piątek, 23 stycznia 2015

"Clap along if you know what happiness is to you"

        Mój weekend wyjątkowo rozpoczął się już w czwartek. Postanowiłam więc pojechać do domku. Wsiadłam do pociągu i… 1,5h podróży zamieniło się w prawie 3h. Aby powstrzymać wszelkie złośliwe komentarze na PKP dodam, że to nie było tak, że mój pociąg się zepsuł! (Zepsuł się pociąg, który jechał przed naszym i musieliśmy czekać aż go sprzątną, żebyśmy mogli jechać dalej). Z racji tego, że dawno nic nie napisałam, a dość dużo się działo, postanowiłam coś tu skrobnąć.

Pierwsza sprawa – Sylwester. Wiem, że był dość dawno i większość już o nim zapomniała ( albo w ogóle go nie pamięta), ale mi ten dzień utkwił w pamięci. W tym roku postanowiliśmy z M. spędzić go u niego w domu. Pierwsza refleksja, jaka mi przychodzi do głowy w tym temacie: dużo się przez ten rok zmieniło. Na przykład…nauczyliśmy się robić pizzę! Dokładnie rok wcześniej robiliśmy naszą pierwszą i niestety skończyła w śmietniku. Tegoroczna wyszła już na tyle dobra, że zajadali się nią wszyscy!  Już słyszę Wasze myśli typu: „I co, całego Sylwestra spędziliście robiąc pizzę?!”. A nie! Jeszcze graliśmy w „eurobiznes”, WOTa i budowaliśmy czołg z papieru! No fakt, moje zdolności manualne nie przekraczają poziomu klas 1-3 SP i czołg idealnie to udowadnia, ale to nie istotne – frajdę mieliśmy przeogromną! Do tego budowa detonatora do fajerwerków…. Nie sądziłam, że kilka kabelków, bateryjka i żaróweczka mogą sprawić, że uznam, że „może fajerwerki jednak nie są takie złe”!

Kiedyś jadąc tramwajem nasza mnie taka myśl: „Jeśli chcesz wywołać uśmiech na czyjejś twarzy, pomóż mu. Jeśli chcesz wywołać uśmiech na swojej twarzy – pomóż komuś.” Dość zabawna zależność, ale tak jest. Przynajmniej u mnie. Zawsze kiedy zrobię coś dobrego i widzę, że osoba, której w jakiś sposób pomogłam (nie ważne, czy to było coś małego, czy trochę większego) cieszy się, to mi też się chce mordka cieszyć. Ale są też inne sposoby, żeby wywołać uśmiech na mojej twarzy. Pierwszy – ludzie. Zawsze uważałam się, za bardzo aspołecznego Koca. A tu się okazuje, że wystarczy posiedzieć chwilkę ze znajomymi z uczelni i wspólnie uczyć się z biologii, pójść z moją Współlokatorką do Fresha albo skoczyć do Przystani na jutrznię i chwilkę porozmawiać z innymi i już cały dzień wydaje się jakiś taki bardziej kolorowy. I wcale nie musi się dziać nie-wiadomo-co! Wystarczy, że SĄ. Tak więc moja aspołeczność powoli chyba zaczyna zanikać i wychodzę z tej Szklanej Kuli Dla Chomika.

Znalazłam na facebooku wydarzenie dotyczące Słoika Szczęścia. Polega to na tym, że każdego wieczoru wrzucasz tam karteczkę z najfajniejszą rzeczą, jaka Cię danego dnia spotkała. Uświadomiłam sobie, że zazwyczaj to co tam wpisuję jest związane z jakimiś ludźmi! Tak więc chyba nawet Koce potrzebują innych do szczęścia!

Chciałabym jednak wspomnieć o dwóch karteczkach: z niedzieli i z środy.
W niedzielę wydarzyło się coś, za co mogę dziękować mojej kochanej siostrzyczce. A mianowicie: ma ona „przyjaciela”, który zdecydował się pójść z nami na pielgrzymkę. Żeby było przyjemniej, wziął ze sobą bębenek (djembe co do ścisłości, nie ważne). Trochę mu pomarudziłam i zgodził się pouczyć mnie  gry na tym. Było ciężko – poobijane palce, nerwówka, że nie wychodzi tak jak bym chciała, że nie mam poczucia rytmu, że nigdy się tego nie nauczę itd.. W dodatku to były tylko 2 tygodnie. Nie oszukujmy się, przez 2 tygodnie nie da się nauczyć grać! Pielgrzymka się skończyła, a ja postanowiłam kupić sobie bębenek. Tak myślałam o tym, myślałam, aż w końcu przyniósł mi go św. Mikołaj. Bębenek poleżał kilka tygodni pod stolikiem z Blaisem, aż w końcu podjęłam decyzję, że muszę z niego zrobić użytek. I choćbym miała stać się pośmiewiskiem wszystkich – zagram na nim na najbliższej Mszy w Przystani. W gruncie rzeczy znam tylko dwa rytmy, więc za bardzo nie ma co liczyć na to,że, coś mi wyjdzie. A dopasowywanie rytmu to nie jest moja mocna strona. Poszłam na próbę i słucham, co chcą grać. „Chwalcie Pana Niebios, chwalcie go na cytrze”. Idealnie! Jest to ta piosenka, którą Marleny „przyjaciel” męczył mnie przez pół pielgrzymki. Zagrałabym ją w środku nocy! Gram- na początku kiepsko, ale w końcu przypomniałam sobie „jak to leciało”. Msza. Pierwszy raz w życiu siedzę na miejscu scholi. Dziwne uczucie. Do tego dostałam za zadanie granie wstępu razem ze skrzypcami (swoją drogą – bębenek grał pierwsze skrzypce ze skrzypcami - zabawne!) Zaczynamy. Jest jakoś tak – żywo! Po mszy – wszyscy w szoku. Podchodzą, pytają o bębenek, czy gram, jak długo się uczę, że było fajnie, żebym za tydzień też grała…. Coś pięknego! Tego uczucia nigdy nie zapomnę – mój debiut na bębenku. Kto by pomyślał, że jednak Koc, któremu „słoń nadepnął na ucho, i na szczęście okazało się to prawdą” (taki humor z mojego zeszytu z podstawówki) potrafi na czymś zagrać!

A co było na karteczce w środę? Otóż zadzwonił M. i poinformował mnie oficjalnie, że jednak idziemy na jego studniówkę!!! J

Jest jeszcze jedna sprawa, o której chciałam napisać. Wiąże się ona z wydarzeniami z facebooka, Mszą i Maćkiem, a mianowicie: innym wydarzeniem do którego zostałam zaproszona była Nowenna o Dobrego Męża. W skrócie chodzi o to, że przez 9 dni trzeba chodzić na Mszę, czytać fragmenty PŚ i wykonywać różne przemyślenia. „W zamian” za to, dostaje się „od Góry” w przyszłości świetnego męża (no nie do końca tak to wygląda, ale nie ważne). Myślę sobie – co mi szkodzi. Przecież 9 dni to nie aż tak dużo. A w tym była niedziela i Trzech Króli, gdzie tak czy siak trzeba iść… Spróbuję! Było bardzo miło, lekko i przyjemnie…. Do czasu. Nastał taki dzień, że zaczynałam lekcje o 7.30, a kończyłam o 18.35. Nie znalazłam żadnej Mszy, na którą bym wieczorem zdążyła. Musiałam więc iść rano. Po obliczeniach wyszło mi, że musi to być o 6.30 (30’ Mszy + dojście na uczelnię). Z dojściem do kościoła- wyjście z domu o 6:00. Nie ma opcji! Nie będę przecież wstawać o 5 rano tylko po to,żeby pójść na Mszę, na którą nie muszę iść! A poza tym, przecież ta nowenna i tak nie zadziała, i to bez sensu, i w ogóle wracam spać. Zawsze jednak udawało mi się jakoś w ostatniej chwili podnieść z łóżka i ruszyć się. Uważam, że było warto. Po pierwsze – dowiedziałam się bardzo dużo o sobie. Po drugie – o swoim przyszłym Mężu. Po trzecie – miałam okazję być na przepięknej Mszy! Jedna z bardziej emocjonujących, z tych, które miałam okazję doświadczyć. I nawet gdybym jednak miała nie dostać tego „Dobrego Męża”, to tego co przeżyłam już mi nikt nie zabierze! No i polecam wszystkim taką inicjatywę. 9 dni to nie jest dużo, a można doświadczyć czegoś pięknego.

Dzisiejszy wpis jest wyjątkowo długi – przepraszam, tak jakoś wyszło. Dużo się działo, długo nie pisałam, więc troszkę się nagromadziło myśli do przelania.


Na zakończenie dziękuję jeszcze wszystkim tym wspaniałym osobom, które to czytają i  przekazują mi swoje opinie. To bardzo miłe z Waszej strony i jestem za to wdzięczna! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz