Obóz w Białym Dunajcu skończył się ponad tydzień (prawie dwa!) temu, jednak ciągle widzę codziennie na facebooku kolejne nowe zdjęcia, relacje, wspomnienia. Myślałam, że już po kilku dniach ludzie wrócą do szarej codzienności, a tu taka niespodzianka! Czyli nie tylko ja przez długi czas po Białym nie mogę dojść do siebie! Pocieszające... ;)
Skoro piszą wszyscy, to i ja. Tylko że... nie chcę powtarzać wpisu z zeszłego roku. A opinie jak to było wspaniale na tegorocznym wyjeździe, pojawiają się co chwilę na facebookowym profilu obozu. Cóż więc by tu zrobić, żeby było oryginalnie?
Już wiem!
Dla mnie obóz zaczął się kilka dni wcześniej – 31 września. Rok temu pojechałam na Biały bez żadnych oczekiwań. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ani jak to wszystko będzie wyglądać. Każde z rzeczy która mnie wtedy spotkała była dla mnie niespodzianką. A wiadomo jak to jest z niespodziankami – nawet jeśli nie jest w 100% trafiona, to i tak jesteśmy szczęśliwi, bo niespodzianka to niespodzianka i uszczęśliwia mimo wszystko.
W tym roku było trochę inaczej: pamiętając zeszłoroczny wyjazd, miałam pewne nadzieje co do obozu- że to będzie wyglądało tak, że tamto inaczej. W głowie miałam mnóstwo myśli - co zmienię, co zrobię inaczej, lepiej. Planów było sporo, tym bardziej, że w tym roku jechałam w trochę innej roli i miałam mieć swój udział w „tworzeniu” chaty Przystani.
Dni Zero, (tak w myślach nazywam okres przed oficjalnym rozpoczęciem obozu) zaskoczyły mnie zupełnie. Przyjechałam w niedzielę wieczorem. Wysadzili mnie z samochodu gdzieś w samym centrum, więc obładowana jak juczny osioł, ruszyłam w stronę swojej chaty. To, co pierwsze rzuciło mi się w oczy, to fakt, że wioska jest dużo większa, niż myślałam. Pamiętam, ze w zeszłym roku strasznie narzekałam, gdy trzeba było iść na Mszę do „pobliskiego” kościoła – ot, spacerek na 30 minut. Wtedy byłam pewna, że jest to drugi koniec miejscowości. Idąc przez wioskę z bębenkiem, który co krok obijał mi się o nogi i ciężkim plecakiem, w którym coś wżynało mi się w plecy, uświadomiłam sobie, że wyjście do kościoła było krótkie, miłe i przyjemne. Tak więc pierwsze wrażenie po roku przerwy – pozytywne. Druga kwestia, która od razu przyciągnęła moją uwagę: nic nie przyciągało uwagi! Przyjechałam do wioski, która w zeszłym roku gościła ponad 600 studentów, a tu jakoś tak pusto. Podwórka nie udekorowane banerami, chaty też nie wskazują na to, które duszpasterstwo wybrało jaki temat, ani żywej duszy na ulicy. Przychodzę do naszej chaty, a ona taka... zwykła! Nie ma już zakonnego wystroju: przypomina zwyczajny pensjonat, jakich pełno w okolicach Zakopanem. Domu szalonych artystów nie przypomina ona tym bardziej.
Coś jeszcze było inaczej niż rok temu...
Ostatnim razem, gdy przyjechałam do Białego Dunajca, nie znałam tam nikogo. Mimo to do dziś nie mogę zapomnieć, jak ciepło zostałam wtedy przywitana przez grupę ludzi, która już wtedy była na miejscu. Pamiętam, jakby to było wczoraj: weszłam do jadalni razem z Szefem Chaty i Kulturalną (odbierali mnie z autobusu). Podeszła jedna osoba, druga, Jakaś Siostra, kolejna osoba, która później okazała się być Księdzem, w międzyczasie z kuchni wyłonił się jeszcze Ktoś. Wszyscy witali mnie z uśmiechami na ustach, przytulali, pytali jak się jechało. Zupełnie jakby mnie znali. W tym roku – w chacie prawie pusto. Przywitał mnie Kulturalny (chociaż to pozostało bez zmian), powiedział który pokój jest dla mnie i pomógł mi zanieść tam rzeczy. Weszłam do pokoju, usiadłam na swoim łóżku i po prostu wpatrywałam się w ścianę, ciesząc się ciszą i spokojem. Dziwne uczucie... W zeszłym roku nawet na chwilę posiedzenia nie było czasu!
Rano wyjście na szkolenie. Trasa na Czerwone Wierchy. Rok temu szliśmy tam z wyjątkową ekipą- była to moja ostatnia trasa, najbardziej niezapomniana, z najlepszą atmosferą. Słowem – wspominam ją najlepiej ze wszystkich. W tym roku widoki wydawały się być mniej porywające (nie zrobiłam ani jednego zdjęcia! Z zeszłego roku mam ich setki!) , ludzie jacyś mniej zabawni (głównie byli to turystyczni z innych chat, więc może to było przyczyną). I tylko zmęczyłam się bardziej, niż w zeszłym roku. Powrót z trasy też zupełnie inny – nie Wariat, tylko autobusem, jak wszyscy Normalni,Zwykli ludzie.
Wróciliśmy do chaty, szybki prysznic i Msza.
W kościele – pustki. Wszyscy znaleźli miejsca w ławkach, nikt nie siedział na podłodze. Msza jak każda inna! Nuuuda!
Kolejnego dnia przyjechała reszta kadry – Ksiądz, Siostra, Szefowa Chaty. Przywieźli ze sobą cały samochód przeróżnych rzeczy. W tedy okazało się, że chata nie dekoruje się sama – robią to ludzie, którzy przyjeżdżają wcześniej. Banery też wywieszane są dopiero na przyjazd uczestników. Niespodzianka, prawda? Już po paru minutach przekonałam się o jeszcze jednej rzeczy: atmosfera też nie jest „taka jaka jest” przez cały czas – stwarzają ją ludzie, którzy tu przyjeżdżają.
Gdy było nas już trochę więcej, na ścianach zaczęły pojawiać się obrazy szalonych artystów i koperty na korespondencję, w salonie słychać było rozmowy – wtedy dopiero poczułam, że jestem na TYM BIAŁYM.
Tak więc wniosek: Biały Dunajec to nie miejsce. Biały Dunajec to ludzie!
(Chociaż z administracyjnego punktu widzenia Biały Dunajec to jednak miejsce. Konkretnie wieś podhalańska w Polsce, położona w województwie małopolskim ) ;-)
Z perspektywy czasu, cieszę się, że pierwszego dnia posiedziałam na tym łóżku. Przez kolejne dwa tygodnie nie było już takiej możliwości. Pobudka, wyjście w góry, obiad, Msza, integracja... Nie było czasu nawet na spanie! Z resztą, podobnie jak rok temu. Przyznam szczerze, że pomimo że jestem strasznym śpiochem, brakowało mi tego przez cały rok akademicki.
Z ludźmi z Przystani góry zaczęły być ciekawsze i piękniejsze (i zrobiłam kilka zdjęć! A dwa z tego okresu zostały nawet powieszone na mojej Ścianie Najpiękniejszych Wspomnień!), integracja w chacie okazała się być lepsza niż miedzyduszpasterska (jednak trasa z jednym turystycznym to lepsze wyjście niż z 26 turystycznymi - nawet jeśli nie trafi się na Chochołowską) , nie dało się wyjść do sklepu, nie napotykając po drodze przynajmniej kilkunastu osób z Wrocławia, w kościele pełno ludzi – siedzących na podłodze na kurtkach, karimatach, cisnący się w przejściu. I to jest właśnie Biały Dunajec!
I może moje niektóre oczekiwania co do obozu nie zostały spełnione ani w ciągu Dni Zero, ani w żaden kolejny. Ale wydarzyło się sporo „niespodziewajek”, rzeczy które były inaczej, wcale nie były gorsze, wróciłam szczęśliwa i naładowana pozytywną energią. Czy więc jest sens narzekać?
Dziękuję wszystkim którzy byli i tym, którzy Byli. Za trud włożony w organizację (na prawdę, to wszystko nie robi się tam samo!), za tworzenie wspaniałej atmosfery i za najlepsze dwa tygodnie tego roku*!
A po szczegółowe relacje „jak było”, pisane prawie z dnia na dzień, zapraszam na facebookowy profil DA Przystań (Jeśli chcesz go zobaczyć, to kliknij tutaj) .
*Specjalnie nie mówię „życia” - przecież w przyszłym roku w też jest Obóz i będzie jeszcze lepszy ;)