„Tak to czasem w
życiu bywa...”, że człowiek bierze się za rzeczy, o których
nie ma zielonego pojęcia i później jest zdziwiony, że mu to nie
wchodzi. Że próbuje jeden raz, drugi, trzeci, a mimo wszystko- jest
nie tak jak powinno. I wtedy nadchodzi taki moment zwątpienia we
własne siły.
W moim przypadku lekarstwem na to jest po prostu odniesienie
jakiegoś sukcesu. Oczywiście najłatwiej to osiągnąć w czymś,
na czym się człowiek zna. Zatem po serii porażek, postanowiłam "coś" zrobić. Początkowo był pomysł, żeby spakować
plecak i pojechać w Bieszczady. Ale co to za sukces? Padło więc na
inny typ łażenia – Ekstremalna Droga Krzyżowa. Bajer polega na
tym, żeby nocą przejść trasę ok. 50 km, kończąc to podejściem
na Ślężę. Bułka z masłem! A, byłabym zapomniała! Żeby było
jeszcze weselej to przez całą drogę nie wolno się odzywać i
dobrze byłoby myśleć nad mądrymi rozważaniami, w które nas
zaopatrzyli. Milusio!
No ale jak wyzwanie
to wyzwanie.
Cała noc myślenia
to dużo - szczególnie jak na mnie. Niestety nie pamiętam
wszystkich mądrych wniosków, do jakich doszłam. Jednak tematem
przewodnim EDK było bycie liderem. Czyli temat ostatnio dla mnie
dość problematyczny, żeby nie powiedzieć, że nawet irytujący.
Do tego dorzućmy „umartwienie” w postaci spotkania osoby, której
się nie chciało tego dnia widzieć, deszcz i troszkę zarwaną
poprzednią noc, i mamy idealny przepis na wspaniały wieczór!
Tematów do
rozmyślań było sporo. Zgodnie z zaleceniami – 14. Jedne przeszły
bez echa, ale inne ciągle plączą mi się po głowie. Jedne nadają
się do przedstawienia ogółowi ludzkości, inne lepiej żeby
zostały w środku, dając jedynie owoce, bez wspominania, z jakiego
nasiona powstały (kurczę, zbyt dużo przenośni w ostatnim czasie
chyba używam...).
Taki temacik, który
już nie raz pojawiał się na moim blogu, a mimo to ciągle jest
niewyczerpany, to temat małych gestów, które dla jednej osoby są
tylko zwykłym SMSem czy uśmiechem, ale dla kogoś innego mogą one
znaczyć znacznie więcej. Szczególnie zauważyłam to podczas Drogi.
Stojąc na jednym z
przejść, jeszcze we Wrocławiu, spojrzałam na Współlokatorkę,
która to notabene mnie nakłoniła do pójścia na trasę (swoją
drogą zabawne – to tylko 2 tygodnie mieszkania w jednym pokoju,
ale Współlokatorką zostanie chyba na zawsze). Nie mogliśmy
rozmawiać, ale wystarczyło jej spojrzenie połączone z uśmiechem,
które znaczyło mniej więcej: „Jest spoko, jeszcze się trzymam.
Ty też dasz radę”. No dobra, nie wiem, czy to to miało
oznaczać, ale tak mniej więcej to odczytałam. I ot, taka
drobnostka. Zwykły uśmiech. A od razu człowiekowi lepiej się
idzie.
Inny przykład –
SMSy, które dostawałam przez całą drogę. Może pisanie ich nie
do końca było zgodne z regułą milczenia... I w sumie to przez
gapienie się w ekran telefonu kilka razy wpadłam w błoto aż za
kostki... Ale to było miłe, gdy ktoś co chwila pytał, jak się
trzymam, czy daję radę i jeszcze bardziej utwierdzał mnie w
przekonaniu, że nie mam wyjścia – muszę dać radę.
Równie mili byli ludzie,
którzy dzisiaj popołudniu, tudzież wieczorem, pisali do mnie, aby
zapytać jak było. Zostałam szczerze,bardzo mocno i bardzo
pozytywnie zaskoczona. Okazuje się, że to chyba tylko ja tak mam,
że ludzie mi coś mówią, a ja od razu zapominam. Inny jak widać
pamiętają, i nawet się tym interesują!
Nie potrafię w
sumie opowiedzieć ile tego typu drobne gesty znaczą dla mnie. Ale
są bardzo istotne. Bo mogłoby się wydawać – ot, co takiego, że
napiszę wiadomość na fb? Otóż, właśnie to, że jest to na tyle
ważne dla mnie, że aż piszę o tym w poście! ;)
Kolejny temat, który
długo nie dawał mi spokoju to właśnie temat wyzwań. I tutaj
niestety nie mogę dojść ze soba do porozumienia w żadnym stopniu.
Jeszcze niedawno uparcie twierdziłam, że dobre są metody małych
kroczków: spełnianie małych marzeń, celów, bo sprawiają mnóstwo
radości, a trudniej o porażkę, łatwiej zrealizować i w ogóle
same plusy – odsyłam do poprzedniego posta, gdzie chyba lepiej
wyjaśnilam o co mi chodzi.
Niestety ostatnio
ciągle przewija mi się temat wybierania najłatwiejszej drogi. Że
nie powinniśmy tego robić. Że trzeba mierzyć wysoko. Nawet jeśli
wydaje nam się, że nie jesteśmy w stanie. Bo tak naprawdę tym, co
nas ogranicza, jesteśmy my sami. Czy zatem dążyć tylko do tych
wielkich marzeń? Nie przejmować się takimi drobnymi szczęściami,
jak puszka coli i od razu celować w upolowanie całej cysterny?
Fajnie by było osiągnąć coś lepszego! Tylko że w trudnych
zadaniach..... jest trudniej. Czyli jest większe prawdopodobieństwo,
że się coś nie uda. Czyli porażka. A porażka to jest coś, czego
nie lubimy. Więc zrezygnować? Żeby nie było porażki? I skupić
się na małych celach? A może jest jakiś Złoty Środek? Wybierać
tylko zadania średniej trudności? I być średnim?....
Zawsze uważałam,
że ze wszystkich trzech magicznych słów najtrudniejsze jest
„przepraszam”. Bo oznacza przyznanie się do tego, ze
nawaliliśmy, że coś zrobiliśmy nie tak, że generalnie skopaliśmy
coś. No i jeszcze do niedawna trudno było, żeby przeszło mi przez
gardło. No bo jak to? Moja wina? Niemożliwe!
O słowie „dziękuję”
już nawet kiedyś było osobny post. Więc o tym jakie jest ważne, ale i czasem trudne, już było.
Ale jak często nie
doceniamy słowa „proszę!”. Im dłużej o tym myślę, tym
bardziej dochodzę do wniosku, że chyba prosić nie umiem jeszcze
bardziej niż przepraszać. Przecież ja miałabym sobie z czymś nie
poradzić? Nie potrzebuję niczyjej pomocy, dam sobie radę, o nic
się prosić nie będę. Prosi się świnia, dwa razy do roku
podobno, jak mawialiśmy w podstawówce. I nawet wikipedia potwierdza
– 2.5 – 2.8 raza w roku :D
A gdyby tak zacząć
się uczyć współpracy? Schować trochę dumy do kieszeni i umieć
powiedzieć: „ Proszę cię o pomoc”, „Potrzebuję Twojej
pomocy”? Ufff... Trudne!
Po zakończeniu
trasy odebrali mnie znajomi (myślę, że byłoby to miejsce na
pokadzenie w stylu „moje ulubione małżeństwo” albo coś
podobnego – w końcu, gdyby nie Oni, wróciłabym do domu pół
dnia później). Siedząc w samochodzie rozmawialiśmy o EDK. I padło
pytanie, a raczej stwierdzenie: „Pewnie napiszesz na blogu jak
było?” . Więc tak, napiszę :D
Trasa sama w sobie
była przecudowna. Jednak chodzenie to jest coś, co Kocyki lubią
najbardziej. Dużo lepiej się myśli, jak się idzie. Pewnie stąd
też te wieczorne spacery... Ale do rzeczy. Było zmęczenie. Nie
takie jak na Tropicielu, kiedy to nie miałam nawet jak ruszyć nogą,
żeby zrobić krok w stronę mety. Takie raczej – zdrowe zmęczenie.
Mięśnie trochę bolą, pęcherz na stopie uwiera, płuca nie
nadążają, ale idzie się dalej. Chociaż przyznaję – był jeden
ciężki moment. Śmiem twierdzić, że udało mi się usnąć....
idąc! Tego jeszcze nie było – spałam przy muzyce tak głośnej,
że obudziłaby trupa, podczas rozwieszania nade mną antylunatykowych
amuletów czy podczas przenoszenia mnie z pociągu do pociągu. Ale
idąc?!
Cudowny był też śnieg na
Ślęży. Przepiękne widoki. A schodzenie... poezja! Ci, którzy
byli ze mną w górach wiedzą, jak idzie mi schodzenie
i, że zdecydowanie wolę robić to swoim tempem. Wiadomo jednak, że idąc
z grupą trzeba troszkę się dostosować, nie zostawać za bardzo w
tyle, ani zbytnio z przodu. Szczególnie, gdy jest się
turystycznym... Tutaj schodziłam całkiem sama. Nie musiałam na
nikogo się oglądać, na nikogo czekać, mogłam robić to tak, jak
uważam za stosowane. I nawet nie zgubiłam szlaku! Jaka to była
frajda! Dawno się tak dobrze nie bawiłam, przeskakując nad
spływającą strumieniami wodą, z kamienia na kamień, próbując
się nie poślizgnąć, ewentualnie wpadając po kolana w śnieg, gdy
trzeba było kogoś przepuścić. Ah...
Trasę uważam za
udaną. Wróciłam zmęczona, ale szczęśliwa, podbudowana,
odstresowana, zmotywowana i jeszcze do tego... nie wiem jakiego słowa
użyć... przemyślana?
Polecam :D
