Tak jak już się
żaliłam, spełnienie pierwszego marzenia z listy nie wypaliło. Ale
postanowienie to postanowienie – trzeba było wybrać inne i
zrealizować je przed końcem stycznia. Zatem postanowiłam
spróbować od drugiej strony – stwierdziłam, że zrealizuję
marzenie, które wypisałam jako ostatnie:
„Zrezygnować z
pracy”.
No dobra, może to
nie jest jakiś szczególnie ambitny cel. Szczególnie w porównaniu
z wycieczką na drugi koniec Polski czy zdobyciem Rys. Tym bardziej,
że pracuję tylko raz w tygodniu po dwie godziny, robię to co lubię
robić, szef jest całkiem w porządku, nie mam wrednych
współpracowników... Skąd więc takie marzenie? I po co? Co mi to
da?
Nie wiem.
Myśl o skończeniu
pracy chodziła mi po głowie od ponad roku (jeśli nie dłużej).
Jednak wiecznie brakowało mi odwagi, żeby całkowicie z niej
zrezygnować. W końcu – przecież i tak nie znajdę nic lepszego,
nie jest tutaj aż tak źle, i miliard innych powodów. Jednak ta
myśl ciągle chodziła mi po głowie i postanowiłam mimo wszystko
ją zrealizować. Ot, taka fantazja, żeby udowodnić sobie, że
potrafię.
Przyznaję,
zwolnienie się z pracy jakoś szczególnie mnie nie uszczęśliwiło
(ot, przyjęłam to bez emocji). Może nie było to najtrafniejsze
marzenie. Ale ciąg zbiegów okoliczności, który nastąpił
później... No cóż, dla tego co się wydarzyło, było warto!
Informację o
zakończeniu współpracy wysłałam szefowi w sobotę po południu.
Jeszcze tego samego dnia, kilka godzin później, dostałam maila od
kobiety, odpowiedzialnej za inny rodzaj „pracy”. Chodziło o
spotkanie, na które próbowałam się umówić jeszcze przed
świętami. To spotkanie było dla mnie o tyle ważne, że od wielu
lat myślałam o zabawienie się w coś tego typu i w końcu
nadarzyła się okazja. Gdyby się udało... Byłoby to spełnione
nawet nie tyle marzenie, co Marzenie – tak wielkie, że nawet nie
śmiałam wpisywać go na listę.
Co ciekawe,
odpowiedź dostałam dopiero wtedy, gdy zrezygnowałam z
dotychczasowej pracy.... Czekałam tyle tygodni, a odpowiedź
nadeszła w tym samym dniu... Może i to zbieg okoliczności, ale
dający do myślenia.
Drugi zbieg
okoliczności – spotkanie miało się odbyć w środę wieczorem.
Czyli w godzinach, w których zazwyczaj byłam w pracy.
Prawdopodobnie gdybym pracowała, wahałabym się nad stawieniem się
na spotkaniu – w końcu obowiązki w pierwszej kolejności, dopiero
potem marzenia, które nie wiadomo czy się spełnią. W obecnej
sytuacji – nie było żadnych przeszkód. Idę!
Przyznaję, tak
zestresowana, jak przed tym spotkaniem, nie byłam dawno. Jakby nie
patrzeć, w życiu nie byłam na żadnej rozmowie kwalifikacyjnej,
wolontariaty były załatwiane przez znajomych, którzy mnie w to
wciągali, bez zbędnych formalności, nawet załatwiając promotora
poszłam z koleżanką, która mówiła za mnie wszystko...
Zaczęło się
świetnie. Dostałam adres (bardzo blisko mnie) i wyszłam z domu z
ponad półgodzinnym zapasem. Numer budynku znalazłam dość szybko.
Pomimo deszczu, przez kolejne 20 minut kręciłam się w okolicy,
żeby nie być za wcześnie. W pewnym momencie zauważyłam grupę
ludzi wychodzącą z budynku, przed którym stałam. Gdy drzwi się
otworzyły usłyszałam dźwięk organów. Stałam przed wejściem do
kościoła... A to zdecydowanie nie było miejsce do którego
chciałam trafić! Swoją drogą, co to za pomysł, żeby tyle
różnych miejsc miało ten sam adres?! Nie mogli ponazywać tego 3a,
3b czy jakkolwiek?! Zaczęłam w panice obchodzić budynek, szukając
jakiś innych drzwi, które mogłyby być tymi właściwymi.
Niestety, żadne z nich nie wyglądały na miejsce, do którego
powinnam się udać.
Dochodziła umówiona
godzina spotkania, a ja nadal nie wiedziałam jak tam trafić.
Wyciągnęłam telefon z myślą, że muszę zadzwonić do kobiety, z
którą jestem umówiona i zapytać, gdzie to właściwie jest.
Wybrałam numer,
ułożyłam w głowie co mam powiedzieć, słowo po słowie... i
zakończyłam wybieranie numeru i schowałam telefon do kieszeni.
Następnie znowu go wyciągnęłam, powtórzyłam całą procedurę i
tak ze trzy razy, ciągle licząc, że może jednak znajdę te drzwi.
Wybiła 18:00. Miałam do wyboru: zadzwonić, szukać dalej i przyjść
spóźniona, albo zrezygnować i wrócić do domu. Najbardziej
kusząca była wersja nr 3. W końcu, po co mi to? To tylko
dodatkowe zajęcie, które wezmę sobie na głowę. Nie mam na to
czasu. Wracam do domu się uczyć! I wtedy zrobiłam coś, co jest
zupełnie do mnie nie podobne – zadzwoniłam.
Później już
poszło lekko. Pani uprzejmie wytłumaczyła mi jak tam trafić,
gdy przyszłam, zadała kilka pytań, dała papiery do wypełnienia i zaprosiła do
pozostania na spotkaniu grupy. No cóż, nie sądziłam że to tak
łatwo pójdzie...
Tak więc taki oto
efekt spełnionego marzenia, którym było zrezygnowanie z pracy:
dowaliłam sobie kolejne zajęcie :D
Jestem zadowolona.
Może nawet szczęśliwa. I pomyśleć, że być może to by nie się
nie wydarzyło, gdybym wtedy pojechała na wycieczkę, realizując
inne marzenie. Ah, te zbiegi okoliczności...
Ps. To nie jest tak,
że jestem zadowolona. Ani nawet szczęśliwa. Po prostu od środy
chodzę z bananem na twarzy i jaram się tym ja mało dziecko :D
Lubię spełniać marzenia ^^
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz