sobota, 12 marca 2016

"(...) Warto żyć estremalnie"


„Tak to czasem w życiu bywa...”, że człowiek bierze się za rzeczy, o których nie ma zielonego pojęcia i później jest zdziwiony, że mu to nie wchodzi. Że próbuje jeden raz, drugi, trzeci, a mimo wszystko-  jest nie tak jak powinno. I wtedy nadchodzi taki moment zwątpienia we własne siły. 
W moim przypadku lekarstwem na to jest po prostu odniesienie jakiegoś sukcesu. Oczywiście najłatwiej to osiągnąć w czymś, na czym się człowiek zna. Zatem po serii porażek, postanowiłam "coś" zrobić. Początkowo był pomysł, żeby spakować plecak i pojechać w Bieszczady. Ale co to za sukces? Padło więc na inny typ łażenia – Ekstremalna Droga Krzyżowa. Bajer polega na tym, żeby nocą przejść trasę ok. 50 km, kończąc to podejściem na Ślężę. Bułka z masłem! A, byłabym zapomniała! Żeby było jeszcze weselej to przez całą drogę nie wolno się odzywać i dobrze byłoby myśleć nad mądrymi rozważaniami, w które nas zaopatrzyli. Milusio!

No ale jak wyzwanie to wyzwanie.

Cała noc myślenia to dużo - szczególnie jak na mnie. Niestety nie pamiętam wszystkich mądrych wniosków, do jakich doszłam. Jednak tematem przewodnim EDK było bycie liderem. Czyli temat ostatnio dla mnie dość problematyczny, żeby nie powiedzieć, że nawet irytujący. Do tego dorzućmy „umartwienie” w postaci spotkania osoby, której się nie chciało tego dnia widzieć, deszcz i troszkę zarwaną poprzednią noc, i mamy idealny przepis na wspaniały wieczór!

Tematów do rozmyślań było sporo. Zgodnie z zaleceniami – 14. Jedne przeszły bez echa, ale inne ciągle plączą mi się po głowie. Jedne nadają się do przedstawienia ogółowi ludzkości, inne lepiej żeby zostały w środku, dając jedynie owoce, bez wspominania, z jakiego nasiona powstały (kurczę, zbyt dużo przenośni w ostatnim czasie chyba używam...).

Taki temacik, który już nie raz pojawiał się na moim blogu, a mimo to ciągle jest niewyczerpany, to temat małych gestów, które dla jednej osoby są tylko zwykłym SMSem czy uśmiechem, ale dla kogoś innego mogą one znaczyć znacznie więcej. Szczególnie zauważyłam to podczas Drogi.
Stojąc na jednym z przejść, jeszcze we Wrocławiu, spojrzałam na Współlokatorkę, która to notabene mnie nakłoniła do pójścia na trasę (swoją drogą zabawne – to tylko 2 tygodnie mieszkania w jednym pokoju, ale Współlokatorką zostanie chyba na zawsze). Nie mogliśmy rozmawiać, ale wystarczyło jej spojrzenie połączone z uśmiechem, które znaczyło mniej więcej: „Jest spoko, jeszcze się trzymam. Ty też dasz radę”. No dobra, nie wiem, czy to to miało oznaczać, ale tak mniej więcej to odczytałam. I ot, taka drobnostka. Zwykły uśmiech. A od razu człowiekowi lepiej się idzie.
Inny przykład – SMSy, które dostawałam przez całą drogę. Może pisanie ich nie do końca było zgodne z regułą milczenia... I w sumie to przez gapienie się w ekran telefonu kilka razy wpadłam w błoto aż za kostki... Ale to było miłe, gdy ktoś co chwila pytał, jak się trzymam, czy daję radę i jeszcze bardziej utwierdzał mnie w przekonaniu, że nie mam wyjścia – muszę dać radę.
Równie mili byli ludzie, którzy dzisiaj popołudniu, tudzież wieczorem, pisali do mnie, aby zapytać jak było. Zostałam szczerze,bardzo mocno i bardzo pozytywnie zaskoczona. Okazuje się, że to chyba tylko ja tak mam, że ludzie mi coś mówią, a ja od razu zapominam. Inny jak widać pamiętają, i nawet się tym interesują!
Nie potrafię w sumie opowiedzieć ile tego typu drobne gesty znaczą dla mnie. Ale są bardzo istotne. Bo mogłoby się wydawać – ot, co takiego, że napiszę wiadomość na fb? Otóż, właśnie to, że jest to na tyle ważne dla mnie, że aż piszę o tym w poście! ;)

Kolejny temat, który długo nie dawał mi spokoju to właśnie temat wyzwań. I tutaj niestety nie mogę dojść ze soba do porozumienia w żadnym stopniu. Jeszcze niedawno uparcie twierdziłam, że dobre są metody małych kroczków: spełnianie małych marzeń, celów, bo sprawiają mnóstwo radości, a trudniej o porażkę, łatwiej zrealizować i w ogóle same plusy – odsyłam do poprzedniego posta, gdzie chyba lepiej wyjaśnilam o co mi chodzi.
Niestety ostatnio ciągle przewija mi się temat wybierania najłatwiejszej drogi. Że nie powinniśmy tego robić. Że trzeba mierzyć wysoko. Nawet jeśli wydaje nam się, że nie jesteśmy w stanie. Bo tak naprawdę tym, co nas ogranicza, jesteśmy my sami. Czy zatem dążyć tylko do tych wielkich marzeń? Nie przejmować się takimi drobnymi szczęściami, jak puszka coli i od razu celować w upolowanie całej cysterny? Fajnie by było osiągnąć coś lepszego! Tylko że w trudnych zadaniach..... jest trudniej. Czyli jest większe prawdopodobieństwo, że się coś nie uda. Czyli porażka. A porażka to jest coś, czego nie lubimy. Więc zrezygnować? Żeby nie było porażki? I skupić się na małych celach? A może jest jakiś Złoty Środek? Wybierać tylko zadania średniej trudności? I być średnim?.... 




Zawsze uważałam, że ze wszystkich trzech magicznych słów najtrudniejsze jest „przepraszam”. Bo oznacza przyznanie się do tego, ze nawaliliśmy, że coś zrobiliśmy nie tak, że generalnie skopaliśmy coś. No i jeszcze do niedawna trudno było, żeby przeszło mi przez gardło. No bo jak to? Moja wina? Niemożliwe! 
O słowie „dziękuję” już nawet kiedyś było osobny post. Więc o tym jakie jest ważne, ale i czasem trudne,  już było.
Ale jak często nie doceniamy słowa „proszę!”. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że chyba prosić nie umiem jeszcze bardziej niż przepraszać. Przecież ja miałabym sobie z czymś nie poradzić? Nie potrzebuję niczyjej pomocy, dam sobie radę, o nic się prosić nie będę. Prosi się świnia, dwa razy do roku podobno, jak mawialiśmy w podstawówce. I nawet wikipedia potwierdza – 2.5 – 2.8 raza w roku :D
A gdyby tak zacząć się uczyć współpracy? Schować trochę dumy do kieszeni i umieć powiedzieć: „ Proszę cię o pomoc”, „Potrzebuję Twojej pomocy”? Ufff... Trudne!

Po zakończeniu trasy odebrali mnie znajomi (myślę, że byłoby to miejsce na pokadzenie w stylu „moje ulubione małżeństwo” albo coś podobnego – w końcu, gdyby nie Oni, wróciłabym do domu pół dnia później). Siedząc w samochodzie rozmawialiśmy o EDK. I padło pytanie, a raczej stwierdzenie: „Pewnie napiszesz na blogu jak było?” . Więc tak, napiszę :D

Trasa sama w sobie była przecudowna. Jednak chodzenie to jest coś, co Kocyki lubią najbardziej. Dużo lepiej się myśli, jak się idzie. Pewnie stąd też te wieczorne spacery... Ale do rzeczy. Było zmęczenie. Nie takie jak na Tropicielu, kiedy to nie miałam nawet jak ruszyć nogą, żeby zrobić krok w stronę mety. Takie raczej – zdrowe zmęczenie. Mięśnie trochę bolą, pęcherz na stopie uwiera, płuca nie nadążają, ale idzie się dalej. Chociaż przyznaję – był jeden ciężki moment. Śmiem twierdzić, że udało mi się usnąć.... idąc! Tego jeszcze nie było – spałam przy muzyce tak głośnej, że obudziłaby trupa, podczas rozwieszania nade mną antylunatykowych amuletów czy podczas przenoszenia mnie z pociągu do pociągu. Ale idąc?! 
Cudowny był też śnieg na Ślęży. Przepiękne widoki. A schodzenie... poezja! Ci, którzy byli ze mną w górach wiedzą, jak idzie mi schodzenie i, że zdecydowanie wolę robić to swoim tempem. Wiadomo jednak, że idąc z grupą trzeba troszkę się dostosować, nie zostawać za bardzo w tyle, ani zbytnio z przodu. Szczególnie, gdy jest się turystycznym... Tutaj schodziłam całkiem sama. Nie musiałam na nikogo się oglądać, na nikogo czekać, mogłam robić to tak, jak uważam za stosowane. I nawet nie zgubiłam szlaku! Jaka to była frajda! Dawno się tak dobrze nie bawiłam, przeskakując nad spływającą strumieniami wodą, z kamienia na kamień, próbując się nie poślizgnąć, ewentualnie wpadając po kolana w śnieg, gdy trzeba było kogoś przepuścić. Ah... 

Trasę uważam za udaną. Wróciłam zmęczona, ale szczęśliwa, podbudowana, odstresowana, zmotywowana i jeszcze do tego... nie wiem jakiego słowa użyć... przemyślana?

Polecam :D

A za tydzień powtórka z rozrywki, tylko na innej trasie: Bielawa – Bardo :)

niedziela, 6 marca 2016

Co ma marzenie do szczęścia?!

       Każdy z nas ma jakieś marzenia. I podobno spełnianie ich to jedna z ważniejszych rzeczy w naszym życiu – każde spełnione marzenie daje nam szczęście i mobilizuje nas do dalszej pracy nad sobą w celu spełniania kolejnych marzeń. I kółko się toczy, sami siebie napędzamy, jest fajnie.  Tylko czy na pewno „tak to działa”? To spełnione marzenia dają nam szczęście? Czy może jednak to, że włożyliśmy tyle trudu, pracy i dzięki temu się udało? Czy gdyby marzenie spełniło się samo, czy nadal tak by cieszyło?

    Czy zwracałeś kiedyś uwagę na to, z iloma (Iloma? tak to się odmienia? Jakoś dziwnie wygląda...) osobami w ciągu dnia rozmawiasz? Zakładając, że „dzień dobry”, „poproszę trzy chleby” oraz „tak, Panie Profesorze” to już "rozmawiasz", codziennie w naszym życiu zagadujemy dziesiątki osób. No dobra, może nie dziesiątki, ale tak czy siak jest ich dość sporo. Ale o ilu takich rozmowach pamiętamy wieczorem? Tydzień później? Miesiąc? W takim razie wyrzućmy te wszystkie osoby, z którymi tylko wymieniamy pojedyncze zdania i weźmy pod uwagę te, z którymi Rozmawiamy. Z którymi nawiązujemy konkretny dialog. O tym, co słychać,o pogodzie, o wykładzie, o sytuacji politycznej mniejszości religijnych w Republice Południowej Afryki czy o czymkolwiek innym. Ile takich osób naliczymy? W moim przypadku, w gorszym dniu 5-6, w lepszym - tak czy siak zawsze jakaś chociaż jedna się znajdzie. I ile TAKICH kontaktów zapada nam w pamięć? Zdecydowanie większy procent. Logiczne. Są więc rozmowy, które wylatują mi z głowy od razu (czasem nawet jeszcze przed końcem tej rozmowy). Są takie, które pamiętam do końca dnia i wracam do nich jeszcze podczas robienia obiadu czy powrotu z uczelni, i długo myślę o nich, ale następnego dnia przestają mieć znaczenie. Są też rozmowy, które zostają w głowie na zawsze.
Czasami zastanawiam się, dlaczego akurat ta, a nie inna rozmowa utkwiła mi w pamięci. Nie mówię oczywiście o tych ważnych, które zmieniły coś w moim życiu. Bo to zupełnie inny kaliber. Mówię o rozmowach, które tak naprawdę nie poruszały jakiś ważnych tematów, nie wpłynęły znacząco na moje życie, nie skompromitowałam się w nich na tyle, żeby to roztrząsać, nic wyjątkowego podczas nich się nie wydarzyło... Dlaczego więc ciągle gdzieś wracają?
Właśnie tego typu rozmowa przytrafiła mi się ostatnio. Niby nic wielkiego - prosta pogaduszka w trakcie spaceru. Żadnych ambitnych tematów. W trakcie rozmowy, ona sama w sobie nie była jakoś szczególnie istotna. Padło raptem kilka zdań, później temat jakoś sam przeszedł w inny. Czyli całkowicie - NIC SZCZEGÓLNEGO (poza oczywiście towarzystwem ;) ) . Jednak przez kolejne kilka dni, zdania, które padły, tłukły mi się po głowie. Co więcej, z każdym dniem zaczęły się pojawiać kolejne argumenty, pomysły w tym temacie i już trochę nawet zaczęłam prowadzić dialog sama ze sobą. I oto co wymyśliłam...

Wszystko zaczęło się chyba od stwierdzenia, że kiedy mogę zamknąć się w swoich własnych czterech ścianach, nakryć kocem i nikogo nie oglądać przez cały dzień, to czuję się szczęśliwa. Jako odpowiedź dostałam argument, że to nie do końca jest szczęście. Bo szczęściem nazywamy zazwyczaj to, czego nam brakuje. Czyli gdybym miała święty spokój cały czas, nie cieszyłoby mnie to tak bardzo. Ciekawe stwierdzenie. Początkowo nawet się z nim zgodziłam (to, że powiedziałam że się nie zgadzam, to zupełnie inna bajka! Nie można przecież w trakcie dyskusji ot tak po prostu zgodzić się z rozmówcą, szczególnie jeśli jest się kobietą). Jednak im dłużej o tym myślę, tym bardziej się z tym stwierdzeniem nie zgadzam.

Zauważyłam bowiem u siebie troszkę inną tendencję. Zwykle szczęściem nazywam to, co akurat mam. I nie chodzi mi teraz o pokazanie: patrzcie, tak powinniście robić! Cieszcie się z tego co macie! Nie. Raczej nazwałabym to „oszukiwaniem” siebie i wmawianiem sobie, że jesteśmy szczęśliwi.
Były momenty w życiu, kiedy miałam garstkę jakiś swoich przyjaciół. Wtedy uważałam, że jeśli człowiek ma kilku przyjaciół, to jest idealnie – bo ma z kim porozmawiać, ale nie jest uzależniony od jednej osoby. Kiedy nadszedł czas, że miałam tylko jedną bliską mi osobę, zwykłam żyć w przekonaniu, że jest to idealne rozwiązanie – w końcu mam kogoś, kto mnie zna, rozumie, komu mogę powiedzieć wszystko. A że jest to tylko jedna osoba, to tym lepiej, bo to właśnie na niej mogę się skupić. W międzyczasie nastał okres, kiedy nagle musiałam zajmować się mnóstwem rzeczy naraz – milion obowiązków, każde z innego źródła, sen spędzany w nocy z powiek z powodu terminów, itd. I wtedy uważałam, że jestem szczęśliwa, ponieważ kiedy człowiek ma dużo pracy, to nie ma czasu na głupoty, ponieważ czuję się potrzebna, ważna itd. Aż wreszcie nastał czas, kiedy odcięłam się od świata, zamknęłam w swoich czterech ścianach, bez dostępu do ludzi, nie robiąc zupełnie nic. Wtedy też byłam szczęśliwa. Bo przecież mogę odpocząć, nikt mi nie zawraca głowy, nikt mnie nie denerwuje, nie jestem od nikogo zależna, nie muszę się martwić tym, co kto pomyśli – no bo dlaczego ktoś miałby o mnie pomyśleć, skoro mnie nie ma? I w każdej z tych sytuacji byłam szczęśliwa. W końcu, kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. A ja naprawdę chciałam być szczęśliwa. Więc czemu by tego szczęścia sobie nie wmówić? Ważne, że działa.
Żeby nie było... To nie jest tak, że ja sobie wmawiałam: Sytuacja jest taka i taka, masz być szczęśliwa, bo ona jest idealna. To działa jakoś bardziej podświadomie: Zobacz, jest tak i tak. I zobacz jak jest fajnie.
Po czym więc poznać, że to nie jest to?
W moim przypadku zawsze po jakimś czasie pojawia się myśl: A może to jest do kitu? Może jednak nie tak powinno wyglądać życie? Może powinnam coś zmienić?
I to chyba ta chęć zmiany pokazuje, że jednak nie jest się tak do końca szczęśliwym.
Czym więc jest szczęście?
Jak powinna wyglądać sytuacja, żeby chcieć stwierdzić: „Jest super! Nic nie zmieniam! Jestem szczęśliwa!”?
Chętnie bym poznała odpowiedź, bo sama nie mam pomysłu. Ale gdyby się udało osiągnąć to szczęście, a właściwie to Szczęście, pisane przez wielkie S... Ciekawe jakby człowiek się wtedy czuł? Skoro takie małe, chwilowe szczęścia dają tyle radości...

Swoją drogą to jest też ciekawe. Bo szczęściem można nazwać swoją ogólną sytuację. Ale też szczęściem często zwykłam nazywać takie chwilowe stany. Na przykład ostatnio definicją szczęścia była dla mnie gorąca pizzerka z Trumienki, popijana zimną puszką coli (nic to, że głupia puszka kosztowała mnie całe 5 zł). I wtedy autentycznie byłam szczęśliwa. Fakt, po godzinie o tym szczęściu zapomniałam, ale to inna sprawa. No właśnie, i takie małe szczęścia nazywamy używając tego samego słowa, gdy opisujemy sytuację składającą się z  stabilnej sytuacji finansowej połączonej z kochającą rodziną i wspaniałymi przyjaciółmi. Czy to nie zabawne?
Dlatego ja bym to rozdzieliła. Te takie małe szczęścia, jak puszka coli czy dobra książka w chłodny zimowy wieczór, to szczęście. Natomiast ogólna sytuacja, ten całokształt taki, to będzie Szczęście.

Wiadomo, że zarówno do szczęścia jak i Szczęścia człowiek w jakiś tam sposób dąży. Tylko to pierwsze zdecydowanie łatwiej osiągnąć. A co jeszcze ciekawsze, dużo bardziej cieszy!
Jak to: gorąca pizzerka cieszy cię bardziej niż kochająca rodzina?!
Można tak powiedzieć... Bo kochającą rodzinę, pieniądze na koncie czy przyjaciela mam ciągle (no dobra, pieniądze to może nie ciągle). Więc po pewnym czasie przestaję to zauważać. A kiedy przestaję coś zauważać, to to przestaje cieszyć. I odwrotnie: jeśli tego wszystkiego nie mam, i dążę do tego, żeby to wszystko osiągnąć, to jest niesamowicie frustrujące, kiedy nam to nie wychodzi, kiedy się nie układa, kiedy znowu wszystko się wali. I tyle z tego Szczęścia mamy.
A te malutkie, drobne przyjemności? Przypomnij sobie, jak się czujesz, gdy wyjdziesz na uczelnię bez śniadania, zapomnisz kasy z domu, więc nawet nie masz jak kupić sobie bułki, w brzuchu burczy, a tu jeszcze trzeba wysiedzieć na wykładzie... I wracasz do domku, a tam już na klatce schodowej niesie się zapach twoich ulubionych kotletów (nie wiem, czy kotlety mogą być aż tak aromatyczne? Może raczej to jakaś zupa tak pachnie? Albo frytki. O tak, frytkami zawsze pachniało na całej klatce....). I siadasz przy stole, patrzysz na ten pełny talerz, i co czujesz? No szczęście, jak nic. I to takie, że masakra.

No dobra, tu muszę się trochę zgodzić. Nazywamy szczęściem ten obiad, colę czy cokolwiek innego, bo nam tego brakowało przez cały dzień (przyznaję rację!). Ale w przypadku Szczęścia ta wspominania na początku  definicja zupełnie się nie sprawdza. Tu z góry wiemy co jest Szczęściem – nie możemy powiedzieć, że jest nim to, czego nam brakuje. Tu jest matematycznie – albo mamy to i to, albo nie mamy. Albo więc jesteśmy Szczęśliwi albo nie...

No dobra, to wyszły takie przemyślenia. Trochę zagmatwane, trochę poplątane, ale po prostu temat jest tak głęboki, tak obszerny i tak ciekawy, że nie potrafię tego jakoś lepiej poukładać.
Ale może warto się zastanowić, co jest szczęściem dla mnie? W tej konkretnej chwili?
Czy coś, co już mam i cieszę się z tego i dlatego jest to szczęściem? Czy może coś, czego mi brakuje? Co chcę mieć?

Ja (nie zaczynamy zdania od "ja!") na przykład w tym momencie siedzę pod cieplutką kołderką, z gorącą herbatą w dłoni, zmęczona  po aktywnym weekendzie, ale mimo wszystko z uśmiechem na twarzy. I jestem Szczęśliwa – wszystko idzie jak trzeba, brzuszek jest pełny, mam dookoła siebie wspaniałych ludzi, z którymi mogłam spędzić te minione 3 dni, miałam okazję pochodzić po górkach (i schodzić własnym tempem! jupi!) , jutro nie muszę wcześnie wstawać, dostałam kilka miłych wiadomości od ludzi, obejrzałam zdjęcia z ostatniej wycieczki, które przywołując wspomnienia, wywołały uśmiech na mojej twarzy...  Jeszcze tydzień temu nie powiedziałabym, że coś takiego może mnie uszczęśliwić. Na pewno nie to było moimi marzeniami. I do tego teraz zdecydowanie nie mogłabym  nazwać kocyka i czterech ścian szczęściem!  Ale puszką coli bym nie pogardziła ;)