Większość z Was została już zaspamowana zaproszeniami do polubienia strony. Mojej strony. Część osób pewnie kliknęła bez zastanowienia, bo klika wszystko co inni wysyłają. Inna grupa (stanowiąca większość, bo aż 200 z 250 moich znajomych) zaproszenie zignorowała. Kolejni polajkowali, bo z czymś im się ta nazwa skojarzyła. Ale trzy osoby napisały do mnie z pytaniami: a co to za strona, a po co, a czemu... Ta trójka już wie. Reszcie spieszę z wyjaśnieniami, może wtedy ktoś jeszcze polajkuje!
Już jakiś czas temu zauważyłam, że moja wszelaka aktywność żywi się lajkami. Im więcej było polubień mojego posta, tym bardziej chciało mi się pisać kolejne. A brak odezwy ze strony ludu oznaczał brak weny do pisania.
Długo zastanawiałam się, dlaczego ludzie nie czytają moich postów. Pomysłów było kilka:
- Może to dlatego, że ich nie interesuje moje życie prywatne?
Nieeeeeeee, to na pewno nie to.
- Może te posty są dla nich za długie?
Być może, ale też nie jestem pewna. Przecież czasem wychodzą ciutkę krótsze...
- To może dlatego, że nie wszyscy jeszcze wiedzą o moim blogu?
Tak, to jest sensowne wytłumaczenie! Postanowiłam więc założyć fan-page mojego bloga, gdzie będę stosować techniki marketingu proponowane przez mistrzów "zarabiania w sieci bez wychodzenia z domu", dzięki czemu moja strona zyska na popularności. Dzięki temu z kolei będzie więcej lajków, a ja będę szczęśliwsza.
Albo postanowiłam zostać Januszem biznesu: zdobędę tysiące lajków, później zrobię taki myczek, żeby firmy płaciły mi za umieszczanie reklam na swoim blogu i zostanę milionerką robiąc to, co kocham robić, czyli pisząc posty na bloga.
Albo po prostu lubię fajne cytaty i robienie mini-graficzek polegających na wklejeniu cytatu w obrazek, a kończy mi się miejsce na ścianie, gdzie mogłabym je naklejać, więc niech będą w sieci.
Trudno powiedzieć, który powód jest prawdziwy, możesz sobie któryś wybrać.
Tak więc jeśli ktoś jeszcze chce dać mi mojego lajka, to może to zrobić tutaj: https://www.facebook.com/lendross/
Dobra, to tyle jeśli chodzi o żebranie lajków. Wypadałoby napisać coś mądrego, co by popularność nie spadała. Problem jest taki, że mimo moich usilnych nawoływań do ruszenia się z domu, do zmiany swojego życia, do odkrywania pasji.... jedyne co osiągnęłam to dwupiętrowy dom z najdroższą lodówką (oczywiście w grze The Sims).
Jeśli chodzi o wzbijanie się na szczyty swoich możliwości, to ostatnio byłam na Ślęży. Trzeci raz w życiu. Do tej pory byłam tam tylko w nocy, dochodząc tam z Wrocławia na pieszo. Tym razem za dnia, w dodatku podjeżdżając prawie pod szczyt autem - do przejścia pozostała raptem godzinka, i to najłatwiejszym szlakiem. Pewnie sobie pomyślicie, że strasznie obniżyłam sobie wymagania i spadam na dno... Otóż, nie! Bo pierwszy raz udało mi się pokonać tę trasę w doborowym towarzystwie 5-miesięcznego dzieciaczka :D No dobra, to mamusia targała dziecko na górę, a ja tylko patrzyłam, jak się męczy i szłam sobie z usmiechem na ustach... ale ja i kilkugodzinny pobyt z takim małym dzieckiem to już jest szaleństwo! Na szczęście dziecko nie odniosło chyba żadnego uszczerbku na skutek przebywania ze mną tyle czasu...
Z racji tego, że w tym tygodniu nie byłam na żadnym szczycie, miałam dużo czasu na siedzenie na facebooku i prowadzenie interesujących rozmów z różnymi osobami. W pewnym momencie zeszło troszeczkę na temat przeciętności. Rozmawialiśmy o tym, czy jest sens próbować się za coś brać, na przykład zawodowo, jeżeli jest się w tym co najwyżej przeciętnym... I w związku z tym mam do Was wszystkich pytanie:
Czy przeciętność jest zła?
Jest tak samo blisko dna, jak i szczytu, więc nie wydaje się być aż tak złym miejscem, by z niego cokolwiek zaczynać. Ale z jakiegoś powodu, większość z nas, mówiąc że coś jest przeciętne, ma na myśli "słabe". Wakacje były przeciętne, przeciętnie zarabiam, przeciętnie wyglądam. Przeciętność nie jest czymś, czego byśmy chcieli.
Jednocześnie przeciętność jest całkiem kusząca. Przecież nie każdy z nas musi być maratończykiem, zdobywać Mount Everest, mieć wielki dom na przedmieściach, być dyrektorem dużej firmy. Znaczy się, fajnie by było... ale to wymaga ponadprzeciętnego wysiłku. Więc czy nie lepiej być przeciętnym? Poza tym, i tak żyjesz lepiej niż wiele innych osób na świecie, nie jesteś głodny, biegasz raz w miesiącu, a to lepsze niż nic, wynajmujesz całkiem ładną kawalerkę. I tak już dużo osiągnąłeś. Już jesteś ponad przeciętnością. Czy nie lepiej odpuścić?
Zasadniczy problem z przeciętnością jest taki, że jeżeli uwierzymy że jest dobra, bardzo szybko ściągnie nas ona na samo dno. Nie ma nic złego w tym, że przeciętnie grasz w szachy. Pod warunkiem, że próbujesz ponadprzeciętnie grać w piłkę. Tak - próbujesz. Nie musisz być najlepszy, ale musisz próbować być lepszy niż jesteś. Chodzi o to, by przeciętność Cię nie zadowalała. Żebyś próbował osiągnąć coś więcej. Bo przeciętność to dobre miejsce, by zacząć wspinać się na szczyt. Ale nie jest dobrym miejscem, by tam skończyć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz