piątek, 15 stycznia 2016

Styczeń - pierwsze spełnione marzenie


Tak jak już się żaliłam, spełnienie pierwszego marzenia z listy nie wypaliło. Ale postanowienie to postanowienie – trzeba było wybrać inne i zrealizować je przed końcem stycznia. Zatem postanowiłam spróbować od drugiej strony – stwierdziłam, że zrealizuję marzenie, które wypisałam jako ostatnie:

„Zrezygnować z pracy”.

No dobra, może to nie jest jakiś szczególnie ambitny cel. Szczególnie w porównaniu z wycieczką na drugi koniec Polski czy zdobyciem Rys. Tym bardziej, że pracuję tylko raz w tygodniu po dwie godziny, robię to co lubię robić, szef jest całkiem w porządku, nie mam wrednych współpracowników... Skąd więc takie marzenie? I po co? Co mi to da?

Nie wiem.

Myśl o skończeniu pracy chodziła mi po głowie od ponad roku (jeśli nie dłużej). Jednak wiecznie brakowało mi odwagi, żeby całkowicie z niej zrezygnować. W końcu – przecież i tak nie znajdę nic lepszego, nie jest tutaj aż tak źle, i miliard innych powodów. Jednak ta myśl ciągle chodziła mi po głowie i postanowiłam mimo wszystko ją zrealizować. Ot, taka fantazja, żeby udowodnić sobie, że potrafię.

Przyznaję, zwolnienie się z pracy jakoś szczególnie mnie nie uszczęśliwiło (ot, przyjęłam to bez emocji). Może nie było to najtrafniejsze marzenie. Ale ciąg zbiegów okoliczności, który nastąpił później... No cóż, dla tego co się wydarzyło, było warto!

Informację o zakończeniu współpracy wysłałam szefowi w sobotę po południu. Jeszcze tego samego dnia, kilka godzin później, dostałam maila od kobiety, odpowiedzialnej za inny rodzaj „pracy”. Chodziło o spotkanie, na które próbowałam się umówić jeszcze przed świętami. To spotkanie było dla mnie o tyle ważne, że od wielu lat myślałam o zabawienie się w coś tego typu i w końcu nadarzyła się okazja. Gdyby się udało... Byłoby to spełnione nawet nie tyle marzenie, co Marzenie – tak wielkie, że nawet nie śmiałam wpisywać go na listę.

Co ciekawe, odpowiedź dostałam dopiero wtedy, gdy zrezygnowałam z dotychczasowej pracy.... Czekałam tyle tygodni, a odpowiedź nadeszła w tym samym dniu... Może i to zbieg okoliczności, ale dający do myślenia.
Drugi zbieg okoliczności – spotkanie miało się odbyć w środę wieczorem. Czyli w godzinach, w których zazwyczaj byłam w pracy. Prawdopodobnie gdybym pracowała, wahałabym się nad stawieniem się na spotkaniu – w końcu obowiązki w pierwszej kolejności, dopiero potem marzenia, które nie wiadomo czy się spełnią. W obecnej sytuacji – nie było żadnych przeszkód. Idę!

Przyznaję, tak zestresowana, jak przed tym spotkaniem, nie byłam dawno. Jakby nie patrzeć, w życiu nie byłam na żadnej rozmowie kwalifikacyjnej, wolontariaty były załatwiane przez znajomych, którzy mnie w to wciągali, bez zbędnych formalności, nawet załatwiając promotora poszłam z koleżanką, która mówiła za mnie wszystko... 

Zaczęło się świetnie. Dostałam adres (bardzo blisko mnie) i wyszłam z domu z ponad półgodzinnym zapasem. Numer budynku znalazłam dość szybko. Pomimo deszczu, przez kolejne 20 minut kręciłam się w okolicy, żeby nie być za wcześnie. W pewnym momencie zauważyłam grupę ludzi wychodzącą z budynku, przed którym stałam. Gdy drzwi się otworzyły usłyszałam dźwięk organów. Stałam przed wejściem do kościoła... A to zdecydowanie nie było miejsce do którego chciałam trafić! Swoją drogą, co to za pomysł, żeby tyle różnych miejsc miało ten sam adres?! Nie mogli ponazywać tego 3a, 3b czy jakkolwiek?! Zaczęłam w panice obchodzić budynek, szukając jakiś innych drzwi, które mogłyby być tymi właściwymi. Niestety, żadne z nich nie wyglądały na miejsce, do którego powinnam się udać.
Dochodziła umówiona godzina spotkania, a ja nadal nie wiedziałam jak tam trafić. Wyciągnęłam telefon z myślą, że muszę zadzwonić do kobiety, z którą jestem umówiona i zapytać, gdzie to właściwie jest.
Wybrałam numer, ułożyłam w głowie co mam powiedzieć, słowo po słowie... i zakończyłam wybieranie numeru i schowałam telefon do kieszeni. Następnie znowu go wyciągnęłam, powtórzyłam całą procedurę i tak ze trzy razy, ciągle licząc, że może jednak znajdę te drzwi. Wybiła 18:00. Miałam do wyboru: zadzwonić, szukać dalej i przyjść spóźniona, albo zrezygnować i wrócić do domu. Najbardziej kusząca była wersja nr 3. W końcu, po co mi to? To tylko dodatkowe zajęcie, które wezmę sobie na głowę. Nie mam na to czasu. Wracam do domu się uczyć! I wtedy zrobiłam coś, co jest zupełnie do mnie nie podobne – zadzwoniłam.

Później już poszło lekko. Pani uprzejmie wytłumaczyła mi jak tam trafić, gdy przyszłam, zadała kilka pytań, dała papiery do wypełnienia i zaprosiła do pozostania na spotkaniu grupy. No cóż, nie sądziłam że to tak łatwo pójdzie...

Tak więc taki oto efekt spełnionego marzenia, którym było zrezygnowanie z pracy: dowaliłam sobie kolejne zajęcie :D
Jestem zadowolona. Może nawet szczęśliwa. I pomyśleć, że być może to by nie się nie wydarzyło, gdybym wtedy pojechała na wycieczkę, realizując inne marzenie. Ah, te zbiegi okoliczności...

Ps. To nie jest tak, że jestem zadowolona. Ani nawet szczęśliwa. Po prostu od środy chodzę z bananem na twarzy i jaram się tym ja mało dziecko :D Lubię spełniać marzenia ^^

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz