poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Wielkanocne Postanowienie

No i nadeszła Wielkanoc, a wraz z nią kres wszystkich Wielkopostnych wyrzeczeń i postanowień. Też odetchnęliście z ulgą?

Doszłam do wniosku, że jednak postanowienia Wielkopostne są prostsze niż te na Nowy Rok - mało komu udaje się wytrwać 365 dni, a te 40 brzmi jakoś tak...... no, prawie realnie do zrobienia. Przecież to tylko miesiąc z kawałkiem, a nie 12 miesięcy. Chociaż czuję się też trochę oszukana - każdego wieczoru zapisywałam, który to już dzień jestem na odwyku i jak się z tym czuję. I okazało się, że ten czterdziestodniowy post trwał u mnie 48 dni. Niby wiem, że niedziel się nie liczy, że Triduum to już nie jest Wielki Post, że coś tam.... ale jakby nie liczyć - wyszło mi pełne 48 dni bez facebooka. To bliżej 50' niż 40'! Takie oszukaństwo!

Gratuluję wszystkim, którym udało się wytrwać w tym, co postanowili. Pozostaje tylko pytanie.... co teraz? Wracać do starych nawyków? Udawać, że Wielki Post trwa nadal? Cóż, ja na szczęście takiego problemu nie mam- na facebooka wróciłam i nie zamierzam znowu z niego rezygnować. Ale współczuję wszystkim, którzy przez 40 dni (48!) odzwyczajali się od słodyczy i zastanawiają się teraz, czy warto rezygnować z tej utraconej wagi dla tabliczki pysznej czekolady, serniczka i kawy z cukrem, czy może jeszcze popościć trochę ;-)

Część osób zauważyła, że przez 40 dni nie było mnie na facebooku. Tak, czasem zapalała się moja ikonka aktywności, ale to zazwyczaj przez wejścia z przyzwyczajenia, gdzie wyłączałam się od razu, gdy mignął mi niebieski kolor. Jednak niektóre nawyki są tak strasznie w nas zakorzenione....

Zacznę od przeproszenia wszystkich, którzy nie wiedzieli, że mnie tam nie ma, a coś ode mnie chceli. W skrzyce znalazłam około 15 wiadomości z nieaktualnymi już prośbami.... Cóż, podejrzewałam, że tak będzie, ale doszłam do wniosku, że gdyby to było coś ważnego, to znaleźlibyście sposób, żeby do mnie dotrzeć. A skoro nie spamowaliście mi skrzynki, to znaczy że daliście sobie radę beze mnie. Brawo! Jak widać, nie ma ludzi niezastąpionych ;-)

Większe brawa należą się jednak tym osobom, które zorientowały się, że mnie nie ma. A największe to tym, którzy się tym przejęli i zaczęli mnie szukać! Chociaż "osobom" to trochę za dużo powiedziane... Tylko jedna z tych wszystkich osób naprawdę przejęła się moim zniknięciem i przez 40 dni dotrzymywała mi towarzystwa wysyłając SMSy ;-) DZIĘ-KU-JĘ!

Szczerze mówiąc, myślałam że spędzam tyle czasu na facebooku, że statystyki używalności spadną Zuckerbergowi tak bardzo, że sam zacznie mnie szukać, dopraszając się o mój powrót. A tu niespodzianka - niektórzy nawet nie zauważyli braku moich polubień, komentarzy i udostępnień. To trochę dołujące, że pomimo tylu "znajomych" jesteśmy tak mało zauważalni w sieci...

Jedna z prowadzących zapytała mnie, co mi właściwie dał ten post od facebooka (tak, PWr, słuchaj i się ucz - na UWr prowadzący pytają o takie rzeczy, jak Twój rozwój, wolny czas i zainteresowania, a nie tylko o budowę i zasadę działania dializatora). Pytanie nie zaskoczyło mnie jakoś wybitnie (znaczy to, że ktoś je zadał wbiło mnie w ziemię, ale sama wcześniej nad tym myślałam), więc miałam już opracowaną odpowiedź. Otóż... czy coś to zmieniło w moim życiu?

Tak.

Na pewno byłam zmuszona częściej wysyłać SMSy niż wiadomości na facebooku. A nie do wszystkich mam numery, więc w praktyce więcej rzeczy musiałam załatwiać face-to-face, zamiast na face-booku. Czy uczyniło mnie to mniej aspołeczną, bardziej otwartą, odważną i zorganizowaną?

Nie.

Wręcz przeciwnie - po prostu nie załatwiałam tych wszystkich spraw, które normalnie bym załatwiła przez facebooka. Ale świat się nie zawalił. Może więc czasem, zamiast się denerwować, że czegoś nie możemy zrobić, warto wrzucić na luz i wszystko, za przeproszeniem, olać? Na prawdę, bez naszego udziału co ma wisieć, będzie wisieć nadal, a co ma utonąć to utonie, nie ważne czy jesteśmy przy tym obecni. Więc po raz kolejny ten sam wniosek - nie jesteśmy aż tak ważni, jak myślimy. Ale spokojnie - post się skończył, więc teraz znowu będę załatwiać sprawy przez Internet.

Drugą niewątpliwą zaletą jest większa ilość wolnego czasu. Na prawdę - nie widać tego, ale facebook pochłania wiele godzin każdego dnia. Jednak i na to znalazłam sposób: znalazłam dwa nowe seriale i odkryłam nonogramy, które pozwoliły mi wyrównać bilans marnowanego czasu. Nadal więc chodziłam niewyspana, zarywając nocki przed komputerem. Magisterka dalej nie skończona. Wszystko więc w normie ;-)

No właśnie... Dlaczego nie można tak po prostu z czegoś zrezygnować? Dlaczego gdy nie korzystamy z facebooka, odpalamy seriale? Dlaczego każdy nałóg czy niezdrowe przyzwyczajenie trzeba zastąpić czymś innym, a nie można po prostu wyrzucić go ze swojego życia?

Podobno to kwestia tego, jaką potrzebę zaspokaja dany nawyk. Wystarczy to rozgryźć, znaleźć mniej szkodliwy sposób zaspokojenia tej potrzeby i ta dam, zły nawy pokonany. Gdyby to było takie proste... ;p

Ale cóż, wróciłam na facebooka, a tam chyba 29 nowych wiadomości i 69 powiadomień. Początkowo ucieszyło mnie, że aż tyle osób o mnie myślało przez ten ponad-miesiąc. Później jednak przeliczyłam, że to nawet nie jedna osoba na dzień. Mało tego - połowa tych wiadomości to konwersacje grupowe, które nawet tak do końca mnie nie dotyczą. Więc nie jestem aż tak popularna, jak myślałam. Chociaż narazie wmawiam sobie, że po prostu przez ten czas więcej osób zrezygnowało z facebooka i dlatego do mnie nie pisali. Albo coś.... ;-)

Tak więc postanowienie wykonane. Czy jest mi z tym jakoś lepiej? Nie sądzę. Czy było warto warto? Nie zmieniło to za wiele w moim zyciu, więc chyba też nie. Mało tego - uświadomiłam sobie, że facebook jest bardziej potrzebny niż myślałam, żeby jakoś funkcjonować, wiedzieć co się dzieje na uczelni, coś wspólnie ustalić... A mimo to, jakoś tak mi lepiej ze świadomością, że MOGĘ to zrobić. Że jestem w stanie wytrzymać bez fejsa,  że nie jest mi on aż tak bardzo potrzebny.

Ale więcej tak głupiego postanowienia chyba nie wybiorę ;-)

Szczególnie, że przez tą wydziwiajkę nie widzieliście zdjęć z rozpoczęcia sezonu wycieczkowego! W zeszłą sobotę byłam zdobyć pierwszy w tym roku szczyt Korony Gór Polskich - Orlicę. A żałujcie, przegapiliście fantastyczne zdjęcia bazi na śniegu. Tak, w Górach Orlickich leży śnieg. Podobno w zeszły weekend na Wielkiej Sowie też leżał. Jeżeli nic się zmieni, to może w najbliższy weekend pojadę zobaczyć, gdzie jeszcze leży. Trzymajcie kciuki! :-D

No dobra, ale w sumie nie odpowiedziałam na pytanie, co mi dało to postanowienie.... Otóż, dzięki niemu mam pomysł na nowe postanowienie, nazwijmy je, Wielkanocne: sprawić, by ludzie odczuli, jeżeli kiedyś jeszcze zniknę z facebooka. Albo lepiej, cytując Tuwima, żyć tak, aby znajomym zrobiło się nudno, gdy umrę. Lub mniej wzniośle - po prostu być bardziej potrzebnym innym ;-) A co z tego wyjdzie, to się okaże. Pewnie jak zazwyczaj, skończy się na postanowieniach ;-)

A teraz pora wracać do jajek, wędzonek i babek - same się nie zjedzą :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz