wtorek, 29 grudnia 2015

"Cudze chwalicie ..."

       Miałam wtedy pięć, może sześć lat. Namalowałam obrazek, farbkami. Zaniosłam go mamie i zapytałam, czy ładnie. Mama rzuciła okiem na rysunek i rzucił krótkie „Nie”. Pamiętam, że wtedy mnie wmurowało. Przecież zawsze chwaliła to, co zrobiłam! Wzięłam więc obrazek, wróciłam do pokoju i zaczęłam go poprawiać. Gdy zaniosłam ulepszoną wersję i zapytałam, czy teraz lepiej, dostałam w odpowiedzi tylko krótkie „Tak”.

Dziś ta sytuacja wydaje mi się zabawna. Chociaż wtedy to zwykłe „nie” podchodziło pod dramat. Pomimo że minęło piętnaście lat, nadal gdy mam kogoś zapytać o to, czy robię daną rzecz dobrze, nadal czekam na to uczucie, które pojawiło się wtedy, gdy dostałam nie taką odpowiedź jak oczekiwałam. Dlatego zazwyczaj nie pytam. Albo wręcz przeciwnie – zakładam, że jest do bani, żeby co najwyżej się przyjemnie zdziwić. Ale ile to już ludziom krwi napsuło!

      Nie dalej jak dwa dni temu rozmawiałam na fb z pewnym znajomym. Jak to zazwyczaj ze mną bywa, zaczęłam mieć wyrzuty sumienia, że człowiek wraca zmęczony z pracy, pewnie chciałby odpocząć, a ja do niego pisze w środku nocy. I to z niczym poważnym. Ot tak, żeby sobie pogadać. Zaczęłam go przepraszać, że „zawracam mu gitarę”
O ile można wyczuć to z tonu wiadomości tekstowej, wręcz poczułam, jak mnie opierdzielił, że mam nie nazywać tego zawracaniem gitary. 
Do wielu ludzi w swoim życiu już używałam tego zwrotu. Nie raz liczyłam, że ktoś mi napisze coś w stylu „daj spokój, nie zawracasz”, „nie mam nic przeciwko”. Ale on był pierwszą od kiedy sięgam pamięcią, która to zrobiła. To miłe. Nawet bardzo. Dzięki temu poczułam, że chyba jednak ma ochotę ze mną rozmawiać. Że nie przeszkadza mu, że tak często zabieram mu długie godziny, które mógłby spożytkować inaczej. Niby jedno proste zdanie, ale radość z tego niesamowita :-)

     Są osoby, na których zdaniu zależy mi szczególnie. I tak jak w dzieciństwie biegałam do mamy z każdym dziełem, tak teraz też czasem mam ochotę pokazać pewnym osobom to, czym się zajmuję. 
Niestety, mama odpada. Kiedy tworzę jakąś aplikację i próbuję jej o niej opowiadać, patrzy na mnie maślanymi oczami, niewiele rozumiejąc. Rysunków już nie robię. Wiersze dawno przestałam pisać – zresztą, nigdy nie były zbyt dobre. 
Mam jednak jedną osobę, której podsyłam zawsze swoje wpisy na bloga, grafiki, czy cokolwiek co tworzę, co można szybko ocenić. Zazwyczaj dostaję informację w stylu: „do bani, ale pokazuj światu!”. Gdy dopytuję, co jest nie tak, słyszę „Nic, żartowałem. Jest super.”. Zazwyczaj po czymś takim moja urażona duma postanawia skasować wszystko, M. namawia mnie, żebym jednak to puściła w świat i wychwala dzieło pod niebiosa, ja kłócę się z nim, że robi to tylko po to, żeby nie było mi przykro, on zaprzecza, po czym ja publikuję. I tak za każdym razem. Do tej pory nie wiem, czy w jego odczuciu dana rzecz jest dobra czy kiepska, nie potrafię tego rozgryźć. Po cichu jednak liczę na to, że gdyby była aż tak tragiczna, powstrzymałby mnie przed publiczną kompromitacją.

    Tym bardziej, że na ratunek w tej kwestii przychodzi pewien człowiek, który już od ponad roku czyta moje posty, do czego się już nie raz przyznał. Niby nic wielkiego, ale wystarczyło, że ta osoba raz udostępniła na swojej tablicy jeden z moich postów, a rok później (!!!) pokazywała innym tego posta. Mimo że na początku było mi głupio (gdybym wiedziała, ile osób go zobaczy, bardziej bym się postarała), to jednak te kilka centymetrów w swoich oczach urosłam. Do tego od czasu do czasu dostaję feedback, że przeczytał, że świetnie piszę i że mam dalej pisać i liczba postów pojawiających się na blogu rośnie (ostatnimi czasy to nawet aż do przesady...). Oprócz tego dzięki temu powstały tony opowiadań, które wylądowały w koszu, jedna prawie książka, którą kilka osób miało okazje przeczytać i setki stron pisanych wieczorami o niczym. Niby nic wielkiego, ale powiedzenie „robisz to dobrze” wystarczyło, żeby znaleźć mi zajęcie i jeszcze mnie podbudować :D

   Chociaż jest jedna osoba, która robi znacznie więcej, niż powiedzenie „robisz to dobrze”. Ta osoba od czasu do czasu mówi mi też „robisz to źle”. Co w tym dobrego? Otóż, dzięki temu wiem, że kiedy słyszę pochwałę, to nie jest to tylko grzeczność. Że faktycznie zrobiłam to super. 
Na początku strasznie się wściekałam, słysząc co chwilę o kolejnej rzeczy, którą mam poprawić. Nie ukrywam, że czasami nawet miałam ochotę rzucić to wszystko i stwierdzić, że ja się do niczego nie pchałam, zawsze mówiłam, że na tym się nie znam, więc proszę ode mnie nie wymagać cudów. Ale niestety mam w głowie pewien uparty głosik, który ciągle mi mówił, że mam to robić tak długo, aż w końcu usłyszę, że jest dobrze. No i zazwyczaj w końcu się udawało uzyskać aprobatę.
I to, że czasem mówię, że nie potrafię czy nie jestem w stanie zrobić pewnych rzeczy, to wcale nie oznacza, że tak jest. Głosik bywa bardzo uparty, więc pewnie i tego, czego nie umiem, będę musiała się nauczyć...  

Tylko trzeba pomimo mojego wściekania się, dostatecznie często przypominać mi, że mam się tego nauczyć ^^  

   Jest jeszcze jedna wyjątkowa osoba. Usłyszałam od niej tylko raz, że to co robię, robię wspaniale. Ale nie ukrywam, podbudowało mnie to. Dlaczego? Bo jest to osoba, którą w jednej konkretnej kategorii uważam za swój wzór do naśladowania. Często słyszę od niej uwagi o tym, jako można by zrobić to czy tamto żeby było dobrze, jak sobie poradzić z pewnymi trudnościami. Dlatego taka informacja od niej... no cóż – kolejne centymetry w górę. Co ciekawe, ta osoba prawdopodobnie nie wie, że jest moim autorytetem. Nie wie zatem, ile jej pochwała znaczy dla mnie. Dlatego czasem warto kogoś pochwalić. Może akurat sprawicie mu większą radość, niż myślicie? :D

     Niesamowicie poprawiła mi również ostatnio humor rozmowa z pewnym chłopakiem. Nie znamy się zbyt dobrze, ale tak wyszło, że mieliśmy okazję spędzić razem trochę więcej czasu przy herbacie. Wiadomo, w takich sytuacjach często mówi się o sobie. Nigdy chyba nie zapomnę wyrazu twarzy tego człowieka, gdy mówiłam kolejne fakty dotyczące mojej skromnej osoby: czym się zajmuję na studiach, że troszkę programuję, gdzie pracuję... Wiem, że to już podchodzi pod zadufanie w sobie, ale miło było komuś zaimponować i tak dobitnie to poczuć. Dobrze to zrobiło mojej samoocenie. Teraz tylko nie zepsuć tego pierwszego wrażenia... ;)


Miło jest usłyszeć, że robi się coś dobrze. Szczególnie od ludzi, którzy mi w jakiś sposób imponują. Albo od ludzi, na których mi zależy. 
Dziękuję wszystkim, którzy w ten sposób już nie raz poprawili mi humor i podnieśli na duchu. Bo czasami wiem, że coś robię dobrze. Zazwyczaj jednak tylko podejrzewam, a negatywne głosy z głowy robią swoje i po czasie stwierdzam, że jednak to jest do kitu. No cóż, jakąś wadę trzeba mieć :D  
Dziękuję również tym, którzy potrafią mi powiedzieć, kiedy coś jest nie tak i jak zrobić, żeby było lepiej. 

Podobno jak się komuś powie o swoim postanowieniu, to później jest łatwiej je zrealizować. Dlatego moje postanowienie na nowy rok: częściej mówić ludziom, że coś robią dobrze! Zachęcam to tego samego :)

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Co wydarzyła się w Krakowie, zostaje w Krakowie - po raz drugi!


Poprzedni post wzbudził wśród znajomych rewolucję. Jeszcze nigdy nie dostałam aż tylu wiadomości w ciągu kilku dni! Zbieg okoliczności? Czy może aż tyle osób czyta to moje marudzenie?


Wiem, że to już podchodzi pod całkowity brak skromności, ale miło mi za każdym razem, gdy słyszę, że ktoś to przeczytał. Dlatego możecie śmiało dawać znak, że Wam się podobało ;) Ale konstruktywna krytyka też jest mile widziana (przy okazji po raz kolejny, teraz publicznie, dziękuję osobie, która ostatnio mi powiedziała, co było do kitu).

Ale do rzeczy...

W sobotę wybraliśmy się z Przystanią do Krakowa. Dzieci zabrały kanapeczki do plecaczków, przyszły na dworzec, pani wszystkich policzyła i pojechaliśmy. Czułam się jak na szkolnej wycieczce z czasów podstawówki!
Zabawa zaczęła się już w pociągu. Najpierw niezobowiązująca rozmowa o chowaniu zwłok, później próby związywania śpiącym sznurówek, a na koniec dyskoteka, przy muzyce klasycznej. Do tego dorzućmy brak ogrzewania i opóźnienie z powodów technicznych i mamy przepis na idealną wycieczkę.
Zwiedzanie zaczęliśmy od zrobienia niebanalnego zdjęcia. Żeby było oryginalnie, tak jak jeszcze nikt do tej pory robił– podskoczymy. Jednak starość nie radość – strzelające kolana upewniły nas w przekonaniu, że kolejne zdjęcia powinniśmy robić bardziej statycznie. W międzyczasie nasza Wspaniała Pani Przewodnik zabawiała nas ciekawostkami o grubości murów Barbakanu.
Pogoda niestety nam nie dopisała - świecące prosto w oczy słońce sprawiło, że źle wychodziliśmy na zdjęciach.
Oprócz wspomnianego już Barbakanu pozwiedzaliśmy również kościoły. Niestety po piątym straciłam rachubę, ile ich było. Ale cóż się dziwić, jak się jedzie w takim towarzystwie...
Na obiad, po studencku, mieliśmy pizzę. Pizza jak pizza, dobra. Ale ta chwila, żeby usiąść i odpocząć, po kilku godzinach szaleńczego biegu po mieście... to dopiero radość!
Odwiedziliśmy również plac zabaw dla studentów – z samymi edukacyjnymi zabawkami. Posiłowaliśmy się z metalową kulką, pokręciliśmy południkami i pooglądaliśmy termometry. Ju-huuu!
Nawet droga powrotna minęła całkiem przyjemnie – pomimo że nie pozwolili mi siedzieć z dala od nich.

Skoro było tak fajnie, dlaczego chcę zostawić w Krakowie to, co się tam wydarzyło? 


Kraków od zawsze był dla mnie takim miastem z marzeń. Prawdopodobnie jest to efekt kiczowatych komedii romantycznych, których akcja dzieje się właśnie tam (<3) , ale nie ważne. Od zawsze chciałam tam pojechać, pozwiedzać, zobaczyć jak to naprawdę wygląda. No i odświeżyć wspomnienia z wycieczki, na której byłam w tymże mieście w wieku 5 lat.
Taka okazja nadarzyła się rok temu – byłam na konferencji organizowanej przez AGH. Wykłady, przemówienia i inne takie, ale udało mi się też wyrwać na zwiedzanie miasta o wschodzie słońca oraz na nocne łażenie po ciemnych uliczkach. Temu wspomnieniu jednak brakuje uroku, ponieważ za wyjątkiem czasu zorganizowanego, wszystkie te wspaniałe rzeczy robiłam sama. Dlatego stwierdziłam, że dobrze będzie, jeśli to wspomnienie zostanie tam, a ja poczekam na kolejne.

Oczywiście nie wspominam nawet o tych wspomnieniach, które powinny zostać w Krakowie ze względu na poniżająco niski poziom, który sobą reprezentują... Chociaż pośmiać się z hmm... sympatycznego organizatora zawsze można. :D 

No i stało się – pojechałam do Krakowa z ludźmi, którzy ostatnimi czasy są dla mnie najbliżsi (jakby nie patrzeć, poświęcam im więcej czasu i uwagi niż jakiejkolwiek innej osobie/rzeczy). Na prawdę cieszyłam się na ten wyjazd. Wiedziałam, że będzie trudno wytrzymać z nimi wszystkimi cały dzień, ale już o dłuższego czasu się wprawiam, więc stwierdziłam, że dam radę. Niestety, zmęczenie robi swoje. Człowiek najpierw mówi, potem myśli. A jak już myśli, to myśli za dużo. I zaczyna rozważać to, że może niepotrzebnie coś powiedział. I jest zdenerwowany, że to powiedział i ze zdenerwowania mówi coraz więcej rzeczy, których nie powinien. I znowu myśli... I tak właśnie psuje sobie humor bardzo skutecznie.
Do tego akurat tego dnia skończyła się energia w mojej szklanej kuli dla chomika, więc już całkowite combo.

Co zostało powiedziane, to zostało. Część bardziej prawdziwa, część mniej. Część powiedziana ze zdenerwowania, część po to, żeby kogoś zdenerwować. Pozostaje tylko nadzieja, że ludzie tego nie usłyszeli, nie przyłożyli do tego takiej wagi jak ja lub zdążyli zapomnieć. No i nadzieja, że to pozostanie w Krakowie.

Oczywiście nie było aż tak źle- są też pozytywy! Nikt nie próbował wysuszyć Wisły... Udało mi się porozmawiać z osobą, którą do tej pory znałam tak naprawdę tylko z imienia... I nawet udało mi się wytrzymać w postanowieniu adwentowym – nie byłam wredna dla żadnego księdza :D No i nikogo nie zgubiłam! Do tego, pomimo jechania na prawie pustym akumulatorze, udało mi się przez całą drogę z kimś rozmawiać! Czasem bardziej poważnie, czasem mniej, momentami już niektórzy wyraźnie mieli mnie dość – ale ani ja od nikogo z krzykiem nie uciekłam, ani nikt ode mnie, więc można to uznać za sukces.

Mimo wszystko, to co się wydarzyło w Krakowie, niech tam pozostanie, a ja czekam na kolejną możliwość wyjazdu tam i zrobienia go, tym razem „tak jak należy”.
Ktoś chce jechać ze mną? :D

sobota, 12 grudnia 2015

W przypływie pijackiej szczerości...

      Czasem są takie dni, że człowiek ma ochotę z kimś porozmawiać. I nawet najbardziej zamkniętym w sobie introwertykom się to zdarza! Zazwyczaj siedzę wtedy przed komputerem, odświeżając co kilka sekund facebooka i sprawdzając, czy ktoś do mnie może nie napisał... I parafrazując Kubusia Puchatka, im bardziej sprawdzam, tym bardziej nowych wiadomości nie ma.
W tedy, w zależności od nastroju, robię jedną z dwóch rzeczy:
Albo obrażam się na cały świat, bo przecież gdyby ktokolwiek mnie zauważał/myślał o mnie/lubił mnie/itd., to przecież by się domyślił, że akurat dziś potrzebuję żeby do mnie napisano.
Druga wersja wydarzeń sprowadza się do tego, że sama piszę do konkretnych osób licząc, że z mojego rozpaczliwego „Cześć! Co słychać?” domyślą się, że powinni ze mną porozmawiać. Niestety, jakoś tak ten świat działa, że ludzie się nie domyślają. Więc zazwyczaj rozmowa wygląda w ten sposób:

- Co słychać?
-  W porządku. A u Ciebie?
- Też.
- To pa.
- Pa.


Czasami zdarzają mi się jednak przebłyski w stylu: „A może jednak ludzie nie czytają w myślach?”.  Zazwyczaj takie przemyślenia miewam właśnie w tytułowym przypływie szczerości, w środku nocy  albo po wyjątkowo ciężkim dniu, kiedy to rozsądniej byłoby się w ogóle nie odzywać. Zazwyczaj jednak, ku ogólnej uciesze wszystkich zainteresowanych, zaczynam właśnie wtedy pisać do ludzi, informując ich o tym, jak bardzo potrzebuję porozmawiać, jak jest do kitu i że generalnie wszystko jest nie tak jak powinno.
Oczywiście nie piszę do przypadkowych osób! Są one wybierane nadzwyczaj starannie!
Zazwyczaj jest to
a) osoba, która raz czy dwa mi pomogła w podobnej sytuacji i pomimo że już nie raz usłyszałam od niej, że marudzę i powinnam przestać pisać, to nadal to robię – skoro tyle razy wytrzymała, to i teraz wytrzyma
b) nowo poznany przystojny chłopaka co! Niech wie, z kim ma do czynienia i w co się pakuje! (nawet jeśli w nic się nie zamierzał pakować...)
c) osoba, która niedawno sama mi truła o milionach swoich problemów – ja musiałam słuchać, niech teraz ona słucha!

Co ciekawe, reakcje ludzi też są prawie zawsze takie same. Ludzie z grupy a) zazwyczaj uciekają z krzykiem, czasem nawet zanim jeszcze zacznę narzekać. Co niektórzy już mają taką wprawę, że gdy tylko pytam, co słychać, to stwierdzają, że muszą iść spać, bo późno.
Osoby z grupy c) zazwyczaj zaczynają też narzekać, ponarzekamy sobie chwilę, po czym kończy się to albo obustronną depresją, albo ja mam tak dość, że uciekam z krzykiem, stwierdzając, że muszę iść spać.
Najciekawsza jest grupa b – ponieważ na podstawie odpowiedzi możesz ją zaklasyfikować do grupy a albo do grupy c. Zawsze jest więc pewien dreszczyk emocji...

Pięknie – narzekam na to, że narzekam!

Niedawno odkryłam ciekawą rzecz. Jeśli nie narzekasz, ludzie chętniej z Tobą rozmawiają! Z moim charakterem jest to dość trudne do realizacji, ale lubię wyzwania. Dlatego od pewnego czasu piszę do ludzi tak po prostu. Część nadal nie może się przestawić i z przyzwyczajenia już pisze, że musi iść spać. Ale jest też kilka osób, z którymi można prowadzić naprawdę ciekawe konwersacje! I nawet jeśli dzień był naprawdę kiepski, ale się o tym nie wspomni, to kilka wiadomości może sprawić, że dzień stanie się od razu lepszy!

Niestety te osoby zazwyczaj nie wiedzą, jak bardzo mi pomogły. Po kilku takich razach, zaczyna mi być głupio, że nie wiedzą i zaczynam rozmyślać nad napisaniem im, ile im zawdzięczam. W tedy dopiero zaczyna się zabawa!

Najpierw zastanawiam się, czy wypada w ogóle coś takiego napisać. Później, co napisać, żeby ta osoba to dobrze odebrała. Następnie, czy to na pewno wysłać. Piszę na brudno. Poprawiam błędy. Czytam jeszcze raz. Stwierdzam, że to bez sensu. Kasuję wszystko. Piszę jeszcze raz. Przestaję czuć wdzięczność, a jedynie frustrację. Denerwuję się. Próbuję jeszcze raz. Wychodzą w miarę składne zdania. Jestem zła, że byłam zła. Słodzę jeszcze bardziej, żeby wynagrodzić niczemu nieświadomej osobie jak bardzo mnie zdenerwowała. Wysyłam. Czytam jeszcze raz. Stwierdzam że to było głupie. Modlę się, żeby nastąpiła ogólnoświatowa awaria Internetu i żeby ta wiadomość nie doszła....

Jeszcze gorzej jest, kiedy jestem na kogoś konkretnego zła. Zazwyczaj oczywiście za jakieś poważne zbrodnie, typu: nie napisał do mnie, nie odpisał albo, o zgrozo, nie napisał tego co akurat potrzebowałam! W tedy zazwyczaj unoszę się honorem i stwierdzam: „Choćby się waliło i paliło, nie napiszę do niego/niej pierwsza!”. Im bardziej jestem zła na daną osobę, tym oczywiście krócej trwam w postanowieniu. Tutaj jednak wiem, że nie wypada pisać długich i obraźliwych wiadomości, opisujących jak bardzo zła jestem. Zazwyczaj ograniczam się do krótkiego, wrednego tekstu lub, jeśli ktoś szczególnie podpadł, do mrożącego krew w żyłach: „Co słychać?”. Niestety zauważyłam, że to nie przynosi spodziewanych efektów. Wręcz przeciwnie. Zazwyczaj kończy się to kacem moralnym („Przecież miałam nie pisać!”) a rzeczona osoba tak czy siak, nie zaczyna do mnie pisać sama z siebie...


Od pewnego czasu jednak Introwertyczny Koc robi postępy – zaczyna ROZMAWIAĆ z ludźmi. Nie PISAĆ do nich, ale właśnie rozmawiać.

Skąd w ogóle taki pomysł?!?!

Kilka miesięcy temu pewna osoba do której napisałam właśnie w tytułowym stanie spowodowanym zmęczeniem i późną godziną, zamiast mi odpisać, podeszła do mnie i zaczęła rozmawiać ze mną o tym, co napisałam. Muszę przyznać, że to był dla mnie szok: osoba do której piszę, nie jest tylko obrazkiem z nazwiskiem, koło którego pojawiają się literki! Ta osoba naprawdę istnieje! Zazwyczaj jakoś tego nie zauważałam – Internet to było jedno, rzeczywistość to drugie. I się nijak ze sobą nie łączyło. A tu nagle, to jedno i to samo!  W tedy stwierdziłam: „a może jednak by tak zacząć rozmawiać, z tymi prawdziwymi ludźmi?”.

Oczywiście to nie takie proste: ludzie sami nigdy nie zagadują, nie mają czasu, nie wiadomo jak zacząć, czy oni chcą rozmawiać, czy można o tym powiedzieć... W Internecie jest prościej. Piszesz, wysyłasz i już. A tu musisz oglądać reakcję tej osoby! Uhhh....

Na szczęście na swojej drodze spotkałam pewną niesamowitą osobę, która ma nadzwyczajny dar: potrafi rozpoznać, kiedy potrzebuję pogadać. Co ciekawe, nigdy nie daje po sobie poznać, że to widzi. Zazwyczaj zaczyna jakiś temat zupełnie nie związany ze mną i nagle w jakiś magiczny sposób okazuje się, że zaczynam opowiadać o tym, o czym akurat potrzebuję. A że jestem straszną gadułą, to schodzi godzina, druga, trzecia... Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś potrafił pisać ze mną 3h! Mało tego – przez te kilka godzin pisania nie byłabym w stanie powiedzieć i usłyszeć tyle co w trakcie rozmowy!

Oczywiście nadal są wśród moich bliższych i dalszych znajomych osoby, do których nie zadzwoniłabym/nie odezwałabym się choćbym miała pistolet przy głowie – ale napisać, napiszę. Może i na nich kiedyś przyjdzie czas, nie wiem. Jednak ta garstka, do których potrafię się odezwać – niesamowita sprawa, ile mi to daje! Tak więc powoli, Introwertyczny Koc przestaje być aż tak Introwertyczny. A to wszystko tylko i wyłącznie dzięki ... !

Ps. To wcale nie jest tak, że ten post powstał ze złudną nadzieją, że przeczytają to osoby, o których myślę, że powinny do mnie napisać i że nagle się same z siebie odezwą!

poniedziałek, 2 listopada 2015

Czy "po prostu być" to za mało?

Ostatnio dość często zdarzało mi się mieć czas na myślenie (tak, jak nie mam czasu, to nie myślę ^^ ) - to spacerek na 55 km (!!!) , to podróż do domu, to bieganie - okazji było sporo. Może nie doszłam jeszcze do tego poziomu, żeby myśleć o świętości, ale "szczęście" to temat, który mnie nie przerasta zbytnio. Więc nim się zajęłam...

(I od razu nasunął mi się komentarz, który kiedyś usłyszałam: "Czy Ty nie myślisz za dużo?". Może i tak. Ale co z tego?) 

Zaczęłam od prostej sprawy - przywołałam w głowie momenty z życia, w których byłam szczęśliwa. Trochę ich się nazbierało: wygrany konkurs, zachwyt Polonistki po przeczytaniu mojego wiersza, Niezapomniana Odpowiedź Z Historii, pierwsza wypłata, pierwsza ukończona pielgrzymka, 12 listopada 2012, mnóstwo chwil z Bursy (monolog o zaje...fajności białych adidasów!) , pierogi (które zrobiłam bez pomocy Mamusi! Pycha!), ukończony Tropiciel - gdybym miała wymienić wszystkie chwile, w których byłam szczęśliwa... No cóż, wystarczy powiedzieć, że przypomnienie mi ich sobie zajęło około 10 km :D

Później jednak padło trudniejsze pytanie: okresy w życiu, w których byłam szczęśliwa. Ale tak na prawdę szczęśliwa - z tego co robię, jak robię itd.
Mówi się, że studia to najlepszy okres w życiu człowieka. Niestety nie mogę się zgodzić.
Jak na razie liceum bije studia na głowę!
Po pierwsze - Bursa. To, co tam się działo, ukształtowało większość mojej osobowości. To stamtąd wziął się Kocyk, to tam Introwertyczny Koc dowiedział się, że niektórzy ludzie nie gryzą, tam był M., tam byli Przyjaciele. Ale liceum kojarzy mi się z czymś jeszcze - Aniołkolatki. I to jest to, co w największym stopniu sprawiło, że okres szkoły średniej to najszczęśliwszy czas w moim życiu.

Ale po kolei, dla niewtajemniczonych:

- Co to są Aniołkolatki?

Świetlica dla dzieci, tuż obok mojego LO, umiejscowiona w piwnicy klasztoru franciszkanów (coś mnie ciągnie do tych klasztorów ;) ) .

Generalnie wyglądało to tak, że gdy tylko mogłam, zaraz po lekcjach tam kierowałam swoje kroki. Tam kawusia, kanapeczki, ploteczki... a w międzyczasie pomaganie dzieciom w lekcjach, wymyślanie zabaw dla nich, pilnowanie podczas zabaw na dworze. Brzmi niezbyt zachęcająco? No cóż, dla mnie niesamowitą radością było, gdy któreś "moje dziecko" przyniosło ładną ocenę dzięki wspólnemu odrabianiu zadań. Albo granie z nimi w piłkę i pytanie chłopaków (z ukrywanym zachwytem): "Skąd pani umie robić kapki!?". Albo dzieci, które początkowo bardzo nieśmiałe, nagle zaczynały mi opowiadać o tym, co lubią. Niesamowite.
To było dla mnie takie miejsce, gdzie mogłam podładować akumulatory. Pomimo że spędzałam tam sporo godzin, wracałam z zapasami energii na najbliższe dni.

Gdzieś kiedyś usłyszałam, że czas poświęcony innym zwraca się podwójnie. Jestem na to żywym dowodem. Gdy chodziłam do Świetlicy potrafiłam spędzić tam cały dzień, później odrobić lekcje, nauczyć się czego trzeba, pograć z M. w ping-ponga, przepytać D. z hormonów (<3) i porozmawiać z wychowawcami, wyspać się i zrobić wszystko inne co jeszcze trzeba było. Gdy poszłam na pierwszy rok studiów i miałam tylko i wyłącznie obowiązkowe zajęcia, nigdy się z niczym nie wyrabiałam. Taka magia :)

Nas, wolontariuszy, było mało. Pamiętam okres, gdy przychodziła tylko Asia i ja. No i oczywiście Gosia - bez niej, nic z tego by się nie udało! Mimo tak małej grupy, zawsze dawaliśmy radę. W końcu więcej nie zawsze znaczy lepiej. Czasami nawet mała grupka może zdziałać cuda. I to właśnie robiliśmy - cuda. Potrafiliśmy zająć się wszystkimi dziećmi, zorganizować im Mikołajki czy Andrzejki, wyjścia na basen czy do McDonalda. A dzieciaki się cieszyły!

Zawsze wracając ze Świetlicy dzwoniłam do mamy - droga długa, cała górka do przejścia, miło gdy ktoś towarzyszy, chociażby przez telefon. Nie raz słyszałam: "Znowu tam byłaś? Odpoczęłaś byś w końcu trochę.". Tylko że dla mnie to właśnie był odpoczynek.

Teraz Los spłatał mi figla.

Jak już wspomniałam, ciągnie mnie do klasztoru - tym razem do Marianek. No i nie jest pod górkę, tylko przez ruchliwe skrzyżowanie. I dzieci jakby troszkę większe - sami studenci. Ale też nas jest mało. Też mamy kawę i ploteczki, a we wtorki nawet kanapeczki i inne kulinarne specjały. Ale reszta się zgadza: tam kieruję swoje kroki zaraz po zajęciach, wracam równie szczęśliwa i słyszę to samo marudzenie Mamy w słuchawce ;) Też próbujemy robić cuda. I też nagle mam więcej czasu, niż rok temu (kocham ten paradoks!) .



A ile pozytywów wyszło poza przedłużeniem doby! Nowe znajomości (mam nawet z kim iść do kina!), zdobycie umiejętności dzwonienia i odzywania się do obcych ludzi (i jeszcze nikt mnie nie pogryzł!), kilka ładnych zdjęć (a co! będą na pamiątkę!) :D 

Więc taka konkluzja (jakieś takie mądre słowo mi się narzuca, mam nadzieję, że znaczy to, co mi się wydaje!) mi się nasuwa od razu, sama z siebie - czyżby zatem teraz był też ten okres, kiedy jestem szczęśliwa?
Pomimo problemów, które zdecydowanie dają mi się we znaki bardziej niż w liceum (temat na osobnego, przytłaczającego i smutnego posta, którego chyba jednak się nie podejmę ;) ) , myślę, że tak.

Jaki jest więc przepis na szczęście? 

Być tam, gdzie cię akurat potrzebują. Robić coś, co przyniesie radość drugiemu człowiekowi (a najlepiej kilku człowiekom). Robić to, co się lubi. I najlepiej, żeby te wszystkie zdania odnosiły się do tej samej czynności!

Ale tak w skrócie:

Po prostu Być!  
(Eh, miał rację...)

niedziela, 27 września 2015

I znowu "w górach jest wszystko co kocham" ;-)

       Obóz w Białym Dunajcu skończył się ponad tydzień (prawie dwa!) temu, jednak ciągle widzę codziennie na facebooku kolejne nowe zdjęcia, relacje, wspomnienia. Myślałam, że już po kilku dniach ludzie wrócą do szarej codzienności, a tu taka niespodzianka! Czyli nie tylko ja przez długi czas po Białym nie mogę dojść do siebie! Pocieszające... ;)

Skoro piszą wszyscy, to i ja. Tylko że... nie chcę powtarzać wpisu z zeszłego roku. A opinie jak to było wspaniale na tegorocznym wyjeździe, pojawiają się co chwilę na facebookowym profilu obozu. Cóż więc by tu zrobić, żeby było oryginalnie?

Już wiem!

Dla mnie obóz zaczął się kilka dni wcześniej – 31 września. Rok temu pojechałam na Biały bez żadnych oczekiwań. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ani jak to wszystko będzie wyglądać. Każde z rzeczy która mnie wtedy spotkała była dla mnie niespodzianką. A wiadomo jak to jest z niespodziankami – nawet jeśli nie jest w 100% trafiona, to i tak jesteśmy szczęśliwi, bo niespodzianka to niespodzianka i uszczęśliwia mimo wszystko. 
W tym roku było trochę inaczej: pamiętając zeszłoroczny wyjazd, miałam pewne nadzieje co do obozu- że to będzie wyglądało tak, że tamto inaczej. W głowie miałam mnóstwo myśli - co zmienię, co zrobię inaczej, lepiej.  Planów było sporo, tym bardziej, że w tym roku jechałam w trochę innej roli i miałam mieć swój udział w „tworzeniu” chaty Przystani.

Dni Zero, (tak w myślach nazywam okres przed oficjalnym rozpoczęciem obozu) zaskoczyły mnie zupełnie.  Przyjechałam w niedzielę wieczorem. Wysadzili mnie z samochodu gdzieś w samym centrum, więc obładowana jak juczny osioł, ruszyłam w stronę swojej chaty. To, co pierwsze rzuciło mi się w oczy, to fakt, że wioska jest dużo większa, niż myślałam. Pamiętam, ze w zeszłym roku strasznie narzekałam, gdy trzeba było iść na Mszę do „pobliskiego” kościoła – ot, spacerek na 30 minut. Wtedy byłam pewna, że jest to drugi koniec miejscowości. Idąc przez wioskę z bębenkiem, który co krok obijał mi się o nogi i ciężkim plecakiem, w którym coś wżynało mi się w plecy, uświadomiłam sobie, że wyjście do kościoła było krótkie, miłe i przyjemne. Tak więc pierwsze wrażenie po roku przerwy – pozytywne. Druga kwestia, która od razu przyciągnęła moją  uwagę: nic nie przyciągało uwagi! Przyjechałam do wioski, która w zeszłym roku gościła ponad 600 studentów,  a tu jakoś tak pusto. Podwórka nie udekorowane banerami, chaty też nie wskazują na to, które duszpasterstwo wybrało jaki temat, ani żywej duszy na ulicy. Przychodzę do naszej chaty, a ona taka... zwykła! Nie ma już zakonnego wystroju: przypomina zwyczajny pensjonat, jakich pełno w okolicach Zakopanem. Domu szalonych artystów nie przypomina ona tym bardziej.

Coś jeszcze było inaczej niż rok temu...

Ostatnim razem, gdy przyjechałam do Białego Dunajca, nie znałam tam nikogo. Mimo to do dziś nie mogę zapomnieć, jak ciepło zostałam wtedy  przywitana przez grupę ludzi, która już wtedy była na miejscu. Pamiętam, jakby to było wczoraj: weszłam do jadalni razem z Szefem Chaty i Kulturalną (odbierali mnie z autobusu). Podeszła jedna osoba, druga, Jakaś Siostra, kolejna osoba, która później okazała się być Księdzem, w międzyczasie z kuchni wyłonił się jeszcze Ktoś. Wszyscy witali mnie z uśmiechami na ustach, przytulali, pytali jak się jechało. Zupełnie jakby mnie znali.  W tym roku – w chacie prawie pusto. Przywitał mnie Kulturalny (chociaż to pozostało bez zmian), powiedział który pokój jest dla mnie i pomógł mi zanieść tam rzeczy. Weszłam do pokoju, usiadłam na swoim łóżku i po prostu wpatrywałam się w ścianę, ciesząc się ciszą i spokojem. Dziwne uczucie... W zeszłym roku nawet na chwilę posiedzenia nie było czasu!

Rano wyjście na szkolenie. Trasa na Czerwone Wierchy. Rok temu szliśmy tam z wyjątkową ekipą- była to moja ostatnia trasa, najbardziej niezapomniana, z najlepszą atmosferą. Słowem – wspominam ją najlepiej ze wszystkich.  W tym roku widoki wydawały się być mniej porywające (nie zrobiłam ani jednego zdjęcia! Z zeszłego roku mam ich setki!) , ludzie jacyś mniej zabawni (głównie byli to turystyczni z innych chat, więc może to było przyczyną). I tylko zmęczyłam się bardziej, niż w zeszłym roku. Powrót z trasy też zupełnie inny – nie Wariat, tylko autobusem, jak wszyscy Normalni,Zwykli ludzie.
Wróciliśmy do chaty, szybki prysznic i Msza.
W kościele – pustki. Wszyscy znaleźli miejsca w ławkach, nikt nie siedział na podłodze. Msza jak każda inna! Nuuuda!

Kolejnego dnia przyjechała reszta kadry – Ksiądz, Siostra, Szefowa Chaty. Przywieźli ze sobą cały samochód przeróżnych rzeczy. W tedy okazało się, że chata nie dekoruje się sama – robią to ludzie, którzy przyjeżdżają wcześniej. Banery też wywieszane są dopiero na przyjazd uczestników. Niespodzianka, prawda?  Już po paru minutach przekonałam się o jeszcze jednej rzeczy: atmosfera też nie jest „taka jaka jest” przez cały czas – stwarzają ją ludzie, którzy tu przyjeżdżają. 
Gdy było nas już trochę więcej, na ścianach zaczęły pojawiać się obrazy szalonych artystów i koperty na korespondencję, w salonie słychać było rozmowy – wtedy dopiero poczułam, że jestem na TYM BIAŁYM.

Tak więc wniosek: Biały Dunajec to nie miejsce. Biały Dunajec to ludzie!

(Chociaż z administracyjnego punktu widzenia Biały Dunajec to jednak miejsce. Konkretnie wieś podhalańska w Polsce, położona w województwie małopolskim ) ;-) 

Z perspektywy czasu, cieszę się, że pierwszego dnia posiedziałam na tym łóżku. Przez kolejne dwa tygodnie nie było już takiej możliwości. Pobudka, wyjście w góry, obiad, Msza, integracja... Nie było czasu nawet na spanie! Z resztą, podobnie jak rok temu. Przyznam szczerze, że pomimo że jestem strasznym śpiochem, brakowało mi tego przez cały rok akademicki.

Z ludźmi z Przystani góry zaczęły być  ciekawsze i piękniejsze (i zrobiłam kilka zdjęć! A dwa z tego okresu zostały nawet powieszone na mojej Ścianie Najpiękniejszych Wspomnień!), integracja w chacie okazała się być lepsza niż miedzyduszpasterska (jednak trasa z jednym turystycznym to lepsze wyjście niż z 26 turystycznymi - nawet jeśli nie trafi się na Chochołowską) , nie dało się wyjść do sklepu, nie napotykając po drodze przynajmniej kilkunastu osób z Wrocławia, w kościele pełno ludzi – siedzących na podłodze na kurtkach, karimatach, cisnący się w przejściu. I to jest właśnie Biały Dunajec!

I może moje niektóre oczekiwania co do obozu nie zostały spełnione ani w ciągu Dni Zero, ani w żaden kolejny. Ale wydarzyło się sporo „niespodziewajek”, rzeczy które były inaczej, wcale nie były gorsze, wróciłam szczęśliwa i naładowana pozytywną energią. Czy więc jest sens narzekać?

Dziękuję wszystkim którzy byli i tym, którzy Byli. Za trud włożony w organizację (na prawdę, to wszystko nie robi się tam samo!), za tworzenie wspaniałej atmosfery i za najlepsze dwa tygodnie tego roku*!

A po szczegółowe relacje „jak było”, pisane prawie z dnia na dzień, zapraszam na facebookowy profil DA Przystań (Jeśli chcesz go zobaczyć, to kliknij tutaj) .

*Specjalnie nie mówię „życia” - przecież w przyszłym roku w też jest Obóz i będzie jeszcze lepszy ;)  

niedziela, 12 kwietnia 2015

Co wydarzyło się w Krakowie, zostaje w Krakowie

Miniony weekend był… bardzo ciekawym doświadczeniem. Wraz z ekipą z KN BEAN wybraliśmy się na konferencję naukową „Fizyka dla medyka” do Krakowa. Przez wiele dni zastanawiałam się, czy ja właściwie chcę tam jechać. No bo, co fajnego jest w słuchaniu, jak ktoś staje przed Tobą i gada o rzeczach, o których nie masz pojęcia? Poza tym taki wyjazd kosztuje, i ominę wykład (a obiecałam sobie, że w tym semestrze będę na wszystkich), i przecież ja nawet nie znam ludzi, z którymi mam się tam trzymać, no i będzie tam tyle obcych osób… Za jechaniem tam był tylko jeden argument, ale dał radę przebić wszystkie „przeciw” – konferencja była w Krakowie! Od kiedy pierwszy raz obejrzałam film „Nie kłam kochanie”, Kraków stał się dla mnie najpiękniejszym miastem w Polsce, które koniecznie muszę odwiedzić. Do tej pory kilka razy próbowałam się tam wybrać, ale nigdy nie mogłam znaleźć chętnych na taką wycieczkę. A teraz była jedyna, niepowtarzalna okazja i szkoda było z tego nie skorzystać. Więc pojechałam…

Wszystko zaczęło się już w piątek. Najpierw były wykłady, referaty. Muszę przyznać, że były niezwykle interesujące. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo niewiele z nich zrozumiałam. Coś o rezonansie, jakieś protony, nowotwór gruczołu krokowego. Rozróżniałam co najwyżej pojedyncze słowa. Pociesza mnie jedynie fakt, że nie tylko ja tak bardzo nie orientowałam się w temacie! Później wycieczka do PAN. Pokazali nam mnóstwo dziwnych, ważących setki ton machin, wytłumaczyli jak działają. Wieczorem, integracja w kręgielni. Każdy dostał po piwie, za wierszyki i piosenki można było wygrać kolejne. Introwertyczny Koc poznał nawet sporo osób studiujących inżynierię biomedyczną na przeróżnych uczelniach, wymieniliśmy się doświadczeniami. Bardzo byłam z siebie zadowolona mogąc mówić, że studiuję na PWr i widząc zazdrość na ich twarzach. Albo przyznając się, że coś tam programuję, słuchać jak to oni wszyscy mają z tym problem. Wiem, że tak nie powinnam, ale miło mi było chociaż raz po wielu miesiącach, poczuć się w końcu „mądra”. Było znów jak w gimnazjum czy liceum, kiedy ludzie uważali mnie za kogoś, kto zna się na wielu rzeczach i z kim można inteligentnie porozmawiać. Strasznie brakuje mi tego na studiach… Ale wracając. Wśród tylu osób, które poznałam, jeden chłopak szczególnie przykuł moją uwagę. Zabawiał wszystkich w okolicy, podrywał chyba każdą dziewczynę, która się nawinęła. Ani razu nie widziałam go bez grona fanek, chichoczących z jego żartów. Naprawdę przyciągał uwagę i sprawiał, że wszyscy mieli ochotę się z nim poznać.  Nazywali go Yoda – ze względu na jego gabaryty (wzrost dziesięciolatka).  Nie był jakoś szczególnie przystojny, ale wszystkie dziewczyny wręcz koło niego skakały. Uświadomił mi, że najważniejsze w życiu, to akceptować siebie. Jeśli człowiek czuje się dobrze sam ze sobą, to i inni będą się przy nim dobrze czuli. I nich ktoś mi spróbuje wmówić, że wygląd jest najważniejszy!
 
Ponadto okazało się, że totalnie obcy ludzie z koła wcale nie są aż tacy obcy i nawet da się z nimi porozmawiać. Usłyszałam nawet jeden komplement: „fajnie się z tobą pije!” ;D

Kolejnego wieczoru bawiłyśmy się jak damy – i nie chodzi tu wcale o popularny kawał: „Bawimy się jak damy, a jak nie damy to się nie bawimy”! Otóż, mieliśmy bankiet na barce! Eleganckie stroje, kelnerzy, barka zacumowana przy samym Wawelu… Pamiętam jak w zeszłym roku zachwycałam się widząc przepływającą pod mostem barkę, na której ludzie tańczyli, jedli, bawili się płynąc Odrą. A tu miałam okazję doświadczyć czegoś podobnego, tylko że na Wiśle :D

W sobotę rano postanowiłam troszkę pozwiedzać. Wstałam wcześnie i ruszyłam w miasto. Już po 10 minutach spaceru zdarzyło się coś zupełnie nieprawdopodobnego: zaczęłam się uśmiechać. Ale nie tak zwyczajnie, pod nosem. To był prawdziwy uśmiech radości, taki, który sprawia, że człowiek czuje się lekki, że nic innego nie ma znaczenia, że wszystko układa się jak należy. W końcu – byłam w najpiękniejszym mieście w Polsce! I przechadzałam się uliczkami Starego Miasta o poranku! Czy można chcieć coś więcej? Oczywiście milej byłoby spacerować tam z kimś Ważnym, ale tak też było świetnie! Zachwycało mnie wszystko. Wieczorem próbowałam sobie przypomnieć, co właściwie konkretnie wywołało u mnie aż tak pozytywne emocje. Nie mogłam sobie przypomnieć. Podejrzewam, że to po prostu efekt spełnienia prawdziwego marzenia! Do tego byłam z siebie niesamowicie dumna, ponieważ udało mi się pozwiedzać miasto, nie mając zielonego pojęcia jak gdzie trafić. I tylko raz się zgubiłam! No bo kto by pomyślał, że Wawel nie jest na ul. Wawelskiej (odsyłam do google maps).


Pisząc tego posta uświadomiłam sobie jeszcze jedną rzecz. Gdy jeszcze byłam w liceum, na lekcji podstaw przedsiębiorczości mieliśmy napisać swoje CV – „Ja za 10 lat”. Mieliśmy tak zawrzeć to, jakie studia odbyliśmy, gdzie robiliśmy praktyki itd. Napisałam w tedy, że skończyłam inżynierię biomedyczną na AGH w Krakowie i działałam w jednym z kół naukowych (powstrzymam się od reklamy, o które chodzi). W ten weekend to się spełniło: słuchałam wykładów na temat fizyki w medycynie w budynkach AGH, rozmawiałam z ludźmi z tego koła naukowego i można powiedzieć, że z nimi współpracowałam. Udało mi się więc całkowicie nieświadomie i przez przypadek spełnić marzenie, które było dla mnie ważne kilka lat temu, ale później o nim zapomniałam. Właśnie dlatego uważam ten weekend za jeden z najlepszych w moim życiu: spełnione kilka marzeń, poszerzona wiedza, nawiązane nowe znajomości oraz „całkiem przyjemne widoki”  ;-) 

piątek, 23 stycznia 2015

"Clap along if you know what happiness is to you"

        Mój weekend wyjątkowo rozpoczął się już w czwartek. Postanowiłam więc pojechać do domku. Wsiadłam do pociągu i… 1,5h podróży zamieniło się w prawie 3h. Aby powstrzymać wszelkie złośliwe komentarze na PKP dodam, że to nie było tak, że mój pociąg się zepsuł! (Zepsuł się pociąg, który jechał przed naszym i musieliśmy czekać aż go sprzątną, żebyśmy mogli jechać dalej). Z racji tego, że dawno nic nie napisałam, a dość dużo się działo, postanowiłam coś tu skrobnąć.

Pierwsza sprawa – Sylwester. Wiem, że był dość dawno i większość już o nim zapomniała ( albo w ogóle go nie pamięta), ale mi ten dzień utkwił w pamięci. W tym roku postanowiliśmy z M. spędzić go u niego w domu. Pierwsza refleksja, jaka mi przychodzi do głowy w tym temacie: dużo się przez ten rok zmieniło. Na przykład…nauczyliśmy się robić pizzę! Dokładnie rok wcześniej robiliśmy naszą pierwszą i niestety skończyła w śmietniku. Tegoroczna wyszła już na tyle dobra, że zajadali się nią wszyscy!  Już słyszę Wasze myśli typu: „I co, całego Sylwestra spędziliście robiąc pizzę?!”. A nie! Jeszcze graliśmy w „eurobiznes”, WOTa i budowaliśmy czołg z papieru! No fakt, moje zdolności manualne nie przekraczają poziomu klas 1-3 SP i czołg idealnie to udowadnia, ale to nie istotne – frajdę mieliśmy przeogromną! Do tego budowa detonatora do fajerwerków…. Nie sądziłam, że kilka kabelków, bateryjka i żaróweczka mogą sprawić, że uznam, że „może fajerwerki jednak nie są takie złe”!

Kiedyś jadąc tramwajem nasza mnie taka myśl: „Jeśli chcesz wywołać uśmiech na czyjejś twarzy, pomóż mu. Jeśli chcesz wywołać uśmiech na swojej twarzy – pomóż komuś.” Dość zabawna zależność, ale tak jest. Przynajmniej u mnie. Zawsze kiedy zrobię coś dobrego i widzę, że osoba, której w jakiś sposób pomogłam (nie ważne, czy to było coś małego, czy trochę większego) cieszy się, to mi też się chce mordka cieszyć. Ale są też inne sposoby, żeby wywołać uśmiech na mojej twarzy. Pierwszy – ludzie. Zawsze uważałam się, za bardzo aspołecznego Koca. A tu się okazuje, że wystarczy posiedzieć chwilkę ze znajomymi z uczelni i wspólnie uczyć się z biologii, pójść z moją Współlokatorką do Fresha albo skoczyć do Przystani na jutrznię i chwilkę porozmawiać z innymi i już cały dzień wydaje się jakiś taki bardziej kolorowy. I wcale nie musi się dziać nie-wiadomo-co! Wystarczy, że SĄ. Tak więc moja aspołeczność powoli chyba zaczyna zanikać i wychodzę z tej Szklanej Kuli Dla Chomika.

Znalazłam na facebooku wydarzenie dotyczące Słoika Szczęścia. Polega to na tym, że każdego wieczoru wrzucasz tam karteczkę z najfajniejszą rzeczą, jaka Cię danego dnia spotkała. Uświadomiłam sobie, że zazwyczaj to co tam wpisuję jest związane z jakimiś ludźmi! Tak więc chyba nawet Koce potrzebują innych do szczęścia!

Chciałabym jednak wspomnieć o dwóch karteczkach: z niedzieli i z środy.
W niedzielę wydarzyło się coś, za co mogę dziękować mojej kochanej siostrzyczce. A mianowicie: ma ona „przyjaciela”, który zdecydował się pójść z nami na pielgrzymkę. Żeby było przyjemniej, wziął ze sobą bębenek (djembe co do ścisłości, nie ważne). Trochę mu pomarudziłam i zgodził się pouczyć mnie  gry na tym. Było ciężko – poobijane palce, nerwówka, że nie wychodzi tak jak bym chciała, że nie mam poczucia rytmu, że nigdy się tego nie nauczę itd.. W dodatku to były tylko 2 tygodnie. Nie oszukujmy się, przez 2 tygodnie nie da się nauczyć grać! Pielgrzymka się skończyła, a ja postanowiłam kupić sobie bębenek. Tak myślałam o tym, myślałam, aż w końcu przyniósł mi go św. Mikołaj. Bębenek poleżał kilka tygodni pod stolikiem z Blaisem, aż w końcu podjęłam decyzję, że muszę z niego zrobić użytek. I choćbym miała stać się pośmiewiskiem wszystkich – zagram na nim na najbliższej Mszy w Przystani. W gruncie rzeczy znam tylko dwa rytmy, więc za bardzo nie ma co liczyć na to,że, coś mi wyjdzie. A dopasowywanie rytmu to nie jest moja mocna strona. Poszłam na próbę i słucham, co chcą grać. „Chwalcie Pana Niebios, chwalcie go na cytrze”. Idealnie! Jest to ta piosenka, którą Marleny „przyjaciel” męczył mnie przez pół pielgrzymki. Zagrałabym ją w środku nocy! Gram- na początku kiepsko, ale w końcu przypomniałam sobie „jak to leciało”. Msza. Pierwszy raz w życiu siedzę na miejscu scholi. Dziwne uczucie. Do tego dostałam za zadanie granie wstępu razem ze skrzypcami (swoją drogą – bębenek grał pierwsze skrzypce ze skrzypcami - zabawne!) Zaczynamy. Jest jakoś tak – żywo! Po mszy – wszyscy w szoku. Podchodzą, pytają o bębenek, czy gram, jak długo się uczę, że było fajnie, żebym za tydzień też grała…. Coś pięknego! Tego uczucia nigdy nie zapomnę – mój debiut na bębenku. Kto by pomyślał, że jednak Koc, któremu „słoń nadepnął na ucho, i na szczęście okazało się to prawdą” (taki humor z mojego zeszytu z podstawówki) potrafi na czymś zagrać!

A co było na karteczce w środę? Otóż zadzwonił M. i poinformował mnie oficjalnie, że jednak idziemy na jego studniówkę!!! J

Jest jeszcze jedna sprawa, o której chciałam napisać. Wiąże się ona z wydarzeniami z facebooka, Mszą i Maćkiem, a mianowicie: innym wydarzeniem do którego zostałam zaproszona była Nowenna o Dobrego Męża. W skrócie chodzi o to, że przez 9 dni trzeba chodzić na Mszę, czytać fragmenty PŚ i wykonywać różne przemyślenia. „W zamian” za to, dostaje się „od Góry” w przyszłości świetnego męża (no nie do końca tak to wygląda, ale nie ważne). Myślę sobie – co mi szkodzi. Przecież 9 dni to nie aż tak dużo. A w tym była niedziela i Trzech Króli, gdzie tak czy siak trzeba iść… Spróbuję! Było bardzo miło, lekko i przyjemnie…. Do czasu. Nastał taki dzień, że zaczynałam lekcje o 7.30, a kończyłam o 18.35. Nie znalazłam żadnej Mszy, na którą bym wieczorem zdążyła. Musiałam więc iść rano. Po obliczeniach wyszło mi, że musi to być o 6.30 (30’ Mszy + dojście na uczelnię). Z dojściem do kościoła- wyjście z domu o 6:00. Nie ma opcji! Nie będę przecież wstawać o 5 rano tylko po to,żeby pójść na Mszę, na którą nie muszę iść! A poza tym, przecież ta nowenna i tak nie zadziała, i to bez sensu, i w ogóle wracam spać. Zawsze jednak udawało mi się jakoś w ostatniej chwili podnieść z łóżka i ruszyć się. Uważam, że było warto. Po pierwsze – dowiedziałam się bardzo dużo o sobie. Po drugie – o swoim przyszłym Mężu. Po trzecie – miałam okazję być na przepięknej Mszy! Jedna z bardziej emocjonujących, z tych, które miałam okazję doświadczyć. I nawet gdybym jednak miała nie dostać tego „Dobrego Męża”, to tego co przeżyłam już mi nikt nie zabierze! No i polecam wszystkim taką inicjatywę. 9 dni to nie jest dużo, a można doświadczyć czegoś pięknego.

Dzisiejszy wpis jest wyjątkowo długi – przepraszam, tak jakoś wyszło. Dużo się działo, długo nie pisałam, więc troszkę się nagromadziło myśli do przelania.


Na zakończenie dziękuję jeszcze wszystkim tym wspaniałym osobom, które to czytają i  przekazują mi swoje opinie. To bardzo miłe z Waszej strony i jestem za to wdzięczna!