piątek, 1 kwietnia 2016

"Pamiętaj o mnie nie tylko w potrzebie"

Zacznę od wytłumaczenia się - tytuł posta nie jest mój. Ale ciągle wyświetla mi się w "obserwowanych blogach" - jest to tytuł ukradziony z wpisu sprzed chyba roku...  Od Kogoś kto wspominał, że może wróci do pisania, a tego nie zrobił! Na swoje usprawiedliwienie mam tyko tyle, że pomimo takiego samego tytułu, treść będzie zupełnie inna :)

Robiłam ostatnio porządki w pokoju. Przeglądałam kartony, w których jest wszystko to, co "kiedyś się przyda", miliony zapisanych kartek "do których kiedyś wrócę", pamiątki z jednego czy drugiego wyjazdu, dowody na to kim kiedyś byłam i czym się zajmowałam... Mnóstwo różnych rzeczy. Jednak najbardziej spodobały mi się pamiętniki, które znalazłam.
Były wśród nich zarówno takie, które pisałam ołówkiem, koślawymi literami, jeszcze będąc w pierwszych klasach podstawówki. Były zapiski z gimnazjum. Były wrażenia z pierwszego dnia zajęć w liceum. Był opis każdego dnia mojej pierwszej pielgrzymki. Był dziennik z Białego Dunajca... Zarówno notatki z ważnych dla mnie wydarzeń, z ciężkich dni, kiedy wszystko było do kitu, z dni kiedy było wspaniale, i ze zwykłych dni, wyglądających jak każdy inny. Czytając to wszystko, kilka razy zastanowiłam się, czy to na pewno ja pisałam. Jak mogłam myśleć w ten sposób?! Przecież to było głupie! Dlaczego tak w tedy się tym przejmowałam?!
W większości przypadków jednak, wspomnienia stawały przed oczami jak żywe. Te wszystkie miejsca, sytuacje, ludzie... W pewnym momencie złapał mnie niesamowity smutek.
Dlaczego?
Uświadomiłam sobie, że prawie wszystkie te osoby, które miały dla mnie na tyle wielkie znaczenie, że pojawiały się w tych zapiskach, te który były wtedy tak ważne... że ich już nie ma. I co gorsza (wiem, okropnie to zabrzmi, ale taka jest prawda) one nadal są. W sensie, nadal istnieją, żyją (w większości) i mają się dobrze. Jednak te kontakty gdzieś się pourywały z biegiem lat.
Zawsze zazdrościłam ludziom, którzy mieli przyjaciół "od piaskownicy". Którzy byli razem tyle lat i nadal ze sobą wytrzymują. Mi niestety nie było dane tego doświadczyć - może z powodu tylu przeprowadzek, może z powodu mojego charakteru. Zawsze się zastanawiałam jak to jest żyć z kimś, kto zna Cię na wylot. Bo przecież tak musi być po tylu latach. I zawsze wściekałam się na to, że ja nie potrafię tych kontaktów zachować. Że one zawsze się gdzieś urywają, nikną.
Ale odkryłam ostatnio ciekawy typ ludzi - takich, którzy co prawda nie znają mnie długo, ale czasami mam wrażenie, jakby znali mnie lepiej niż ja sama siebie znam. Są to ludzie, którzy po tak krótkim czasie znajomości wiedzą praktycznie wszystko - zupełnie jakby wychowywali się na tym samym podwórku. Zabawne doświadczenie.
Niestety (w większości - nie wszyscy!)  są to jednocześnie ludzie, którzy praktycznie wtargnęli w moje życie. Nie było ich, i nagle się pojawi, zajmując niesamowitą jego część. Smutno jednak się robi, kiedy ktoś taki nagle przestaje tą częścią być. Wbija się, robi zamieszanie, a potem jak gdyby nigdy nic ulatnia się...

Ale post miał być o zupełnie innych ludziach...!

Mówi się, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Na pewno trochę prawdy w tym jest. I w sumie podążając tym tropem, mam mnóstwo przyjaciół. Na prawdę.
Jestem świadoma tego, że do wielu osób mogłabym napisać w środku nocy, że coś się dzieje, albo że potrzebuję pomocy, albo cokolwiek, a oni postawiliby świat do góry nogami i pomogli. Cudowna sprawa.
Niestety, jak na ironię, wszystko przestaje być aż tak kolorowo, kiedy jest dobrze! Kiedy nie potrzebuję pomocy, kiedy nie dzieje się nic złego - wtedy jest strasznie mało osób chętnych do kontaktu. Nie wiem jak to działa. Ale jest to dla mnie co najmniej dziwne.
O co mi chodzi?
Bo jeśli piszę do kogoś z zapytaniem "co słychać?" i nie dostaję odpowiedzi, albo dostaję coś w stylu "jest ok" i koniec tematu, ale po napisaniu że mam problem, dostaję od razu całą ofertę opcji pomocy, to coś jest chyba nie tak.
Bo czasami jest tak, że człowiek nie potrzebuje pomocy w niczym konkretnym. I w sumie nawet nie wie, że potrzebuje jakiejkolwiek pomocy. Albo że potrzebuje czegokolwiek. Albo że potrzebuje kogokolwiek. Jest mu jakoś "nie tak", ale nie wie dlaczego. I wtedy wystarczyłaby by sama obecność. Samo zapytanie od czasu do czasu "Co słychać?". Zwykłe przypomnienie "pamiętam o Twoim istnieniu".  To na prawdę czasami potrafi zdziałać cuda.

Dlatego "pamiętaj o mnie nie tylko w potrzebie". Nie tylko w tedy, kiedy jest u mnie nie tak jak powinno. Pamiętaj o mnie też w tedy, kiedy jest dobrze. Bo fajnie jest z kimś dzielić nie tylko to, co jest do kitu, ale też to, co jest super. I w sumie to, co jest całkowicie zwyczajne też :)




Coś się popsuło chyba i musiałam wstawić jakikolwiek obrazek, bo inaczej posty publikowane na facebooku "nie wyglądają". Więc niech będzie taki o :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz