Czyżby znowu zbliżały się święta? Za oknem facet sprzedaje świerki ( a nie jak głosi napis "CHOINKI"!), w radio na okrągło "last christmaz aj gejw ju maj hart" i "Snoł is snołing", przed pasażem świeci się choinka ("Mamo,mamo, choinka się pali")... No nie ma niby śniegu, ale i tak już wszyscy wpadli w świąteczny szał. Nawet ja temu trochę uległam. Po pierwsze - kupiłam już wszystkie prezenty! Leżą w pokoju na kanapą i czekają aż ktoś ja zapakuje i wsadzi pod choinkę. Po drugie - stwierdziłam, że w końcu ruszę to leniwe ciało na jakieś rekolekcje. Oczywiście padło na Przystań :-)
Myślę sobie - dawno mnie tam nie było. Pewnie zaraz będę musiała się tłumaczyć, dlaczego nie miałam czasu. Więc tak troszkę chyłkiem, żeby mnie nikt nie widział, cichutko, na paluszkach. Patrzę - człowiek! No tak, zaraz się zacznie. "- Dobrze cię widzieć!". O, nie ma żadnego opierdzielu! Jak miło!
Wchodzę do kaplicy. Mało ludzi. Może coś pomyliłam? Może to nie dziś? Ale nie, wszystko się zgadza. Nawet przyszedł ksiądz. Ze Szczecina! Znaczy, nie że przyszedł ze Szczecina. Stamtąd to pewnie przyjechał. Ale przyszedł do nas. I nawet mu się chciało mówić do tej garstki biednych małych ślimaczków. I to jak mówił! Tak mówił, że aż stwierdziłam, że muszę napisać coś na blogu. Więc szacun dla niego!
Mówił w sumie o wielu ciekawych rzeczach. Na przykład o tym, jak często ludzie zapominają o najważniejszym. Tu pojawiła się historia o kobiecie w rajstopach (mam nadzieję, że ksiądz nie pozwie mnie za przytoczenie jej, ale po prostu jest tak zabawna, że muszę!):
Chodzi ksiądz po kolędzie. Wchodzi do jednego z domów, patrzy, w korytarzu kobieta. Nagle ona łapie się za głowę i krzyczy "O Boże!". Na co ksiądz to samo: "O Boże" - babka w pięknej bluzeczce, rajstopach... i no właśnie, samych rajstopach.
Pani: O Boże, bo ja jeszcze nie gotowa!
Ksiądz: Widzę...
<Pani biegnie do salonu, kładzie obrusik, świeczki, krzyżyk. Dumna z siebie, że tak sprawnie jej poszło>
Pani: No, już!
<Ksiądz patrzy na nią: najpierw patrzy jej głęboko w oczy a następnie schodzi wzrokiem w dół. Kobieta podąża za jego spojrzeniem....>
No i wtedy uświadomiła sobie, że nie założyła spódnicy. Podobno jej mina była bezcenna :-D
No, ale do czego zmierzam. Zapominamy o tym, co jest najważniejsze. Zbliżają się święta: trzeba kupić choinkę, światełka, posprzątać mieszkanie, zamówić karpia, ulepić uszka. W domu cały czas nerwówka.
"Nie tak tą choinkę, bardziej w lewo".
"Gdzie ty tą bombkę wieszasz?! Ładna jest, daj ją tak, żeby było ją widać!"
"Porozklejają się te uszka! Co ja ludziom dam w tedy do jedzenia?"
"Nie!Nie!Nie! Opłatek nie może leżeć na tym talerzyku! Weź tamten!"
"Nie teraz prezenty! Zjedz najpierw, bo wystygnie! Nie po to stoję przy garach cały dzień, żebyśmy jedli zimne!"
Kto z Was nigdy nie słyszał tego typu zdań?
I jak tu czerpać przyjemność z ubierania choinki, prezentów czy świątecznego obżarstwa?
Moja rada: wyluzujmy trochę! Nie zawsze wszystko musi być aż tak idealne.
Już słyszę głosy oburzenia Przystaniowiczów - nie o to chodziło księdzu! Coś jeszcze jest ważniejsze w tym dniu!
Tak, racja. Ale co to jest, każdy powinien odpowiedzieć sobie sam.
Drugi ciekawy aspekt, który poruszył ksiądz podczas rekolekcji to odpowiedź na pytanie: "Dlaczego los mnie tu postawił?".
Bardzo mnie ten temat poruszył. Często się zastanawiamy "Dlaczego MNIE to spotkało?". I narzekamy, i się załamujemy, i jest już tylko gorzej. A może warto zastanowić się "Po co los mnie tu postawił?".
Kiedyś, chyba na pielgrzymce, słyszałam taką rozkminę:
Z Bogiem to nie jest tak, że daje Ci dokładnie to o co prosisz. Jeśli prosisz o siłę, to nie poczujesz nagle jakiegoś mega POWERa, który sprawi że będziesz super hero. Nie. On stworzy Ci sytuację, w której uświadomisz sobie, że jednak masz tą siłę.
Trzeba jednak odpowiednio tą sytuację wykorzystać i uświadomić sobie że "po coś" nas to spotkało.
Chociaż nasuwa mi się tu od razu taki werset: prosiłem Boga o drzewo, dał mi las. Tak więc nie wiem, jak to na prawdę z tym dawaniem jest....
Jedną z rzeczy o jakiej jeszcze mówił ksiądz to piramida wartości. To co in sugerował na pewno było bardzo wzniosłe, piękne i w ogóle. Ale nie czarujmy się - mało kto z nas może powiedzieć, że w jego życiu faktycznie tak to wygląda. Że rodzina jest mniej ważna od prawdy, a uczciwość ważniejsza niż pieniądze. Wiadomo, pięknie by było gdyby tak było, ale jest jak jest... Zmierzam do czegoś innego:
Bardzo często mam taką sytuację... Siedzę nad książkami, bo mam niedługo jakąś tam kartkówkę czy kolokwium. Nagle dostaję wiadomość, czy nie poszłabym jutro do pracy, czy nie udzieliłabym korków. Albo czy nie wyszłabym gdzieś z kimś. Wiem, że nie dam rady zrobić i tego i tego. Dlatego warto wiedzieć, co jest dla mnie ważniejsze: dobra ocena za sprawdzian czy dodatkowe pieniądze? Pieniądze czy spotkanie ze znajomymi? Trzeba umieć w życiu określić, co ma dla nas jaką wartość. Bo po pierwsze - łatwiej nam się w tedy zmobilizować. Bo jeśli wiem, że moje zdrowie jest dla mnie ważniejsze niż przyjemności jakie mogę czerpać ze spotkania z przyjaciółmi, to zmobilizuję się do pójścia na basen, zamiast na piwo.
Nie chcę tu nikomu narzucać, co powinno być najważniejsze! Jedynie radzę zastanowić się, co dla Ciebie jest najważniejsze i być temu wiernym, a nie bycie jak chorągiewka, i to w dodatku bardzo leniwa chorągiewka, która zawsze wybiera to, co najłatwiejsze, a nie to, co najważniejsze!
Dużo ciekawych tematów zostało poruszonych na rekolekcjach. Część zapomniałam, do części miałam zbyt osobiste przemyślenia, żeby je tu opisywać, a do niektórych zbyt złożone, by komukolwiek chciało się to czytać.
Tak już odchodząc od tematu rekolekcji: kilka dni temu usłyszałam od jednej z osób na uczelni, że przeczytała mój wpis. Bardzo mi się miło zrobiło, bo całkowicie jej o to nie podejrzewałam. Szczerze mówiąc, myślałam, że tylko 3 osoby to czytają (i to tylko dlatego, że pojawia się tam coś o nich lub o ich synu ;) ). A tu taka niespodzianka! Tak więc przyznaję - lubię jak mi mówicie, że to czytacie. A jak mówicie, że Wam się podobało - to już w ogóle rosnę o kilka centymetrów (przy moim wzroście to błogosławieństwo!).
A tak jeszcze na poprawę humoru na sam koniec:
Gdy byłam mała bardzo lubiłam piosenkę "Lola lola" zespołu Bajm. Zdarzało mi się dość często ją gdzieś tam śpiewać. Jednak w natłoku otaczającej mnie muzyki zapomniałam o niej. Kilka dni temu na nią trafiłam przez przypadek i uświadomiłam sobie o czym śpiewałam. Troszkę się załamałam ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz