W przerwie pomiędzy obmyślaniem metod chowania zwłok a nie-robieniem projektu (który muszę oddać za 1h i 30 min, a nadal nic w nim nie działa) postanowiłam spisać jakże ambitne przemyślenia z dnia dzisiejszego:
"Grrrrrrrrrrrr!".
I w sumie na tym mogłabym zakończyć. Ale skoro mam tyle nauki, to może jednak się rozpiszę...
Gdy zaczynałam pisać tego bloga wizja była następująca: miałam listę marzeń do spełnienia, realizowałam je krok po kroku i pisałam, jak to wspaniale jest, gdy udaje się zrobić to, o czym się marzy.
Wszystko pięknie, tylko niestety w pewnym momencie, lista przestała być aktualna. Części rzeczy po prostu nie dało się już zrealizować (coś z maturą tam było, a czasu nie cofnę!) , część po tak długim czasie już nie sprawiała mi takiej radości, jak w dniu spisywania listy, a część, jak sobie uświadomiłam, leży poza granicami moich możliwości. Dlatego postanowiłam stworzyć nową listę.
31.12 usiadłam przed komputerem i zaczęłam spisywać. 12 marzeń. Po jednym do spełnienia na każdy miesiąc. Warunek jest jeden - żadnych marzeń, które wymagają czasu. Tylko te, które się spełnia od ręki, po prostu podejmując konkretną decyzję: "Teraz spełnię to marzenie".
Muszę przyznać, że było to jedno z trudniejszych zadań, jakie musiałam wykonać w ostatnim czasie. Pierwsze trzy marzenia poszły gładko. Czwarte - wpadło mi do głowy dopiero po chwili. Nad szóstym zastanawiałam się dobre pół godziny. Mam wrażenie, że dwunaste jest już trochę na siłę. Ale niech będzie. Jeśli wymyśli mi się jakieś lepsze marzenie, to najwyżej je podmienię :)
Rozpoczął się Nowy Rok. Prawie wszyscy mają jakieś postanowienia. Niestety zazwyczaj pojawia problem, kiedy zacząć je realizować?.
Tak w przeciwieństwie do projektów i zadań domowych, postanowiłam zacząć realizować moją listę TERAZ. Wybrałam pierwszą pozycję z mojej listy.
Pomysł może najgenialniejszy nie był. Z perspektywy czasu powiedziałabym nawet, że był głupi. Ale kiedy zaczęłam wszystko planować, zaczął wydawać się najlepszym pomysłem na świecie. Na czym mniej więcej polegał? Zakładał, że Introwertyczny Koc spotka się z jakimś człowiekiem tylko dlatego, że chce, a nie bo musi. Że będzie to jego decyzja - nie czekać, aż ktoś w końcu łaskawie go zaprosi, tylko ruszyć cztery litery i wyjść do ludzi, jak człowiek.
Tak - można teraz zamknąć usta, które otworzyły się Wam ze zdziwienia. Introwertyczny Koc coraz częściej potrzebuje ludzi. Czasem jakichkolwiek, czasem tych konkretnych. Niestety nadal ma charakter jaki ma, dlatego szamocze się na prawo i lewo, żeby wybrnąć jakoś z sytuacji. Zazwyczaj siedzi i czeka, aż ludzie przyjdą do niego. I przychodzą. Ale nie zawsze. Nie zawsze w tedy, kiedy ich potrzeba. Nie zawsze ci, których akurat potrzeba. Stąd też to marzenie... Takie trochę symboliczne. Z nadzieją na poprawę - bo jeśli raz się uda, dlaczego nie miałoby się Kocowi częściej udawać do kogoś wyjść? I w dodatku wszystko tak idealnie pasowało! Pociąg o idealnej porze, idealne połączenie, nawet pogoda zapowiadała się idealna! Jak to zwykle bywa w takich przypadkach - coś musiało się nie udać.
Zaczęło się od wątpliwości. Po usłyszeniu od czwartej czy piątej osoby, że robię to źle, zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno powinnam jechać. W końcu, jechać taki kawał drogi, dla jednej małej przyjemności. W dodatku nie wiadomo, jak to wyjdzie... I dziś dostałam wiadomość - nie mam po co jechać.
Ufff....
Z jednej strony to właśnie to chciałam usłyszeć. Muszę zrezygnować, ale nie z mojej winy. Ot, tak wyszło, zdarza się. A przynajmniej nie będę musiała się zastanawiać, czy powinnam. Los zadecydował za mnie. Super!
No właśnie nie.
Nie wiem jak to jest, ale mimo tych wszystkich wątpliwości, miałam ochotę to zrobić. A może właśnie dzięki nim? To marzenie było tak bardzo do mnie nie podobne, tak irracjonalne, że aż mnie skręcało, żeby je spełnić. Więc kiedy się okazało, że nie mogę go spełnić w ten weekend, no cóż - grrrr!
Co jednak jeszcze ciekawsze, siedzę teraz przed listą marzeń i rozważam skreślenie go i zastąpienie innym. W tym momencie myśl o spełnieniu go, nie cieszy ani trochę. Pomimo, że równie dobrze mogłabym je spełnić w przyszłym tygodniu, za dwa tygodnie, albo nawet za miesiąc.
Jest jednak jeszcze ciekawsza sprawa. Najprawdopodobniej do skreślenia pójdzie też marzenie nr.2. Wątpliwości, jakie miałam przed pierwszym marzeniem sprawiły, że uświadomiłam sobie, że nie jestem w stanie wykonać drugiego. Najzwyczajniej w świecie mnie przerasta.
Zatem plany się troszkę pokomplikowały. Mam dwa nowe marzenia do wymyślenia oraz muszę wykonać jakiekolwiek z tych 12 w tym miesiącu. A czasu coraz mniej... Tak więc jeśli ktoś jest w stanie dostarczyć mi inspiracji, jakie jeszcze mogę mieć marzenia - chętnie posłucham/poczytam! :D
Jedna tylko nauczka na przyszłość. Jeśli będę jeszcze kiedyś układać listę marzeń - nigdy nie wybierać marzenia, do którego spełnienia potrzebujesz drugiej osoby! (Swoją drogą, zabawne. Koc potrzebował jakiejś osoby do szczęścia. Zaczynam się obawiać samej siebie. To nie jest normalne.)
Tak, wiem. Wyszedł post, w którym znowu narzekam. Ale tak to już jest, jak człowiek siedzi cały dzień przed komputerem i nie ma komu pomarudzić, więc marudzi całemu światu :)
Dobra, czas zmarnowany, projekt nie zrobiony i zwłoki nadal nie schowane. Pora skończyć narzekanie i wracać do pracy! :-)
Uff, od razu lepiej jak człowiek sobie ponarzeka!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz