Od ostatniego posta tutaj minął prawie rok. Nawet nie wiem, kiedy to zleciało! Kiedyś starałam się przelewać dość często swoje myśli na elektroniczny papier. Zawsze mi to pomogało, gdy wokół za dużo się działo. Ostatnimi czasy próbowałam się za to zabrać wiele razy, serio serio. Siadałam przy komputerze, odpalałam bloga, zaczynałam pisać... i po godzinie klikania stwierdzałam, że ten chłam do niczego się nie nadaje i usuwałam wszystko. Dziś postanowiłam, że nie ważne co wyjdzie, na pewno to opublikuję. Więc miłego czytania. No i życzę cierpliwości, bo troszkę wyszłam z wprawy :)
Czytałam ostatnio ciekawy artykulik (artykułem bym tego nie nazwała, ponieważ tekst się skończył szybciej niż kawa, którą zrobiłam przed rozpoczęciem czytania). W każdym razie, dotyczył tego, dlaczego nie wolno popadać w rutynę. Jak pisała autorka, "bunkrujemy się w utartych schematach, a w pewnym momencie
możemy odczuwać, że czegoś nam w życiu brakuje". Mimo że bardzo nie lubię przyznawać innym racji, to jednak tym razem jestem zmuszona to zrobić. Mnie dotknęło to szczególnie mocno w okresie okołoobronowym. Zajęcia się skończyły, wpadła jakaś drobna praca, poza tym - cały dzień wolny! Czego więcej chcieć po 5 latach ciężkiej harówki na Politechnice! Nic bardziej mylnego... Wstawałam rano (6:15, toż to nawet nie rano, a jeszcze noc!), potem dojazdy, 8h z dzieciakami, które czasem potrafiły dać popalić, później powrót i brak sił na cokolwiek, więc drzemka. A od rana znowu to samo... Bycie dorosłym jest straszne! Jak się cieszę, że zaczęłam te dodatkowe studia. Przynajmniej będę mogła oddalić ten straszny wyrok jeszcze o rok.
Gdy zaraz po obronie rozmawiałam z niektórymi osobami, przerażające były reakcje na pytanie: I co teraz? Większość nie ma pomysłu na to, co będzie robić w przeciągu najbliższych kilku lat. Ba! Oni nawet nie wiedzieli, co z nimi w tym tygodniu. Czy jechać na ostatnie w życiu studenckie wakacje? Czy może szukać pracy? A może wrócić do mamusi? Już się boję co będzie gdy mnie to dopadnie. Tym bardziej, że z natury jestem dużo bardziej skłonna do dramatyzowania niż przeciętny człowiek. A więc współczuję najbliższemu otoczeniu.
Drugi poziom rutyny dopał mnie już po obronie. Nie było pracy, nie było nauki, po prostu wróciłam do domu na wakacje. Część z Was wie, że mieszkam w miejscowości, w której zanim dobrze rozprostujesz nogi na spacerze, to kończy się wioska. A za wioskę strach iść, bo podobno grasują tu mordercze szopy pracze. To nie jest śmieszne - one są przerażające. Tak samo jak gołębie. Brrrrr. W każdym razie, zaczęłam sobie szukać zajęć. W pierwszej kolejności padło na oglądanie filmów. Już keidyś obiecałam komuś nadrobienie Marvela, więc od czterech dni trwa u mnie maraton. Ale kiedyś te filmy się skończą... Z racji tego, że nie można cały dzień tylko oglądać filmów, wynajduję sobie też inne zajęcia. Dorwałam domowej biblioteczki książkę "Idealna". Jest tak fascynująca, że przerobiłam ją raptem w dwóch podejściach. Próbowałam chodzić na spacery mimo obawy przed potworami, ale od dwóch dni ciągle pada (swoją drogą, nie potrafię poweidzieć "ciągla pada" bez zaśpiewania tego), a nie mam tu kaloszy ani deszczówki. Z resztą, "gdzie będziesz łazić, w domu siedź, nie masz co robić? To ja ci zaraz znajdę zajęcie". Próbowałam zrobić coś pożytecznego dla swojego życia i napisać jakąś apkę, żeby nie wyjść z wprawy. Ale doszłam do wniosku, że są wakacje i że nie chce mi się nic ambitnego robić. I wtedy wpadło mi do głowy to słowo..... wakacje! Przecież wakacje są po to, żeby jeździć, zwiedzać, podróżować, zdobywać czy jakie tam jeszcze inne dynamiczne czasowniki. Pomyślałam o wybraniu się gdzieś na kilka dni. I w sumie na myśleniu się skończyło.
Wiadomo, że samemu zdobyć świat to żadna frajda. Wystarczy spojrzeć na Napoleona czy jakiegoś innego Aleksandra Wielkiego - nie jechali sami, mieli ze sobą całą hordę ludzi. A więc tak rozpoczęły się poszukiwania osób wystarczająco szalonych, by nie dość że rzucić wszystko na kilka dni i wyrwać się gdzieś na koniec świata, to jeszcze by byli w stanie wytrzymać te kilka dni ze mną. Wiecie jakie to trudne, znaleźć kogoś aż tak odważnego? No więc trwają narazie negocjacje. Na chwilę obecną obawiam się, że może stanąć na super kilkudniowej wycieczce, tylko w ramach kompromisu - beze mnie ;) Zobaczymy, czy coś z tego wyjdzie.
Swoją drogą to straszne, jak bardzo nie potrafimy korzystać z chwili. Każda decyzja musi być po tysiąc razy przemyślana, każdy grosz przeliczony, poza tym to trzeba wziąć urlop, albo najpierw załatwić inne sprawy bo się obiecało, a teraz nie bo rekrutacja, bo sesja, bo nauka, bo zaplanowany wyjazd do ciotecznej babki ciotki mojego kuzyna, do której wcale nie mam ochoty jechać, ale wypada... Rozumiem dorosłych, poważnych ludzi, którzy nie są w stanie się nigdzie wyrwać, bo szef przypiął ich kostkę do ciężkiej, żelaznej kuli i każe im siedzieć w pracy, bo są niezastąpieni. Jasne, prawie każdego z nas kiedyś to czeka. Ale wśród moich znajomych około 75% to osoby, które kilka dni temu skończyły studia (widziałam po fali zdjęć z pracami magisterskimi). Jeszcze nic ich nie trzyma w domu (no chyba że komuś dzieci w domu płaczą, to inna sprawa), a oni mimo wszystko zostają w nim uwięzieni. No dobra, nie powinnam pisać "oni", tylko "my", bo jestem dokładnie taka sama. Tylko że we mnie właśnie coś drgnęło. Odpadł mi chyba kawałek mózgu odpowiedzialny za rozsądne myślenie i teraz najchętniej bym się gdzieś wyrwała, na koniec świata, daleko stąd. Bo jak nie teraz, to kiedy?
Więc apel do wszystkich magistrów-swieżynek: spełniajcie marzenia teraz. Napracować się jeszcze zdążycie. Będziecie mieli dość pracy. A tak, za kilkanaście lat, siedząc w swojej wypaśnej kancelarii czy gabinecie, między jednym a drugim klientem, będziecie mogli spojrzeć za okno i pomyśleć: "Ale w wakacje 2018 to było......".
Poza tym, wracając jeszcze do tego artykułu o którym wspomniałam na początku.... Autorka pokusiła się o wymienienie korzyści, płynących z próbowania nowych rzeczy. Pozwolę sobie je przytoczyć:
1. Radość. "Robiąc rzeczy, których do
tej pory nie mieliśmy okazji, nadajemy każdemu dniu nowy sens i
wyraźniejsze brzmienie, które wzmaga nasz apetyt na kolejne przeżycia.
Stajemy się ciekawi, zainteresowani światem i ludźmi, a także pełni
energii do stawiania czoła nowym wyzwaniom.". A więc jest to idealne rozwiązanie na jesienną chandrę, która czeka nas niebawem. Jak się dobrze rozkręcimy, to może do grudnia tego apetytu i energii nam starczy! Więc nie ma wymówek, że "mi się nie chce". Jak zaczniesz, to się zachce. Przynajmniej w teori.
2. Samorozwój i pewność siebie. Decydowanie się na
podejmowanie nowych aktywności sprawia, że poznajemy siebie.
Doświadczamy własnych reakcji na otaczający nas świat, co sprzyja
samorozwojowi. Mamy wówczas okazję eksplorować siebie i odnajdywać
własną tożsamość, tym samym budując w sobie poczucie własnej wartości i
skuteczności w radzeniu sobie w różnych życiowych sytuacjach. Nic dodać, nic ująć. Gorzej jeżeli ktoś boi się tak bardzo, że nawet nie odważy się spróbować. Takie zamknięte koło. Może jakaś recepta na to?
3. Pokonywanie własnych ograniczeń. Poznanie samego
siebie uwydatnia nam nie tylko nasze zalety wspierające proces budowania
własnej wartości, ale i wskazują nam na nasze ograniczenia. Dzięki
zdaniu sobie z nich sprawy można podjąć próbę ich pokonania, a poprzez
pozytywne przeformułowanie tych ograniczeń, zacząć postrzegać je jako
wyzwania i szansę na nowe doświadczenia, które mogą okazać się dużym
krokiem naprzód. Niestety dla mnie ten punkt i poprzedni znaczą mniej więcej to samo. Ale może to dlatego, że moim największym ograniczeniem jest brak pewności siebie. Chociaż nie raz już udało mi się udowodnić, że na wakacjach przyjmuję maskę zupełnie innej osoby, czasem nawet całkiem dobrze sobie radzącej. Chociaż może to właśnie wtedy spada maska życiowego nieudacznika? Trudno stwierdzić. Myślę, że to zagadnienie na osobne książki ;)
4. Zmiana na lepsze. Zdarza się w naszym życiu, że
tkwimy w miejscu lub sytuacji, która jest dla nas niesprzyjająca lub
niesatysfakcjonująca. Nie staramy się z tym nic zrobić, bo obawiamy się
tego, co może się wydarzyć lub tego, czy decyzje, które podejmiemy będą
dla nas dobre. Stanięcie oko w oko z własnymi odczuciami i podjęcie
działania ku zmianie może wnieść wiele światła w nasze życie. Może być
szansą na jego udoskonalenie poprzez wniesienie czegoś naprawdę
wartościowego lub okazją do wyciągnięcia z tego przeżycia mądrych
wniosków na przyszłość.O tak, to jest chyba to, czego najbardziej bym w tym momencie potrzebowała: bodźca do zmiany sytuacji. Co prawda nie wiem, jak wycieczka mogłaby w tym pomóc, ale może zmiana otoczenia pozwoli na spojrzenie na problemy inaczej?...
5. Nowe znajomości. Wszystko to, o czym pisałam
wcześniej, może zaowocować pojawieniem się nowych przyjaźni i relacji.
Istnieje wówczas szansa na poznanie ludzi, z którymi możemy dzielić
pasje, ale i troski czy lęki. Takie relacje mogą z kolei budować w nas
pewność siebie i wzbogacać nasze życie o kolejne, nowe doświadczenia
nadające mu kolorów. No o to stwierdzenie bym się nie pokusiła, a już na pewno nie w odniesieniu do mnie. Ale może akurat komuś uda się poznać na wakacjach miłość zycia czy coś? Podobno takie historie się zdarzają.
A więc kochani, pakujcie walizki, plecaki, torebki czy kieszenie i róbcie to, na co macie ochotę. Same pozytywne skutki, potwierdzone artykułem z przypadkowego bloga. Czy potrzeba innej zachęty? Jedźcie, bawcie się, spełniajcie marzenia. A jak zobaczę Wasze usmiechnięte twarze na zdjęciach z fasycujnących miejsc, to może i we mnie ruszy się coś na tyle, żebym też w końcu spełniła swoje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz