsumować tylko i wyłącznie słowami: "A nie mówiłam?". Namiot okazał się samorozkładający, i nawet nie aż tak niewygodny jak sie obawiałam. Znajomych twarzy zobaczyłam więcej niż na mojej pielgrzymce (chociaż teraz trudno określić, która jest "moja", a która "ta druga"), a jeszcze drugie tyle nowych osób poznałam. Rok przerwy nic nie zmienił - dalej brak pęcherzy czy odcisków - jednak tropiciele, EDK, BD i inne takie zadbały o moją kondycję :) Spakowane może i było trochę za dużo rzeczy, ale na szczęście gdzieś obok zawsze znalazł się jakiś silny mężczyzna, który pomagał przy dźwiganiu torby z ciężarówki ;)

Czy tutaj podobało mi się bardziej niż na mojej? Z bólem serca przyznaję, że tak. Amaranty, wybaczcie...  Chociaż może być to efekt tego, że było po prostu zupełnie inaczej, a do swojej pielgrzymki jednak już przywykłam... trudno powiedzieć :)

Co było inaczej?

Po pierwsze - z racji tego, że śpimy w namiotach, dostęp do prądu był zdecydowanie ograniczony. Trzeba było więc ograniczyć pisanie SMSów, wydzwanianie i siedzenie na fb tak, tak, to właśnie było ograniczanie telefonu. Aż strach pomyśleć ile go używam na codzień, prawda? ;) . Oczywiście całkiem z niego zrezygnować nie mogłam. Musiałam przecież mieć kontakt z kimś, komu mogę marudzić. A zadanie tej osoby też nie było łatwe. Przez pierwsze dni musiała wysłuchiwać po kilkanaście razy dziennie: "Nie będę robić żadnych durnych krzyżyków na czole! Nie będę robić z siebie debila! Nie będę się bawić w żaden chrzest pielgrzymkowy! Nie będę spiewać! A już na pewno nie pokazywać! Nie! Żadnej belgijki! Nie będę do nikogo pisać. Nie będę do nikogo się odzywać. Nie będę z nikim rozmawiać!".  A to wszystko tylko po to, żeby po kilku dniach usłyszeć: "Tak, dzisiaj zrobiłam aż 6 krzyżyków. I nawet robiłam z siebie debila. I tak, chrzest mi się podobał. Tak, śpiewałam, pokazywałam, i nawet byłam przy mikrofonie. Tak, rozmawiałam z nim. Tak, załatwiłam co miałam załatwić. Taaaaaaaaak, miałaś rację.". Chociaż nie, to ostatnie nigdy by mi przez gardło nie przeszło ;)

Kolejna rzecz, która wyglądała zupełnie inaczej to ludzie. Chociaż może "wyglądała" to w tym wypadku trochę niezgrabne sformułowanie - bo ludzie wyglądali dokładnie tak samo. I tu i tu mieli pęcherze i odciski, a mimo to również i uśmiechy na twarzach. Na obu pielgrzymkach mieli plecaki, na obu śpiewali, na obu narzekali. Zupełnie inne były jednak tworzące się relacje. Tutaj już  pierwszego dnia poznałam sporo osób. Chociaż to pewnie przez jasno wydane przez tego, który mnie tam zaciągnął polecenie do jedno z porządkowych: "To jest Gosia, zaopiekuj się nią". Kolega miał trochę obowiązków, więc przekazał mnie pod opiekę kolejnemu. Ten z kolei postawił mnie przed resztą grupy i już wszyscy wiedzieli, że jestem nowa i że trzeba się mną zająć. Nie powiem, było to bardzo miłe. Chociaż duże znaczenie miała również ilość czasu, którą spędzaliśmy wczyscy razem. Bo jednak nie rozstawaliśmy się zaraz po dotarciu do bazy noclegowej, tylko czekał nas jeszcze wspólny spacer w poszukiwaniu prysznica, około godziny "robienia z siebie debili" podczas apelu, później jeszcze rozmowy przed namiotem. Mam wrażenie, że jednak coś takiego bardzo sprzyja nawiązywaniu znajomości. A ludzie do nawiązywania znajomości byli wspaniali! Samo już to, że o większości z nich miałam okazję wcześniej usłyszeć. Część z nich widywałam już kiedyś na zdjęciach. Miałam więc wrażenie, jakbym trafiła do ludzi, których znam. A trafiło się i kilka osób, które już kiedyś poznałam oraz osób, które znałam, a których zupełnie się tam nie spodziewałam i bardzo miło było ich spotkać (a jedną z tych osób nawet i 3 razy!).
Zupełnie inna była też atmosfera na trasie. Ci, którzy mnie chociaż trochę znają wiedzą, że moim ulubionym zajęciem jest nierzucanie się w oczy, siedzenie cichutko jak mysz pod miotłą, i udawanie że mnie nie ma. Tutaj niestety było to niemożliwe. Nie dość, że odnoszę wrażenie, że byliśmy najbardziej charkaterystyczną, najbardziej rozpoznawalną i najgłośniejszą grupą, koło której nie dało się przejść obojętnie, to jeszcze gdy tylko próbowałam chociaż na chwilę wejść do mojej szklanej kuli dla chomika, to od razu ktoś podchodził, chwytał mocno za rękę i siłą z niej wyciągał, lub też przychodził, i tak długo w nią pukał pytaniami "Czy wszystko ok?", aż zrezygnowana sama z niej wychodziłam. Tak więc nauczka na przyszłość - nie zabierać ze sobą szklanej kuli na tą pielgrzymkę.

Zupełnie inne było też "zakończenie" pielgrzymki.  Na "mojej" pielgrzymce zawsze zaczynaliśmy od kilkugodzinnego oczekiwania pod Jasną Górą na wejście. Już wtedy człowiek zaczynał mieć dość i zastanawiał się, jak się stamtąd wymknąć. Gdy już wszyscy się wynudzili za wszystkie czasy, wszystkie grupy zostały zaprezentowane, wchodziliśmy do kaplicy, gdzie czekała nas ponad 2-godzinna Msza, na której odsypiało się wszystkie za krótkie noce. W dodatku był to dzień, w którym robiliśmy tylko kilka kilometrów, więc fizycznie nie byliśmy zmęczeni, a jedynie zgrzani, spoceni i martwiący się nad tym, skąd odebrać bagaż zaraz po Mszy. Zatem dochodzilam na tą Jasną Górę i zupełnie zapominałam, dlaczego tu jestem...
Tutaj w dniu wejścia było podobnie. Powiedziałabym nawet, że identycznie.

Na szczęście był jeszcze ten poprzedni dzień. Ostatni nocleg mieliśmy już w Częstochowie. I jakoś tak wyszło, że pomimo zarzekania się że nigdzie nie pójdę, jednak wybrałam się na Apel na Jasną Górę. Ludzi tam nie było jeszcze tak dużo - dosłownie garstka. Wszystko było idealnie widać, nikt się nie przepychał. Było jakoś tak bardziej... intymnie. I zaczęłam się zastanawiać, po co ja tu właściwie przyszłam. Po co zmarnowałam tydzień czasu. Po co wydałam mnóstwo pieniędzy na plastry, bandaże, porządny plecak i buty. Po co lazłam taki kawał, skoro można było wsiąść w pociąg i być tam po 4.5h. Po co to wszystko?

Z jednej strony to wspaniała odskocznia od codzienności. Lubię czasem się wyrwać, gdzieś połazić. Ale przecież równie dobrze mogłam robić te kilometry po okolicznych lasach i wioskach, które są nawet całkiem ładne. Może po to, żeby spędzić ten czas z niektórymi osobami? Fakt, to był jeden z głównych powodów dla których poszłam z tą pielgrzymką, a nie swoją. Ale pójść i tak bym przecież poszła... Po to, żeby odpocząć? Psychicznie na pewno. Fizycznie to trochę wątpliwy odpoczynek. W jakiejś konkretnej intencji, żeby coś się wydarzyło? Nie do końca. Moje intencje co roku dotyczą raczej uporządkowania pewnych spraw, a te same rozmyślania które do tego prowadzą można przecież wykonać w łózeczku, patrząc w sufit. Po co zatem?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Po prostu w pielgrzymkach jest COŚ, co nie pozwala mi na nie nie pójść. Jest COŚ, co mnie do nich ciągnie. I czym jest to COŚ wie chyba każdy, kto chociaż raz poszedł. I chociażbym napisała i 3 razy dłuższego posta, to ten kto nie był, i tak nie zrozumie czym jest to COŚ. Bardzo chcesz wiedzieć, co to jest COŚ? Nie pozostaje zatem nic innego, niż samemu spakować plecak i pójść w przyszłym roku :)

Czy coś po tej pielgrzymce się zmieniło? To jest pytanie, które zawsze sobie zadaję po powrocie do domu. Cóż - aureolki jak nie było tak nie ma, skrzydełek też nie czuję. Nie mam potrzeby nabijania kilometrów "bo nogi się przyzwyczaiły i trzeba gdzieś iść". Więc niby wszystko jest jak było. Ale tylko niby. Na każdej pielgrzymce dzieją się rzeczy, które zmuszają do przemyśleń. A po owocach tych przemyśleń, już nic nie jest takie samo...  Nie jasno? Tak właśnie ma być. Bo sama nie wiem, co konkretnie jest inaczej. To po prostu kwestia tego małego ludzika, który siedzi gdzieś troszkę powyżej wątroby, i teraz uśmiecha się nieznacznie, kiwa głową i cichutko szepce: "Dobra robota".

I teraz to co najważniejsze: Dziękuję.  Po pierwsze tym wszystkim ludkom, którzy w autobusie prawie rok temu! zaczęli mi opowiadać o tej pielgrzymce, i tak długo mnie dręczyli, aż w końcu powiedziałam że pójdę z nimi. Dziękuję tym wszystkim, którzy byli gotowi pomóc z namiotem, z bagażami. Tym, którzy co chwila pukali do mojej szklanej kuli i zapraszali zmuszali do wyjścia z niej. Tym, którzy tak uparcie pilnowali żbym jadła, nawet kiedy nie mam ochoty. Tym, którzy byli i spędzili ze mną ten czas - bo rozmowa z każdym z Was wiele wniosła. No i oczywiście tej biednej Osóbce, która musiała po drugiej stronie słuchawki słuchać mojego marudzenia. Najbardziej jednak dziękuję tej osobie, której nie obchodziło, że nie chcę siedzieć z nimi, że nie chcę się narzucać, że nie chcę jeść, że w zasadzie to nic nie chcę, i mimo mojego marudzenia uparcie kazała mi być grzecznym dzieckiem ;)

Wietrzymy skarpety po cięzkiej trasie ;)

U celu - wypoczęci i szczęśliwi!

Wszyscy mogli się ładnie ubrać, tylko Rakicka jak zwykle nie...

sobota, 11 czerwca 2016

Diabeł tkwi w szczegółach

"Nie ma zncazeina kojnoleść ltier skadającyłch się na dane sołwo. Wanże jset tyklo to, żbey pirewsza i osatntia lteria były na soiwm mijsecu; ptzosaołe mgoą być w cakowłitym niedzłaie, a mimo to nadal nie ponwinśimy meić prombleów z pczerzytaenim tego tesktu".

Swojego czasu była to dość popularna w Internetach ciekawostka. Pokazuje nam, jak działa nasz mózg - by ułatwić sobie pracę i oszczędzać energię, doszukuje się w tekście tego, co dla niego istotne, a resztę - dopowiada. Przyznaję, to bardzo przydatna umiejętność, jeśli chodzi o czytanie. Natomiast niezwykle kiepska, gdy zaczynamy ją stosować również w relacjach z ludźmi. 

Znajoma zawsze opowiadała mi historię, kiedy to czekała na pociąg na dworcu i podeszła do niej pewna kobieta - typowy stały bywalec dworca, od razu widać, że bezdomna. Słowem, człowiek od którego zazwyczaj się odsuwamy i modlimy się, by nie siadł za blisko. Co prawda nie wyglądała na pijaną, ale jednak mimo wszystko... Lepiej żeby nie podchodziła. Co się będzie zadawać z menelami, jeszcze ktoś pomyśli, że ją zna. 
Nie wiem, jak to się stało, ale znajoma zaczęła rozmawiać z tą Panią. Okazało się, że Pani żyło się kiedyś całkiem nieźle. Miała spore mieszkanie, jakoś jej się wiodło. Co prawda zmarł jej mąż, ale razem z synem sobie radzili. Pewnego dnia, po długich namowach, przepisała mieszkanie na syna. Nie minęło wiele czasu, chłopak wyrzucił matkę z mieszkania, a ta musiała zamieszkać na dworcu.  Kobieta nie pije, nie żebrze, stara się chodzić czysta. A jednak jest narażona na ciągłe wytykanie palcami, oceniania w taki a nie inny sposób. Smutna sytuacja. Ale tak właśnie działa nasz mózg - czego nie wie, to dopowie.


Podczas jednych z wakacji poznałam kolegę. Byliśmy wtedy dzieciakami. Chłopak ten chodził ubrany bardzo dziwnie. Zazwyczaj miał na sobie "babskie" ciuchy. Długo zastanawiałam się, co z nim nie tak. Co prawda jako dziecko nie miałam aż takich tendencji do oceniania, ale jednak strasznie zaprzątało mi to głowę. Często z innymi znajomymi go obgadywaliśmy, nabijaliśmy się. Później dowiedziałam się, o co chodziło - chłopak pochodził z bardzo biednej rodziny i po prostu musiał nosić ubrania po starszych siostrach. 
Teraz, z perspektywy czasu, mam tylko nadzieję na to, że nasze drwiny nigdy do niego nie dotarły. Bo jednak to my zakwalifikowaliśmy go jako "gorszego", tak na prawdę nie mając ku temu żadnej podstawy. A smutno by było, gdyby okazało się, że przez nas dalej czuje się gorszy... Bo nie wykluczone, że tak właśnie skończyła się ta historia. 


Też stosunkowo niedawno doświadczyłam, jak bardzo można się pomylić oceniając innych po pozorach. Zobaczyłam dwie dziewczyny wychodzące razem z łazienki. Jedna trzymała, praktycznie obejmowała drugą. Moje pierwsza myśl: "Ale mają tupet! Tak we dwie, razem, w biały dzień...". Dopiero po chwili zauważyłam, że jedna z nich bardzo niepewnie idzie, ciągle trzymając rękę na ścianie. Okazało się, że była niewidoma i potrzebowała pomocy siostry. Tutaj też mózg zrobił mi psikusa i zinterpretował sytuację "po swojemu". 
Od tamtej pory staram się jednak nie udawać, że wszystko rozumiem. Pomimo, że pierwsze skojarzenie jest takie a nie inne - menel, pedał, kujon, plastik - staram się brać poprawkę na to, że może tylko mi się tak wydaje. A nawet jeśli jestem pewna, że się nie mylę, tak czy siak staram się zachować opinię dla siebie. No bo w gruncie rzeczy... Po co cały świat ma wiedzieć, co myślę? No i jednak zawsze istnieje ryzyko, że jednak nie mam racji i mogę strasznie urazić tą osobę. Bo te trzy sytuacje - w gruncie rzeczy, niby nic wielkiego się nie stało. Ot, zła ocena sytuacji, mylne pozory. Każdemu może się zdarzyć. Co jednak by się stało, gdybym zanim zrozumiałam sytuację, powiedziała dziewczynom, co o tym myślę? 

Może by zareagowały śmiechem i wytłumaczyły mi sytuację... 

Spróbuj jednak wyobrazić sobie osobę, która aż do przesady bierze pod uwagę zdanie innych. Osobę, dla której największą porażką jest to, gdy ktoś zwróci jej uwagę.  Osobę, która godzinami zastanawia się, co ktoś może pomyśleć o niej. Osobę, której głupio kupić zapalniczkę, bo boi się, że ktoś jeszcze pomyśli, że pali. Osobę, która każdą, nawet najmniejszą krytykę, rozpamiętuje przez kolejne tygodnie.
A teraz wyobraź sobie, że to właśnie taką osobę źle oceniłeś. Że to właśnie jej powiedziałeś co myślisz. Gdyby taką osobą była tamta dziewczyna, jak myślisz, czy kiedykolwiek jeszcze by pomogła siostrze? Czy raczej stwierdziłaby, że to powoduje niepotrzebne gadanie, i zrezygnowałaby z tego? Czy przeszłaby nad tym do porządku dziennego? Czy może siedziałaby godzinami i zastanawiała się, dlaczego ktoś pomyślał tak, a nie inaczej? 

Różne są sytuacje. Często mózg sam nasuwa nam odpowiednie szczegóły historii, którą widzi. Starajmy się jednak nie udawać, że wszystko wiemy i wszystko rozumiemy. Bo w ten sposób, można kogoś bardzo mocno zniszczyć. 
Więc jeśli już oceniasz, zatrzymaj to lepiej dla siebie, sprawdź czy Twój mózg dobrze to ocenił, ewentualnie zapytaj. Bo złe słowo może boleć. Tak samo działają plotki. Póki trafiają na osobę, która potrafi mieć je w głębokim poważaniu, nie ma problemu. Jednak gdy trafi na kogoś innego, można się bardzo zdziwić tym, jak bardzo ktoś się tym przejął. 

Długo zastanawiałam się,czy napisać tego posta. Wiem, że niektóre osoby mogą go odebrać jako przytyk lub wypominanie czegokolwiek. Ale nie o to w tym chodzi - na szczęście jakoś jeszcze radzę sobie z głupim gadaniem. Chociaż przyznaję, pozbieranie się do kupy zajęło mi w sumie pięć dni. Pięć dni myślenia po nocach, pięć dni zastanawiania się czy ludzie faktycznie tak myślą, pięć dni unikania wzroku innych na korytarzu, pięć dni kiedy mózg nie potrafił się skupić na niczym innym, pięć dni małej, prywatnej tragedii. Teraz już jest dobrze (za co dziękuję tym, którzy potrafili pomóc),  ale niech to będzie forma przestrogi, bo kiedyś można z (nie)celną uwagą trafić na kogoś innego i zobaczyć tragiczny finał takiej historii...

piątek, 1 kwietnia 2016

"Pamiętaj o mnie nie tylko w potrzebie"

Zacznę od wytłumaczenia się - tytuł posta nie jest mój. Ale ciągle wyświetla mi się w "obserwowanych blogach" - jest to tytuł ukradziony z wpisu sprzed chyba roku...  Od Kogoś kto wspominał, że może wróci do pisania, a tego nie zrobił! Na swoje usprawiedliwienie mam tyko tyle, że pomimo takiego samego tytułu, treść będzie zupełnie inna :)

Robiłam ostatnio porządki w pokoju. Przeglądałam kartony, w których jest wszystko to, co "kiedyś się przyda", miliony zapisanych kartek "do których kiedyś wrócę", pamiątki z jednego czy drugiego wyjazdu, dowody na to kim kiedyś byłam i czym się zajmowałam... Mnóstwo różnych rzeczy. Jednak najbardziej spodobały mi się pamiętniki, które znalazłam.
Były wśród nich zarówno takie, które pisałam ołówkiem, koślawymi literami, jeszcze będąc w pierwszych klasach podstawówki. Były zapiski z gimnazjum. Były wrażenia z pierwszego dnia zajęć w liceum. Był opis każdego dnia mojej pierwszej pielgrzymki. Był dziennik z Białego Dunajca... Zarówno notatki z ważnych dla mnie wydarzeń, z ciężkich dni, kiedy wszystko było do kitu, z dni kiedy było wspaniale, i ze zwykłych dni, wyglądających jak każdy inny. Czytając to wszystko, kilka razy zastanowiłam się, czy to na pewno ja pisałam. Jak mogłam myśleć w ten sposób?! Przecież to było głupie! Dlaczego tak w tedy się tym przejmowałam?!
W większości przypadków jednak, wspomnienia stawały przed oczami jak żywe. Te wszystkie miejsca, sytuacje, ludzie... W pewnym momencie złapał mnie niesamowity smutek.
Dlaczego?
Uświadomiłam sobie, że prawie wszystkie te osoby, które miały dla mnie na tyle wielkie znaczenie, że pojawiały się w tych zapiskach, te który były wtedy tak ważne... że ich już nie ma. I co gorsza (wiem, okropnie to zabrzmi, ale taka jest prawda) one nadal są. W sensie, nadal istnieją, żyją (w większości) i mają się dobrze. Jednak te kontakty gdzieś się pourywały z biegiem lat.
Zawsze zazdrościłam ludziom, którzy mieli przyjaciół "od piaskownicy". Którzy byli razem tyle lat i nadal ze sobą wytrzymują. Mi niestety nie było dane tego doświadczyć - może z powodu tylu przeprowadzek, może z powodu mojego charakteru. Zawsze się zastanawiałam jak to jest żyć z kimś, kto zna Cię na wylot. Bo przecież tak musi być po tylu latach. I zawsze wściekałam się na to, że ja nie potrafię tych kontaktów zachować. Że one zawsze się gdzieś urywają, nikną.
Ale odkryłam ostatnio ciekawy typ ludzi - takich, którzy co prawda nie znają mnie długo, ale czasami mam wrażenie, jakby znali mnie lepiej niż ja sama siebie znam. Są to ludzie, którzy po tak krótkim czasie znajomości wiedzą praktycznie wszystko - zupełnie jakby wychowywali się na tym samym podwórku. Zabawne doświadczenie.
Niestety (w większości - nie wszyscy!)  są to jednocześnie ludzie, którzy praktycznie wtargnęli w moje życie. Nie było ich, i nagle się pojawi, zajmując niesamowitą jego część. Smutno jednak się robi, kiedy ktoś taki nagle przestaje tą częścią być. Wbija się, robi zamieszanie, a potem jak gdyby nigdy nic ulatnia się...

Ale post miał być o zupełnie innych ludziach...!

Mówi się, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Na pewno trochę prawdy w tym jest. I w sumie podążając tym tropem, mam mnóstwo przyjaciół. Na prawdę.
Jestem świadoma tego, że do wielu osób mogłabym napisać w środku nocy, że coś się dzieje, albo że potrzebuję pomocy, albo cokolwiek, a oni postawiliby świat do góry nogami i pomogli. Cudowna sprawa.
Niestety, jak na ironię, wszystko przestaje być aż tak kolorowo, kiedy jest dobrze! Kiedy nie potrzebuję pomocy, kiedy nie dzieje się nic złego - wtedy jest strasznie mało osób chętnych do kontaktu. Nie wiem jak to działa. Ale jest to dla mnie co najmniej dziwne.
O co mi chodzi?
Bo jeśli piszę do kogoś z zapytaniem "co słychać?" i nie dostaję odpowiedzi, albo dostaję coś w stylu "jest ok" i koniec tematu, ale po napisaniu że mam problem, dostaję od razu całą ofertę opcji pomocy, to coś jest chyba nie tak.
Bo czasami jest tak, że człowiek nie potrzebuje pomocy w niczym konkretnym. I w sumie nawet nie wie, że potrzebuje jakiejkolwiek pomocy. Albo że potrzebuje czegokolwiek. Albo że potrzebuje kogokolwiek. Jest mu jakoś "nie tak", ale nie wie dlaczego. I wtedy wystarczyłaby by sama obecność. Samo zapytanie od czasu do czasu "Co słychać?". Zwykłe przypomnienie "pamiętam o Twoim istnieniu".  To na prawdę czasami potrafi zdziałać cuda.

Dlatego "pamiętaj o mnie nie tylko w potrzebie". Nie tylko w tedy, kiedy jest u mnie nie tak jak powinno. Pamiętaj o mnie też w tedy, kiedy jest dobrze. Bo fajnie jest z kimś dzielić nie tylko to, co jest do kitu, ale też to, co jest super. I w sumie to, co jest całkowicie zwyczajne też :)




Coś się popsuło chyba i musiałam wstawić jakikolwiek obrazek, bo inaczej posty publikowane na facebooku "nie wyglądają". Więc niech będzie taki o :)

sobota, 12 marca 2016

"(...) Warto żyć estremalnie"


„Tak to czasem w życiu bywa...”, że człowiek bierze się za rzeczy, o których nie ma zielonego pojęcia i później jest zdziwiony, że mu to nie wchodzi. Że próbuje jeden raz, drugi, trzeci, a mimo wszystko-  jest nie tak jak powinno. I wtedy nadchodzi taki moment zwątpienia we własne siły. 
W moim przypadku lekarstwem na to jest po prostu odniesienie jakiegoś sukcesu. Oczywiście najłatwiej to osiągnąć w czymś, na czym się człowiek zna. Zatem po serii porażek, postanowiłam "coś" zrobić. Początkowo był pomysł, żeby spakować plecak i pojechać w Bieszczady. Ale co to za sukces? Padło więc na inny typ łażenia – Ekstremalna Droga Krzyżowa. Bajer polega na tym, żeby nocą przejść trasę ok. 50 km, kończąc to podejściem na Ślężę. Bułka z masłem! A, byłabym zapomniała! Żeby było jeszcze weselej to przez całą drogę nie wolno się odzywać i dobrze byłoby myśleć nad mądrymi rozważaniami, w które nas zaopatrzyli. Milusio!

No ale jak wyzwanie to wyzwanie.

Cała noc myślenia to dużo - szczególnie jak na mnie. Niestety nie pamiętam wszystkich mądrych wniosków, do jakich doszłam. Jednak tematem przewodnim EDK było bycie liderem. Czyli temat ostatnio dla mnie dość problematyczny, żeby nie powiedzieć, że nawet irytujący. Do tego dorzućmy „umartwienie” w postaci spotkania osoby, której się nie chciało tego dnia widzieć, deszcz i troszkę zarwaną poprzednią noc, i mamy idealny przepis na wspaniały wieczór!

Tematów do rozmyślań było sporo. Zgodnie z zaleceniami – 14. Jedne przeszły bez echa, ale inne ciągle plączą mi się po głowie. Jedne nadają się do przedstawienia ogółowi ludzkości, inne lepiej żeby zostały w środku, dając jedynie owoce, bez wspominania, z jakiego nasiona powstały (kurczę, zbyt dużo przenośni w ostatnim czasie chyba używam...).

Taki temacik, który już nie raz pojawiał się na moim blogu, a mimo to ciągle jest niewyczerpany, to temat małych gestów, które dla jednej osoby są tylko zwykłym SMSem czy uśmiechem, ale dla kogoś innego mogą one znaczyć znacznie więcej. Szczególnie zauważyłam to podczas Drogi.
Stojąc na jednym z przejść, jeszcze we Wrocławiu, spojrzałam na Współlokatorkę, która to notabene mnie nakłoniła do pójścia na trasę (swoją drogą zabawne – to tylko 2 tygodnie mieszkania w jednym pokoju, ale Współlokatorką zostanie chyba na zawsze). Nie mogliśmy rozmawiać, ale wystarczyło jej spojrzenie połączone z uśmiechem, które znaczyło mniej więcej: „Jest spoko, jeszcze się trzymam. Ty też dasz radę”. No dobra, nie wiem, czy to to miało oznaczać, ale tak mniej więcej to odczytałam. I ot, taka drobnostka. Zwykły uśmiech. A od razu człowiekowi lepiej się idzie.
Inny przykład – SMSy, które dostawałam przez całą drogę. Może pisanie ich nie do końca było zgodne z regułą milczenia... I w sumie to przez gapienie się w ekran telefonu kilka razy wpadłam w błoto aż za kostki... Ale to było miłe, gdy ktoś co chwila pytał, jak się trzymam, czy daję radę i jeszcze bardziej utwierdzał mnie w przekonaniu, że nie mam wyjścia – muszę dać radę.
Równie mili byli ludzie, którzy dzisiaj popołudniu, tudzież wieczorem, pisali do mnie, aby zapytać jak było. Zostałam szczerze,bardzo mocno i bardzo pozytywnie zaskoczona. Okazuje się, że to chyba tylko ja tak mam, że ludzie mi coś mówią, a ja od razu zapominam. Inny jak widać pamiętają, i nawet się tym interesują!
Nie potrafię w sumie opowiedzieć ile tego typu drobne gesty znaczą dla mnie. Ale są bardzo istotne. Bo mogłoby się wydawać – ot, co takiego, że napiszę wiadomość na fb? Otóż, właśnie to, że jest to na tyle ważne dla mnie, że aż piszę o tym w poście! ;)

Kolejny temat, który długo nie dawał mi spokoju to właśnie temat wyzwań. I tutaj niestety nie mogę dojść ze soba do porozumienia w żadnym stopniu. Jeszcze niedawno uparcie twierdziłam, że dobre są metody małych kroczków: spełnianie małych marzeń, celów, bo sprawiają mnóstwo radości, a trudniej o porażkę, łatwiej zrealizować i w ogóle same plusy – odsyłam do poprzedniego posta, gdzie chyba lepiej wyjaśnilam o co mi chodzi.
Niestety ostatnio ciągle przewija mi się temat wybierania najłatwiejszej drogi. Że nie powinniśmy tego robić. Że trzeba mierzyć wysoko. Nawet jeśli wydaje nam się, że nie jesteśmy w stanie. Bo tak naprawdę tym, co nas ogranicza, jesteśmy my sami. Czy zatem dążyć tylko do tych wielkich marzeń? Nie przejmować się takimi drobnymi szczęściami, jak puszka coli i od razu celować w upolowanie całej cysterny? Fajnie by było osiągnąć coś lepszego! Tylko że w trudnych zadaniach..... jest trudniej. Czyli jest większe prawdopodobieństwo, że się coś nie uda. Czyli porażka. A porażka to jest coś, czego nie lubimy. Więc zrezygnować? Żeby nie było porażki? I skupić się na małych celach? A może jest jakiś Złoty Środek? Wybierać tylko zadania średniej trudności? I być średnim?.... 




Zawsze uważałam, że ze wszystkich trzech magicznych słów najtrudniejsze jest „przepraszam”. Bo oznacza przyznanie się do tego, ze nawaliliśmy, że coś zrobiliśmy nie tak, że generalnie skopaliśmy coś. No i jeszcze do niedawna trudno było, żeby przeszło mi przez gardło. No bo jak to? Moja wina? Niemożliwe! 
O słowie „dziękuję” już nawet kiedyś było osobny post. Więc o tym jakie jest ważne, ale i czasem trudne,  już było.
Ale jak często nie doceniamy słowa „proszę!”. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że chyba prosić nie umiem jeszcze bardziej niż przepraszać. Przecież ja miałabym sobie z czymś nie poradzić? Nie potrzebuję niczyjej pomocy, dam sobie radę, o nic się prosić nie będę. Prosi się świnia, dwa razy do roku podobno, jak mawialiśmy w podstawówce. I nawet wikipedia potwierdza – 2.5 – 2.8 raza w roku :D
A gdyby tak zacząć się uczyć współpracy? Schować trochę dumy do kieszeni i umieć powiedzieć: „ Proszę cię o pomoc”, „Potrzebuję Twojej pomocy”? Ufff... Trudne!

Po zakończeniu trasy odebrali mnie znajomi (myślę, że byłoby to miejsce na pokadzenie w stylu „moje ulubione małżeństwo” albo coś podobnego – w końcu, gdyby nie Oni, wróciłabym do domu pół dnia później). Siedząc w samochodzie rozmawialiśmy o EDK. I padło pytanie, a raczej stwierdzenie: „Pewnie napiszesz na blogu jak było?” . Więc tak, napiszę :D

Trasa sama w sobie była przecudowna. Jednak chodzenie to jest coś, co Kocyki lubią najbardziej. Dużo lepiej się myśli, jak się idzie. Pewnie stąd też te wieczorne spacery... Ale do rzeczy. Było zmęczenie. Nie takie jak na Tropicielu, kiedy to nie miałam nawet jak ruszyć nogą, żeby zrobić krok w stronę mety. Takie raczej – zdrowe zmęczenie. Mięśnie trochę bolą, pęcherz na stopie uwiera, płuca nie nadążają, ale idzie się dalej. Chociaż przyznaję – był jeden ciężki moment. Śmiem twierdzić, że udało mi się usnąć.... idąc! Tego jeszcze nie było – spałam przy muzyce tak głośnej, że obudziłaby trupa, podczas rozwieszania nade mną antylunatykowych amuletów czy podczas przenoszenia mnie z pociągu do pociągu. Ale idąc?! 
Cudowny był też śnieg na Ślęży. Przepiękne widoki. A schodzenie... poezja! Ci, którzy byli ze mną w górach wiedzą, jak idzie mi schodzenie i, że zdecydowanie wolę robić to swoim tempem. Wiadomo jednak, że idąc z grupą trzeba troszkę się dostosować, nie zostawać za bardzo w tyle, ani zbytnio z przodu. Szczególnie, gdy jest się turystycznym... Tutaj schodziłam całkiem sama. Nie musiałam na nikogo się oglądać, na nikogo czekać, mogłam robić to tak, jak uważam za stosowane. I nawet nie zgubiłam szlaku! Jaka to była frajda! Dawno się tak dobrze nie bawiłam, przeskakując nad spływającą strumieniami wodą, z kamienia na kamień, próbując się nie poślizgnąć, ewentualnie wpadając po kolana w śnieg, gdy trzeba było kogoś przepuścić. Ah... 

Trasę uważam za udaną. Wróciłam zmęczona, ale szczęśliwa, podbudowana, odstresowana, zmotywowana i jeszcze do tego... nie wiem jakiego słowa użyć... przemyślana?

Polecam :D

A za tydzień powtórka z rozrywki, tylko na innej trasie: Bielawa – Bardo :)

niedziela, 6 marca 2016

Co ma marzenie do szczęścia?!

       Każdy z nas ma jakieś marzenia. I podobno spełnianie ich to jedna z ważniejszych rzeczy w naszym życiu – każde spełnione marzenie daje nam szczęście i mobilizuje nas do dalszej pracy nad sobą w celu spełniania kolejnych marzeń. I kółko się toczy, sami siebie napędzamy, jest fajnie.  Tylko czy na pewno „tak to działa”? To spełnione marzenia dają nam szczęście? Czy może jednak to, że włożyliśmy tyle trudu, pracy i dzięki temu się udało? Czy gdyby marzenie spełniło się samo, czy nadal tak by cieszyło?

    Czy zwracałeś kiedyś uwagę na to, z iloma (Iloma? tak to się odmienia? Jakoś dziwnie wygląda...) osobami w ciągu dnia rozmawiasz? Zakładając, że „dzień dobry”, „poproszę trzy chleby” oraz „tak, Panie Profesorze” to już "rozmawiasz", codziennie w naszym życiu zagadujemy dziesiątki osób. No dobra, może nie dziesiątki, ale tak czy siak jest ich dość sporo. Ale o ilu takich rozmowach pamiętamy wieczorem? Tydzień później? Miesiąc? W takim razie wyrzućmy te wszystkie osoby, z którymi tylko wymieniamy pojedyncze zdania i weźmy pod uwagę te, z którymi Rozmawiamy. Z którymi nawiązujemy konkretny dialog. O tym, co słychać,o pogodzie, o wykładzie, o sytuacji politycznej mniejszości religijnych w Republice Południowej Afryki czy o czymkolwiek innym. Ile takich osób naliczymy? W moim przypadku, w gorszym dniu 5-6, w lepszym - tak czy siak zawsze jakaś chociaż jedna się znajdzie. I ile TAKICH kontaktów zapada nam w pamięć? Zdecydowanie większy procent. Logiczne. Są więc rozmowy, które wylatują mi z głowy od razu (czasem nawet jeszcze przed końcem tej rozmowy). Są takie, które pamiętam do końca dnia i wracam do nich jeszcze podczas robienia obiadu czy powrotu z uczelni, i długo myślę o nich, ale następnego dnia przestają mieć znaczenie. Są też rozmowy, które zostają w głowie na zawsze.
Czasami zastanawiam się, dlaczego akurat ta, a nie inna rozmowa utkwiła mi w pamięci. Nie mówię oczywiście o tych ważnych, które zmieniły coś w moim życiu. Bo to zupełnie inny kaliber. Mówię o rozmowach, które tak naprawdę nie poruszały jakiś ważnych tematów, nie wpłynęły znacząco na moje życie, nie skompromitowałam się w nich na tyle, żeby to roztrząsać, nic wyjątkowego podczas nich się nie wydarzyło... Dlaczego więc ciągle gdzieś wracają?
Właśnie tego typu rozmowa przytrafiła mi się ostatnio. Niby nic wielkiego - prosta pogaduszka w trakcie spaceru. Żadnych ambitnych tematów. W trakcie rozmowy, ona sama w sobie nie była jakoś szczególnie istotna. Padło raptem kilka zdań, później temat jakoś sam przeszedł w inny. Czyli całkowicie - NIC SZCZEGÓLNEGO (poza oczywiście towarzystwem ;) ) . Jednak przez kolejne kilka dni, zdania, które padły, tłukły mi się po głowie. Co więcej, z każdym dniem zaczęły się pojawiać kolejne argumenty, pomysły w tym temacie i już trochę nawet zaczęłam prowadzić dialog sama ze sobą. I oto co wymyśliłam...

Wszystko zaczęło się chyba od stwierdzenia, że kiedy mogę zamknąć się w swoich własnych czterech ścianach, nakryć kocem i nikogo nie oglądać przez cały dzień, to czuję się szczęśliwa. Jako odpowiedź dostałam argument, że to nie do końca jest szczęście. Bo szczęściem nazywamy zazwyczaj to, czego nam brakuje. Czyli gdybym miała święty spokój cały czas, nie cieszyłoby mnie to tak bardzo. Ciekawe stwierdzenie. Początkowo nawet się z nim zgodziłam (to, że powiedziałam że się nie zgadzam, to zupełnie inna bajka! Nie można przecież w trakcie dyskusji ot tak po prostu zgodzić się z rozmówcą, szczególnie jeśli jest się kobietą). Jednak im dłużej o tym myślę, tym bardziej się z tym stwierdzeniem nie zgadzam.

Zauważyłam bowiem u siebie troszkę inną tendencję. Zwykle szczęściem nazywam to, co akurat mam. I nie chodzi mi teraz o pokazanie: patrzcie, tak powinniście robić! Cieszcie się z tego co macie! Nie. Raczej nazwałabym to „oszukiwaniem” siebie i wmawianiem sobie, że jesteśmy szczęśliwi.
Były momenty w życiu, kiedy miałam garstkę jakiś swoich przyjaciół. Wtedy uważałam, że jeśli człowiek ma kilku przyjaciół, to jest idealnie – bo ma z kim porozmawiać, ale nie jest uzależniony od jednej osoby. Kiedy nadszedł czas, że miałam tylko jedną bliską mi osobę, zwykłam żyć w przekonaniu, że jest to idealne rozwiązanie – w końcu mam kogoś, kto mnie zna, rozumie, komu mogę powiedzieć wszystko. A że jest to tylko jedna osoba, to tym lepiej, bo to właśnie na niej mogę się skupić. W międzyczasie nastał okres, kiedy nagle musiałam zajmować się mnóstwem rzeczy naraz – milion obowiązków, każde z innego źródła, sen spędzany w nocy z powiek z powodu terminów, itd. I wtedy uważałam, że jestem szczęśliwa, ponieważ kiedy człowiek ma dużo pracy, to nie ma czasu na głupoty, ponieważ czuję się potrzebna, ważna itd. Aż wreszcie nastał czas, kiedy odcięłam się od świata, zamknęłam w swoich czterech ścianach, bez dostępu do ludzi, nie robiąc zupełnie nic. Wtedy też byłam szczęśliwa. Bo przecież mogę odpocząć, nikt mi nie zawraca głowy, nikt mnie nie denerwuje, nie jestem od nikogo zależna, nie muszę się martwić tym, co kto pomyśli – no bo dlaczego ktoś miałby o mnie pomyśleć, skoro mnie nie ma? I w każdej z tych sytuacji byłam szczęśliwa. W końcu, kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. A ja naprawdę chciałam być szczęśliwa. Więc czemu by tego szczęścia sobie nie wmówić? Ważne, że działa.
Żeby nie było... To nie jest tak, że ja sobie wmawiałam: Sytuacja jest taka i taka, masz być szczęśliwa, bo ona jest idealna. To działa jakoś bardziej podświadomie: Zobacz, jest tak i tak. I zobacz jak jest fajnie.
Po czym więc poznać, że to nie jest to?
W moim przypadku zawsze po jakimś czasie pojawia się myśl: A może to jest do kitu? Może jednak nie tak powinno wyglądać życie? Może powinnam coś zmienić?
I to chyba ta chęć zmiany pokazuje, że jednak nie jest się tak do końca szczęśliwym.
Czym więc jest szczęście?
Jak powinna wyglądać sytuacja, żeby chcieć stwierdzić: „Jest super! Nic nie zmieniam! Jestem szczęśliwa!”?
Chętnie bym poznała odpowiedź, bo sama nie mam pomysłu. Ale gdyby się udało osiągnąć to szczęście, a właściwie to Szczęście, pisane przez wielkie S... Ciekawe jakby człowiek się wtedy czuł? Skoro takie małe, chwilowe szczęścia dają tyle radości...

Swoją drogą to jest też ciekawe. Bo szczęściem można nazwać swoją ogólną sytuację. Ale też szczęściem często zwykłam nazywać takie chwilowe stany. Na przykład ostatnio definicją szczęścia była dla mnie gorąca pizzerka z Trumienki, popijana zimną puszką coli (nic to, że głupia puszka kosztowała mnie całe 5 zł). I wtedy autentycznie byłam szczęśliwa. Fakt, po godzinie o tym szczęściu zapomniałam, ale to inna sprawa. No właśnie, i takie małe szczęścia nazywamy używając tego samego słowa, gdy opisujemy sytuację składającą się z  stabilnej sytuacji finansowej połączonej z kochającą rodziną i wspaniałymi przyjaciółmi. Czy to nie zabawne?
Dlatego ja bym to rozdzieliła. Te takie małe szczęścia, jak puszka coli czy dobra książka w chłodny zimowy wieczór, to szczęście. Natomiast ogólna sytuacja, ten całokształt taki, to będzie Szczęście.

Wiadomo, że zarówno do szczęścia jak i Szczęścia człowiek w jakiś tam sposób dąży. Tylko to pierwsze zdecydowanie łatwiej osiągnąć. A co jeszcze ciekawsze, dużo bardziej cieszy!
Jak to: gorąca pizzerka cieszy cię bardziej niż kochająca rodzina?!
Można tak powiedzieć... Bo kochającą rodzinę, pieniądze na koncie czy przyjaciela mam ciągle (no dobra, pieniądze to może nie ciągle). Więc po pewnym czasie przestaję to zauważać. A kiedy przestaję coś zauważać, to to przestaje cieszyć. I odwrotnie: jeśli tego wszystkiego nie mam, i dążę do tego, żeby to wszystko osiągnąć, to jest niesamowicie frustrujące, kiedy nam to nie wychodzi, kiedy się nie układa, kiedy znowu wszystko się wali. I tyle z tego Szczęścia mamy.
A te malutkie, drobne przyjemności? Przypomnij sobie, jak się czujesz, gdy wyjdziesz na uczelnię bez śniadania, zapomnisz kasy z domu, więc nawet nie masz jak kupić sobie bułki, w brzuchu burczy, a tu jeszcze trzeba wysiedzieć na wykładzie... I wracasz do domku, a tam już na klatce schodowej niesie się zapach twoich ulubionych kotletów (nie wiem, czy kotlety mogą być aż tak aromatyczne? Może raczej to jakaś zupa tak pachnie? Albo frytki. O tak, frytkami zawsze pachniało na całej klatce....). I siadasz przy stole, patrzysz na ten pełny talerz, i co czujesz? No szczęście, jak nic. I to takie, że masakra.

No dobra, tu muszę się trochę zgodzić. Nazywamy szczęściem ten obiad, colę czy cokolwiek innego, bo nam tego brakowało przez cały dzień (przyznaję rację!). Ale w przypadku Szczęścia ta wspominania na początku  definicja zupełnie się nie sprawdza. Tu z góry wiemy co jest Szczęściem – nie możemy powiedzieć, że jest nim to, czego nam brakuje. Tu jest matematycznie – albo mamy to i to, albo nie mamy. Albo więc jesteśmy Szczęśliwi albo nie...

No dobra, to wyszły takie przemyślenia. Trochę zagmatwane, trochę poplątane, ale po prostu temat jest tak głęboki, tak obszerny i tak ciekawy, że nie potrafię tego jakoś lepiej poukładać.
Ale może warto się zastanowić, co jest szczęściem dla mnie? W tej konkretnej chwili?
Czy coś, co już mam i cieszę się z tego i dlatego jest to szczęściem? Czy może coś, czego mi brakuje? Co chcę mieć?

Ja (nie zaczynamy zdania od "ja!") na przykład w tym momencie siedzę pod cieplutką kołderką, z gorącą herbatą w dłoni, zmęczona  po aktywnym weekendzie, ale mimo wszystko z uśmiechem na twarzy. I jestem Szczęśliwa – wszystko idzie jak trzeba, brzuszek jest pełny, mam dookoła siebie wspaniałych ludzi, z którymi mogłam spędzić te minione 3 dni, miałam okazję pochodzić po górkach (i schodzić własnym tempem! jupi!) , jutro nie muszę wcześnie wstawać, dostałam kilka miłych wiadomości od ludzi, obejrzałam zdjęcia z ostatniej wycieczki, które przywołując wspomnienia, wywołały uśmiech na mojej twarzy...  Jeszcze tydzień temu nie powiedziałabym, że coś takiego może mnie uszczęśliwić. Na pewno nie to było moimi marzeniami. I do tego teraz zdecydowanie nie mogłabym  nazwać kocyka i czterech ścian szczęściem!  Ale puszką coli bym nie pogardziła ;)


poniedziałek, 15 lutego 2016

Drugie spełnione marzenie


Śmiem twierdzić, że to były najlepsze Walentynki w tym roku. A do tego jedne z najciekawszych Walentynek od kiedy tylko sięgam pamięcią :)

Dzień zaczął się jakże przepięknie – od pobudki o 6:30. Kolejnego dnia miał się odbyć ostatni w tej sesji egzamin, a chciałam być we Wrocławiu na tyle wcześnie, by cokolwiek się jeszcze douczyć (oczywiście ostatecznie się nie uczyłam, ale to już inna sprawa). Tak więc na wpół przytomna wpakowałam się do auta, dałam się wywieźć na dworzec i wsadzić do pociągu. Grypsko, którym zostałam przed weekendem szczodrze obdarowana niestety nie sprzyjało ogarnięciu. Na szczęście w pociągu było na tyle mało osób, że mogłam usiąść sobie grzecznie na samym końcu przedziału i nie przyciągać aż tak często morderczych spojrzeń współpasażerów, którym chyba nie podobał się mój koncert kaszlowy. Tak minęło pierwsze 1,5 h. Później przesiadka w Zielonej Górze.
Szczerze żałuję, że miałam tylko godzinę do odjazdu mojego pociągu. Strasznie mnie korciło odwiedzenie okolic Ogrodu Botanicznego, albo chociaż Palmiarni... W końcu, sporo pięknych wspomnień wiąże się z tymi miejscami, a w taki dzień jak ten, człowiek robi się szczególnie sentymentalny...
Druga część podróży była jeszcze przyjemniejsza – 3 h z laptopem na kolanach i telefonem w ręku. 3 h pisania listu, SMSów i wiadomości na facebooku. I postanowienie wielkopostne, żeby więcej z ludźmi rozmawiać, a mniej pisać wzięło w łeb... No nic to.

Kolejnym przyjemnym punktem dnia okazał się być obiad (chociaż gdyby Mamusia usłyszała, że na niedzielny obiad jem nuggetsy to dumna ze mnie by raczej nie była...). Tylu ludzi w jednym miejscu dawno nie widziałam... Kolejki do kina, do McDonalda, do KFC, wszędzie. Rozumiem, że Walentynki, ale.... serio? Romantyczny wieczór przy podwójnym cheeseburgerze i coli, wśród setek ludzi dookoła i kiepskiej muzyce, przerywanej reklamami, puszczanej z głośników? Ale o gustach się nie dyskutuje – jak ktoś lubi, to czemu nie.

Ale co z tym obiadem? Dlaczego był taki przyjemny? Poza oczywiście walorami smakowymi nuggetsów....

Otóż nie byłam tam sama. Co więcej, nie byłam tam nawet ze swoją drugą połówką, jak większość otaczających mnie ludzi. Ba, nie byłam nawet z facetem. Muszę przyznać, że to dla mnie dość abstrakcyjne doświadczenie, umówić się z kimś na obiad ot tak, po prostu, bez głębszego powodu czy przymusu, żeby spędzić wspólnie czas, pogadać. No dobra, może jeszcze bym to zrozumiała, gdyby była to osoba, której nie widziałam wieki, a w sumie trzeba coś jeść, więc może by... Ale w momencie, kiedy jest to osoba, którą widziałam 2h wcześniej, którą będę widzieć jutro, pojutrze i w sumie ostatnio to widuję ją na okrągło... W dodatku ta osoba siedzi naprzeciwko mnie, rozmawia ze mną (nota bene nawet całkiem mądrze, nie tylko o pierdołach) i wcale nie ma zamiaru uciekać, gdzie pieprz rośnie. No kosmos totalny. Dziwne doświadczenie, ale ciekawe. I muszę przyznać, że chyba zaczynają mi się podobać takie akcje. Chyba, że to tylko wina uzależniającej chemii zawartej w jedzeniu z McDonalda i tak naprawdę to do niego mnie ciągnie.

Wieczorem standardowo już – Przystań. I spotkanie ze Skarbami. Co prawda tym razem bez tworzenia Loży Szyderców, ale i tak było miło. Szczególnie, kiedy widziałam bezgraniczną wręcz radość, podchodzącą pod głupawkę, wynikającą z faktu patrzenia na Serduszka. Przyznaję, dawno nie byłam tak dumna z siebie – udało mi się uszczęśliwić dwie osoby naraz i to na dobrych kilka godzin. Niesamowitą radość daje dawanie radości :D

Ale kluczowy moment nastąpił koło 20:00. Komuś przypomniało się, że obiecałam sobie, że tego dnia zrealizuję kolejne marzenie z mojej listy: napić się coli.

Ok. Może to nie jest jakieś mocno wygórowane marzenie. Miliardy ludzi piją codziennie colę i nikt z tego nie robi sensacji. A u mnie to urasta do rangi celu do wykonania. O co chodzi?!

Ci, którzy mieli ze mną do czynienia na I roku studiów oraz na wakacjach między I a II rokiem zapewne kojarzą, że był to czas, kiedy nie dało się mnie zobaczyć bez butelki coli pod ręką. Stwierdziłam, że chyba mam problem, gdy na pielgrzymce, kiedy wszyscy odpoczywali z nogami w górze, ja latałam po okolicy, szukając sklepu, gdzie mogę uzupełnić zapasy tego zacnego trunku. I jakoś tak we wrześniu narodziło się postanowienie – nic pić coli przez 2 tygodnie. Łatwo było sobie wmówić, dlaczego nie powinnam. W końcu to góry, a w górach cola to nie jest najbardziej polecany napój, bla bla bla. I w sumie udało się bez większych problemów (szczerze mówiąc, to nawet za bardzo nie było kiedy iść do sklepu po cokolwiek, więc nie kusiło). Dwa tygodnie minęły, a ja stwierdziłam, że skoro wytrzymałam 2 tygodnie, to może i miesiąc wytrzymam? A skoro miesiąc, to może i pół roku? I jakoś tak wyszło, że od 1,5 roku nie piję (coli. Bo pić to mi się zdarza, ale to już insza bajka). Spisując listę marzeń stwierdziłam, że wystarczy już tego umartwiania się. W końcu, wszystko jest dla ludzi. Tylko żal było zerwać z tak długą abstynencją ot tak, bez okazji. A Walentynki są idealną okazją do porozpieszczania siebie... I w sumie tutaj kończy się opis spełnionego marzenia. Wypiłam, żyję, i tyle. Szczerze mówiąc, nie wiem co ja widziałam w tej coli ;) Ale kolejne marzenie odhaczone. Jeszcze tylko 10! :)

Tak jak wspomniałam, tegoroczne Walentynki były jednymi z sympatyczniejszych w moim życiu. Ale dzień po uważam osobiście za jeden z lepszych dni od.... w sumie od bardzo dawna.

Jest takie popularne hasło: „Spraw, aby każdy dzień miał szansę się stać najpiękniejszym dniem twojego życia”. W moim przypadku to kilka osób sprawiło, bo ten dzień mógł się takim stać...

Co ciekawe, 15.02 to Dzień Singla – nie wiedziałam o tym, szczerze mówiąc. Tak więc poświętowałam, a później dowiedziałam się z jakiej okazji ;)

Dzień zaczął się od przeczytania przemiłej wiadomości na facebooku. Czy można zacząć dzień lepiej, niż z uśmiechem od ucha do ucha? Nawet wizja egzaminu, który miał się odbyć lada moment, nie mogła tego zniszczyć. Aż do momentu, kiedy zobaczyłam pytania na egzaminie... Przyznaję, serce mi na chwilę stanęło. W końcu zdałam dwa przedmioty, które byłam pewna, że obleję, a miałabym wyłożyć się na czymś, co uważałam za łatwe i przyjemne? Na szczęście okazało się, że prowadzący coś tam powyciągał z tej mojej paplaniny i udało się zaliczyć.
I w ten oto sposób, pierwszy raz od początku studiów, udało się przetrwać cały semestr bez skorzystania z ani jednej ściągi! Ale ile się nastresowałam... Chyba nigdy więcej się nie podejmę takiej samobójczej misji.
W nagrodę za zdany egzamin czekało mnie przepyszne śniadanko. Chociaż śniadanie jak śniadanie... Ale w jakim gronie! Wszystkie Skarby w jednym miejscu! I jeszcze do tego ciacho, pieczone przez całą noc...;) Lepszego dnia nie można sobie wymarzyć :) Do tego przespane popołudnie, kubek gorącej kawy i książka pod ręką – to jest coś, co może uczynić idealny dzień jeszcze wspanialszym.

Dostałam polecenie „zapamiętaj ten dzień”. Tak więc po to powstaje dzisiejszy post – żeby niczym w Słoiku Szczęścia, wrócić do niego za jakiś czas i uśmiechnąć się ponownie do tego wyjątkowego dnia, stwierdzając, że wcale nie był najpiękniejszym dniem życia, bo kolejne były jeszcze piękniejsze (przynajmniej taki jest plan ;p).

Ale tak czy siak dziękuję wszystkim, dzięki którym te dwa dni mogły stać się takie piękne :)

niedziela, 7 lutego 2016

Kupię szklaną kulę

Był sobie kiedyś pewien człowiek. Mieszkał w swojej szklanej kuli dla chomika i zza niej oglądał świat. Żyło mu się dobrze. 
Pewnego dnia pojawił się inny człowiek. Pokazał naszemu bohaterowi, jak wygląda świat, gdy się patrzy na niego bezpośrednio, a nie przez kulę. Bohater się zachwycił i wyszedł ze swojej kuli. Pooglądał świat, pozachwycał się nim i był prze-szczęśliwy. W pewnym momencie stwierdził, że takie życie jest super i wyrzucił swoją kulę na śmietnik, uznając ją za niepotrzebną. 
Pożył tak 5 miesięcy.  Niestety, zaczął odczuwać, że życie jednak łatwiej się toczy, jak się mieszka w kuli.Chciałby do niej wrócić. Ale kuli nie ma... 

Po pełnym emocji dniu postanowiłam się wcześniej położyć. W końcu zawsze, jak miałam jakiś problem, mama mówiła: "Musisz się z tym przespać". Niestety, emocje nie chciały iść spać. Szklanej kuli, w której mogłyby się zamknąć, też już nie ma. A więc trzeba je wylać. Niech będzie zatem post.

Kiedy byłam mała, uwielbiałam pierogi ruskie. Mama nie robiła ich jakoś szczególnie często, ale kiedy już były, szczyciłam się tym, że potrafię zmieścić w swoim małym brzuszku więcej sztuk niż tato. Rzucałam się na nie i wręcz pożerałam niezliczone ilości.
Do dzisiaj tak mam.
Tylko, że nie z pierogami.
Z ludźmi.

Dobra, to może źle zabrzmiało. Nie jestem ludożercą. Chyba, że emocjonalnym...

Wyobraźmy sobie człowieka, który nie lubi ludzi. I żyje 21 lat ograniczając się do maleńkiej garstki znajomych. Co więcej, ci znajomi nieźle musieli się naczekać, żeby zostać dopuszczonymi do wejścia do kuli.
I nagle kula pryska. Człowiek postanawia być otwarty, nawiązywać kontakty, rozmawiać z ludźmi, mówić co myśli... Ale jest tak wygłodniały i tak mu się to podoba, że nie ogranicza się do jednego pieroga, dziesięciu czy dwudziestu. Je setki pierogów. Znaczy ludzi. Znaczy nie je ludzi, tylko ich męczy. No... I zaczyna się do nich przyklejać - zamęczać SMSami, wiadomościami na facebooku, z niektórymi nawet się spotykać. Nie potrafi przeżyć dnia bez kontaktu z kimś.
Co prawda, nie ma jeszcze wprawy w rozmawianiu. Więc radzi sobie jak potrafi. Wysyła SMSy - czasami o niczym, byleby tylko zagadać. Zaczepia na fb, czekając na odzew. Pisze głupie wiadomości, licząc, że chociaż tym zwróci na siebie uwagę. Marudzi, narzeka, albo chwali. Cokolwiek. Pisze posty na bloga, bo wie, że ktoś to przeczyta i napisze.

I zachłystuje się tym wszystkim aż do bólu.

No właśnie....

Kiedy jadłam te nieszczęsne pierogi, było super. Gorzej było jakieś 15 minut później, kiedy to brzuch już dawno był pełen, a ja nadal jadłam, dopóki się nie skończyły. Najzwyczajniej w świecie, zaczynał boleć brzuch.
I tak samo jest z ludźmi.
Bo czasami niektórzy nie odpisują. Nie oddzwaniają. Nie chcą się spotkać. Powodów jest mnóstwo - brak czasu, brak chęci, mają dość lub po prostu moja wiadomość była na tyle żenująca, że nie wiadomo co odpisać. Ale ten biedny człowiek, który nie wie jeszcze, jak sobie radzić z ludźmi, bardzo się w tedy denerwuje. Bo nie wie co ma robić.

Łatwiej nie lubić ludzi. 

Nie trzeba się zastanawiać, czy wypada napisać (a serio potrafię liczyć godziny/dni pd ostatniej wiadomości i pilnować czy "juz mogę pisać"). Nie trzeba słuchać, że się za często do kogoś pisze. Nie trzeba się denerwować, kiedy ktoś na kim nam zależy, ma nas w głębokim poważaniu. Nic nie trzeba.
Można siedzieć cichutko w swojej kuli, nikomu nie przeszkadzać i tak sobie Być. Albo raczej być. I to się sprawdzało całkiem dobrze. Przynajmniej do momentu, kiedy nie spróbowałam, jak smakują pierogi. A skubane dobre są. I smutno byłoby z nich tak całkiem rezygnować. Ale z drugiej strony, konsekwencje ich jedzenia tragiczne. Gdyby tylko znać umiar...

Nie raz słyszałam o ludziach, którzy mieli raka, wygrali z nim i opowiadają swoją historię, jak to zmieniło się ich życie i teraz jest cudownie. Albo o alkoholikach, którzy przestali pić. Ja też tak opowiadałam swoją historię - Introwertyczny Koc, który stał się otwarty. I ty możesz wygrać ze sobą. Ta-dam.
Tylko tak teraz sobie myślę... Czy to zmiana na lepsze?
Tym bardziej, że im dłużej jestem Otwartym Kocem, tym mniej mi się to podoba.

Może jednak trzeba skołować sobie nową kulę? 

piątek, 15 stycznia 2016

Styczeń - pierwsze spełnione marzenie


Tak jak już się żaliłam, spełnienie pierwszego marzenia z listy nie wypaliło. Ale postanowienie to postanowienie – trzeba było wybrać inne i zrealizować je przed końcem stycznia. Zatem postanowiłam spróbować od drugiej strony – stwierdziłam, że zrealizuję marzenie, które wypisałam jako ostatnie:

„Zrezygnować z pracy”.

No dobra, może to nie jest jakiś szczególnie ambitny cel. Szczególnie w porównaniu z wycieczką na drugi koniec Polski czy zdobyciem Rys. Tym bardziej, że pracuję tylko raz w tygodniu po dwie godziny, robię to co lubię robić, szef jest całkiem w porządku, nie mam wrednych współpracowników... Skąd więc takie marzenie? I po co? Co mi to da?

Nie wiem.

Myśl o skończeniu pracy chodziła mi po głowie od ponad roku (jeśli nie dłużej). Jednak wiecznie brakowało mi odwagi, żeby całkowicie z niej zrezygnować. W końcu – przecież i tak nie znajdę nic lepszego, nie jest tutaj aż tak źle, i miliard innych powodów. Jednak ta myśl ciągle chodziła mi po głowie i postanowiłam mimo wszystko ją zrealizować. Ot, taka fantazja, żeby udowodnić sobie, że potrafię.

Przyznaję, zwolnienie się z pracy jakoś szczególnie mnie nie uszczęśliwiło (ot, przyjęłam to bez emocji). Może nie było to najtrafniejsze marzenie. Ale ciąg zbiegów okoliczności, który nastąpił później... No cóż, dla tego co się wydarzyło, było warto!

Informację o zakończeniu współpracy wysłałam szefowi w sobotę po południu. Jeszcze tego samego dnia, kilka godzin później, dostałam maila od kobiety, odpowiedzialnej za inny rodzaj „pracy”. Chodziło o spotkanie, na które próbowałam się umówić jeszcze przed świętami. To spotkanie było dla mnie o tyle ważne, że od wielu lat myślałam o zabawienie się w coś tego typu i w końcu nadarzyła się okazja. Gdyby się udało... Byłoby to spełnione nawet nie tyle marzenie, co Marzenie – tak wielkie, że nawet nie śmiałam wpisywać go na listę.

Co ciekawe, odpowiedź dostałam dopiero wtedy, gdy zrezygnowałam z dotychczasowej pracy.... Czekałam tyle tygodni, a odpowiedź nadeszła w tym samym dniu... Może i to zbieg okoliczności, ale dający do myślenia.
Drugi zbieg okoliczności – spotkanie miało się odbyć w środę wieczorem. Czyli w godzinach, w których zazwyczaj byłam w pracy. Prawdopodobnie gdybym pracowała, wahałabym się nad stawieniem się na spotkaniu – w końcu obowiązki w pierwszej kolejności, dopiero potem marzenia, które nie wiadomo czy się spełnią. W obecnej sytuacji – nie było żadnych przeszkód. Idę!

Przyznaję, tak zestresowana, jak przed tym spotkaniem, nie byłam dawno. Jakby nie patrzeć, w życiu nie byłam na żadnej rozmowie kwalifikacyjnej, wolontariaty były załatwiane przez znajomych, którzy mnie w to wciągali, bez zbędnych formalności, nawet załatwiając promotora poszłam z koleżanką, która mówiła za mnie wszystko... 

Zaczęło się świetnie. Dostałam adres (bardzo blisko mnie) i wyszłam z domu z ponad półgodzinnym zapasem. Numer budynku znalazłam dość szybko. Pomimo deszczu, przez kolejne 20 minut kręciłam się w okolicy, żeby nie być za wcześnie. W pewnym momencie zauważyłam grupę ludzi wychodzącą z budynku, przed którym stałam. Gdy drzwi się otworzyły usłyszałam dźwięk organów. Stałam przed wejściem do kościoła... A to zdecydowanie nie było miejsce do którego chciałam trafić! Swoją drogą, co to za pomysł, żeby tyle różnych miejsc miało ten sam adres?! Nie mogli ponazywać tego 3a, 3b czy jakkolwiek?! Zaczęłam w panice obchodzić budynek, szukając jakiś innych drzwi, które mogłyby być tymi właściwymi. Niestety, żadne z nich nie wyglądały na miejsce, do którego powinnam się udać.
Dochodziła umówiona godzina spotkania, a ja nadal nie wiedziałam jak tam trafić. Wyciągnęłam telefon z myślą, że muszę zadzwonić do kobiety, z którą jestem umówiona i zapytać, gdzie to właściwie jest.
Wybrałam numer, ułożyłam w głowie co mam powiedzieć, słowo po słowie... i zakończyłam wybieranie numeru i schowałam telefon do kieszeni. Następnie znowu go wyciągnęłam, powtórzyłam całą procedurę i tak ze trzy razy, ciągle licząc, że może jednak znajdę te drzwi. Wybiła 18:00. Miałam do wyboru: zadzwonić, szukać dalej i przyjść spóźniona, albo zrezygnować i wrócić do domu. Najbardziej kusząca była wersja nr 3. W końcu, po co mi to? To tylko dodatkowe zajęcie, które wezmę sobie na głowę. Nie mam na to czasu. Wracam do domu się uczyć! I wtedy zrobiłam coś, co jest zupełnie do mnie nie podobne – zadzwoniłam.

Później już poszło lekko. Pani uprzejmie wytłumaczyła mi jak tam trafić, gdy przyszłam, zadała kilka pytań, dała papiery do wypełnienia i zaprosiła do pozostania na spotkaniu grupy. No cóż, nie sądziłam że to tak łatwo pójdzie...

Tak więc taki oto efekt spełnionego marzenia, którym było zrezygnowanie z pracy: dowaliłam sobie kolejne zajęcie :D
Jestem zadowolona. Może nawet szczęśliwa. I pomyśleć, że być może to by nie się nie wydarzyło, gdybym wtedy pojechała na wycieczkę, realizując inne marzenie. Ah, te zbiegi okoliczności...

Ps. To nie jest tak, że jestem zadowolona. Ani nawet szczęśliwa. Po prostu od środy chodzę z bananem na twarzy i jaram się tym ja mało dziecko :D Lubię spełniać marzenia ^^

czwartek, 7 stycznia 2016

Lista marzeń

W przerwie pomiędzy obmyślaniem metod chowania zwłok a nie-robieniem projektu (który muszę oddać za 1h i 30 min, a nadal nic w nim nie działa) postanowiłam spisać jakże ambitne przemyślenia z dnia dzisiejszego:

"Grrrrrrrrrrrr!".

I w sumie na tym mogłabym zakończyć. Ale skoro mam tyle nauki, to może jednak się rozpiszę...



Gdy zaczynałam pisać tego bloga wizja była następująca: miałam listę marzeń do spełnienia, realizowałam je krok po kroku i pisałam, jak to wspaniale jest, gdy udaje się zrobić to, o czym się marzy.
Wszystko pięknie, tylko niestety w pewnym momencie, lista przestała być aktualna. Części rzeczy po prostu nie dało się już zrealizować (coś z maturą tam było, a czasu nie cofnę!) , część po tak długim czasie już nie sprawiała mi takiej radości, jak w dniu spisywania listy, a część, jak sobie uświadomiłam, leży poza granicami moich możliwości. Dlatego postanowiłam stworzyć nową listę.

31.12 usiadłam przed komputerem i zaczęłam spisywać. 12 marzeń. Po jednym do spełnienia na każdy miesiąc. Warunek jest jeden - żadnych marzeń, które wymagają czasu. Tylko te, które się spełnia od ręki, po prostu podejmując konkretną decyzję: "Teraz spełnię to marzenie".
Muszę przyznać, że było to jedno z trudniejszych zadań, jakie musiałam wykonać w ostatnim czasie. Pierwsze trzy marzenia poszły gładko. Czwarte - wpadło mi do głowy dopiero po chwili. Nad szóstym zastanawiałam się dobre pół godziny. Mam wrażenie, że dwunaste jest już trochę na siłę. Ale niech będzie. Jeśli wymyśli mi się jakieś lepsze marzenie, to najwyżej je podmienię :)

Rozpoczął się Nowy Rok. Prawie wszyscy mają jakieś postanowienia. Niestety zazwyczaj pojawia problem, kiedy zacząć je realizować?.
Tak w przeciwieństwie do projektów i zadań domowych, postanowiłam zacząć realizować moją listę TERAZ. Wybrałam pierwszą pozycję z mojej listy.

Pomysł może najgenialniejszy nie był. Z perspektywy czasu powiedziałabym nawet, że był głupi. Ale kiedy zaczęłam wszystko planować, zaczął wydawać się najlepszym pomysłem na świecie. Na czym mniej więcej polegał? Zakładał, że Introwertyczny Koc spotka się z jakimś człowiekiem tylko dlatego, że chce, a nie bo musi. Że będzie to jego decyzja - nie czekać, aż ktoś w końcu łaskawie go zaprosi, tylko ruszyć cztery litery i wyjść do ludzi, jak człowiek.

Tak - można teraz zamknąć usta, które otworzyły się Wam ze zdziwienia. Introwertyczny Koc coraz częściej potrzebuje ludzi. Czasem jakichkolwiek, czasem tych konkretnych. Niestety nadal ma charakter jaki ma, dlatego szamocze się na prawo i lewo, żeby wybrnąć jakoś z sytuacji. Zazwyczaj siedzi i czeka, aż ludzie przyjdą do niego. I przychodzą. Ale nie zawsze. Nie zawsze w tedy, kiedy ich potrzeba. Nie zawsze ci, których akurat potrzeba. Stąd też to marzenie... Takie trochę symboliczne. Z nadzieją na poprawę - bo jeśli raz się uda, dlaczego nie miałoby się Kocowi częściej udawać do kogoś wyjść?  I w dodatku wszystko tak idealnie pasowało! Pociąg o idealnej porze, idealne połączenie, nawet pogoda zapowiadała się idealna! Jak to zwykle bywa w takich przypadkach - coś musiało się nie udać. 

Zaczęło się od wątpliwości. Po usłyszeniu od czwartej czy piątej osoby, że robię to źle, zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno powinnam jechać. W końcu, jechać taki kawał drogi, dla jednej małej przyjemności. W dodatku nie wiadomo, jak to wyjdzie... I dziś dostałam wiadomość - nie mam po co jechać.
Ufff....

Z jednej strony to właśnie to chciałam usłyszeć. Muszę zrezygnować, ale nie z mojej winy. Ot, tak wyszło, zdarza się. A przynajmniej nie będę musiała się zastanawiać, czy powinnam. Los zadecydował za mnie. Super!

No właśnie nie.

Nie wiem jak to jest, ale mimo tych wszystkich wątpliwości, miałam ochotę to zrobić. A może właśnie dzięki nim? To marzenie było tak bardzo do mnie nie podobne, tak irracjonalne, że aż mnie skręcało, żeby je spełnić. Więc kiedy się okazało, że nie mogę go spełnić w ten weekend, no cóż - grrrr!

Co jednak jeszcze ciekawsze, siedzę teraz przed listą marzeń i rozważam skreślenie go i zastąpienie innym. W tym momencie myśl o spełnieniu go, nie cieszy ani trochę. Pomimo, że równie dobrze mogłabym je spełnić w przyszłym tygodniu, za dwa tygodnie, albo nawet za miesiąc.

Jest jednak jeszcze ciekawsza sprawa. Najprawdopodobniej do skreślenia pójdzie też marzenie nr.2. Wątpliwości, jakie miałam przed pierwszym marzeniem sprawiły, że uświadomiłam sobie, że nie jestem w stanie wykonać drugiego. Najzwyczajniej w świecie mnie przerasta.

Zatem plany się troszkę pokomplikowały. Mam dwa nowe marzenia do wymyślenia oraz muszę wykonać jakiekolwiek z tych 12 w tym miesiącu. A czasu coraz mniej... Tak więc jeśli ktoś jest w stanie dostarczyć mi inspiracji, jakie jeszcze mogę mieć marzenia - chętnie posłucham/poczytam! :D

Jedna tylko nauczka na przyszłość. Jeśli będę jeszcze kiedyś układać listę marzeń - nigdy nie wybierać marzenia, do którego spełnienia potrzebujesz drugiej osoby!  (Swoją drogą, zabawne. Koc potrzebował jakiejś osoby do szczęścia. Zaczynam się obawiać samej siebie. To nie jest normalne.)

Tak, wiem. Wyszedł post, w którym znowu narzekam.  Ale tak to już jest, jak człowiek siedzi cały dzień przed komputerem i nie ma komu pomarudzić, więc marudzi całemu światu :)

Dobra, czas zmarnowany, projekt nie zrobiony i zwłoki nadal nie schowane. Pora skończyć narzekanie i wracać do pracy! :-)


Uff, od razu lepiej jak człowiek sobie ponarzeka!