Co roku już kilka dni wcześniej pakuję plecak, zabieram śpiworek i przygotowuję się psychicznie do przejścia 300 km, aby tylko dotrzeć do Częstochowy. Od chyba 6 lat jest to już taką niepisaną tradycją. W tym roku jednak wyszło tak, że oprócz wymienionego ekwipunku spakowałam jeszcze namiot. Przyszła pora na pożegnanie się z Amarantami (chociaż na szczęście udało mi się przejść z nimi chociaż ten pierwszy dzień) i rozpoczęcie przygody z Czwóreczką.
Co prawda tutaj kilometrów troszkę mniej (według moich obliczeń około 200 km), ale mimo to wszystko przerażało mnie niewyobrażalnie. Współczuję temu biednemu Człowiekowi, który musiał słuchać mojego marudzenia: "Ale ja nigdy nie spałam w namiocie! A jak nie będę umiała go rozłożyć? Przecież ja tam prawie nikogo nie znam! I miałam rok przerwy! A jak nie dam rady? I nie wiem, co mam spakować! I ja się boję. I nigdzie nie idę! Może odpuszczę?".
Oczywiście to, co się wydarzyło na pielgrzymce mógłby ten człowiek podsumować tylko i wyłącznie słowami: "A nie mówiłam?". Namiot okazał się samorozkładający, i nawet nie aż tak niewygodny jak sie obawiałam. Znajomych twarzy zobaczyłam więcej niż na mojej pielgrzymce (chociaż teraz trudno określić, która jest "moja", a która "ta druga"), a jeszcze drugie tyle nowych osób poznałam. Rok przerwy nic nie zmienił - dalej brak pęcherzy czy odcisków - jednak tropiciele, EDK, BD i inne takie zadbały o moją kondycję :) Spakowane może i było trochę za dużo rzeczy, ale na szczęście gdzieś obok zawsze znalazł się jakiś silny mężczyzna, który pomagał przy dźwiganiu torby z ciężarówki ;)
Czy tutaj podobało mi się bardziej niż na mojej? Z bólem serca przyznaję, że tak. Amaranty, wybaczcie... Chociaż może być to efekt tego, że było po prostu zupełnie inaczej, a do swojej pielgrzymki jednak już przywykłam... trudno powiedzieć :)
Co było inaczej?
Po pierwsze - z racji tego, że śpimy w namiotach, dostęp do prądu był zdecydowanie ograniczony. Trzeba było więc ograniczyć pisanie SMSów, wydzwanianie i siedzenie na fb tak, tak, to właśnie było ograniczanie telefonu. Aż strach pomyśleć ile go używam na codzień, prawda? ;) . Oczywiście całkiem z niego zrezygnować nie mogłam. Musiałam przecież mieć kontakt z kimś, komu mogę marudzić. A zadanie tej osoby też nie było łatwe. Przez pierwsze dni musiała wysłuchiwać po kilkanaście razy dziennie: "Nie będę robić żadnych durnych krzyżyków na czole! Nie będę robić z siebie debila! Nie będę się bawić w żaden chrzest pielgrzymkowy! Nie będę spiewać! A już na pewno nie pokazywać! Nie! Żadnej belgijki! Nie będę do nikogo pisać. Nie będę do nikogo się odzywać. Nie będę z nikim rozmawiać!". A to wszystko tylko po to, żeby po kilku dniach usłyszeć: "Tak, dzisiaj zrobiłam aż 6 krzyżyków. I nawet robiłam z siebie debila. I tak, chrzest mi się podobał. Tak, śpiewałam, pokazywałam, i nawet byłam przy mikrofonie. Tak, rozmawiałam z nim. Tak, załatwiłam co miałam załatwić. Taaaaaaaaak, miałaś rację.". Chociaż nie, to ostatnie nigdy by mi przez gardło nie przeszło ;)
Kolejna rzecz, która wyglądała zupełnie inaczej to ludzie. Chociaż może "wyglądała" to w tym wypadku trochę niezgrabne sformułowanie - bo ludzie wyglądali dokładnie tak samo. I tu i tu mieli pęcherze i odciski, a mimo to również i uśmiechy na twarzach. Na obu pielgrzymkach mieli plecaki, na obu śpiewali, na obu narzekali. Zupełnie inne były jednak tworzące się relacje. Tutaj już pierwszego dnia poznałam sporo osób. Chociaż to pewnie przez jasno wydane przez tego, który mnie tam zaciągnął polecenie do jedno z porządkowych: "To jest Gosia, zaopiekuj się nią". Kolega miał trochę obowiązków, więc przekazał mnie pod opiekę kolejnemu. Ten z kolei postawił mnie przed resztą grupy i już wszyscy wiedzieli, że jestem nowa i że trzeba się mną zająć. Nie powiem, było to bardzo miłe. Chociaż duże znaczenie miała również ilość czasu, którą spędzaliśmy wczyscy razem. Bo jednak nie rozstawaliśmy się zaraz po dotarciu do bazy noclegowej, tylko czekał nas jeszcze wspólny spacer w poszukiwaniu prysznica, około godziny "robienia z siebie debili" podczas apelu, później jeszcze rozmowy przed namiotem. Mam wrażenie, że jednak coś takiego bardzo sprzyja nawiązywaniu znajomości. A ludzie do nawiązywania znajomości byli wspaniali! Samo już to, że o większości z nich miałam okazję wcześniej usłyszeć. Część z nich widywałam już kiedyś na zdjęciach. Miałam więc wrażenie, jakbym trafiła do ludzi, których znam. A trafiło się i kilka osób, które już kiedyś poznałam oraz osób, które znałam, a których zupełnie się tam nie spodziewałam i bardzo miło było ich spotkać (a jedną z tych osób nawet i 3 razy!).
Zupełnie inna była też atmosfera na trasie. Ci, którzy mnie chociaż trochę znają wiedzą, że moim ulubionym zajęciem jest nierzucanie się w oczy, siedzenie cichutko jak mysz pod miotłą, i udawanie że mnie nie ma. Tutaj niestety było to niemożliwe. Nie dość, że odnoszę wrażenie, że byliśmy najbardziej charkaterystyczną, najbardziej rozpoznawalną i najgłośniejszą grupą, koło której nie dało się przejść obojętnie, to jeszcze gdy tylko próbowałam chociaż na chwilę wejść do mojej szklanej kuli dla chomika, to od razu ktoś podchodził, chwytał mocno za rękę i siłą z niej wyciągał, lub też przychodził, i tak długo w nią pukał pytaniami "Czy wszystko ok?", aż zrezygnowana sama z niej wychodziłam. Tak więc nauczka na przyszłość - nie zabierać ze sobą szklanej kuli na tą pielgrzymkę.
Zupełnie inne było też "zakończenie" pielgrzymki. Na "mojej" pielgrzymce zawsze zaczynaliśmy od kilkugodzinnego oczekiwania pod Jasną Górą na wejście. Już wtedy człowiek zaczynał mieć dość i zastanawiał się, jak się stamtąd wymknąć. Gdy już wszyscy się wynudzili za wszystkie czasy, wszystkie grupy zostały zaprezentowane, wchodziliśmy do kaplicy, gdzie czekała nas ponad 2-godzinna Msza, na której odsypiało się wszystkie za krótkie noce. W dodatku był to dzień, w którym robiliśmy tylko kilka kilometrów, więc fizycznie nie byliśmy zmęczeni, a jedynie zgrzani, spoceni i martwiący się nad tym, skąd odebrać bagaż zaraz po Mszy. Zatem dochodzilam na tą Jasną Górę i zupełnie zapominałam, dlaczego tu jestem...
Tutaj w dniu wejścia było podobnie. Powiedziałabym nawet, że identycznie.
Na szczęście był jeszcze ten poprzedni dzień. Ostatni nocleg mieliśmy już w Częstochowie. I jakoś tak wyszło, że pomimo zarzekania się że nigdzie nie pójdę, jednak wybrałam się na Apel na Jasną Górę. Ludzi tam nie było jeszcze tak dużo - dosłownie garstka. Wszystko było idealnie widać, nikt się nie przepychał. Było jakoś tak bardziej... intymnie. I zaczęłam się zastanawiać, po co ja tu właściwie przyszłam. Po co zmarnowałam tydzień czasu. Po co wydałam mnóstwo pieniędzy na plastry, bandaże, porządny plecak i buty. Po co lazłam taki kawał, skoro można było wsiąść w pociąg i być tam po 4.5h. Po co to wszystko?
Z jednej strony to wspaniała odskocznia od codzienności. Lubię czasem się wyrwać, gdzieś połazić. Ale przecież równie dobrze mogłam robić te kilometry po okolicznych lasach i wioskach, które są nawet całkiem ładne. Może po to, żeby spędzić ten czas z niektórymi osobami? Fakt, to był jeden z głównych powodów dla których poszłam z tą pielgrzymką, a nie swoją. Ale pójść i tak bym przecież poszła... Po to, żeby odpocząć? Psychicznie na pewno. Fizycznie to trochę wątpliwy odpoczynek. W jakiejś konkretnej intencji, żeby coś się wydarzyło? Nie do końca. Moje intencje co roku dotyczą raczej uporządkowania pewnych spraw, a te same rozmyślania które do tego prowadzą można przecież wykonać w łózeczku, patrząc w sufit. Po co zatem?
Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Po prostu w pielgrzymkach jest COŚ, co nie pozwala mi na nie nie pójść. Jest COŚ, co mnie do nich ciągnie. I czym jest to COŚ wie chyba każdy, kto chociaż raz poszedł. I chociażbym napisała i 3 razy dłuższego posta, to ten kto nie był, i tak nie zrozumie czym jest to COŚ. Bardzo chcesz wiedzieć, co to jest COŚ? Nie pozostaje zatem nic innego, niż samemu spakować plecak i pójść w przyszłym roku :)
Czy coś po tej pielgrzymce się zmieniło? To jest pytanie, które zawsze sobie zadaję po powrocie do domu. Cóż - aureolki jak nie było tak nie ma, skrzydełek też nie czuję. Nie mam potrzeby nabijania kilometrów "bo nogi się przyzwyczaiły i trzeba gdzieś iść". Więc niby wszystko jest jak było. Ale tylko niby. Na każdej pielgrzymce dzieją się rzeczy, które zmuszają do przemyśleń. A po owocach tych przemyśleń, już nic nie jest takie samo... Nie jasno? Tak właśnie ma być. Bo sama nie wiem, co konkretnie jest inaczej. To po prostu kwestia tego małego ludzika, który siedzi gdzieś troszkę powyżej wątroby, i teraz uśmiecha się nieznacznie, kiwa głową i cichutko szepce: "Dobra robota".
I teraz to co najważniejsze: Dziękuję. Po pierwsze tym wszystkim ludkom, którzy w autobusie prawie rok temu! zaczęli mi opowiadać o tej pielgrzymce, i tak długo mnie dręczyli, aż w końcu powiedziałam że pójdę z nimi. Dziękuję tym wszystkim, którzy byli gotowi pomóc z namiotem, z bagażami. Tym, którzy co chwila pukali do mojej szklanej kuli i
![]() |
| Wietrzymy skarpety po cięzkiej trasie ;) |
![]() |
| U celu - wypoczęci i szczęśliwi! |
| Wszyscy mogli się ładnie ubrać, tylko Rakicka jak zwykle nie... |


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz