środa, 12 listopada 2014

Niezwykłe zwykłe rzeczy

I znowu tak troszkę refleksyjnie...

"Jak ten czas szybko leci", prawda? Guzik prawda. On nie leci szybko. On zasuwa z prędkością światła i mija nas, zanim zdążymy się obejrzeć. Najpierw się dziwisz, kiedy minął ten dzień. Później, że już koniec tygodnia, miesiąca. Aż w końcu uświadamiasz sobie, że to minęły już dwa lata... I zastanawiasz się - jak to możliwe? Przecież to było tak niedawno. Przecież wszystko pamiętam tak dokładnie. Przecież to było wczoraj....

Ten weekend upłynął pod znakiem rocznicowym. Mój Najfajniejszy Facet Na Świecie zaprosił mnie do siebie i sprawił, że tą rocznicę zapamiętam na zawsze. 

Zaczęło się całkiem normalnie: przyjechałam, chwilę pogadaliśmy, pocieszyliśmy się, że się widzimy. Jednak już od poranka następnego dnia, zaczęła się zabawa:

Na dobry początek dnia zaczęliśmy od rozwiązywania zadań z fizyki. Nie ma nic lepszego, niż poprzekształcanie kilku wzorów przy śniadanku. Prawdziwa przyjemność dla przyszłego Zdobywcy Nagrody Nobla! Najpierw coś dla ducha, później dla ciała. Wyszliśmy więc na podwórko i ciężko pracowaliśmy. Znaczy On ciężko pracował. Tak ciężko, że aż się zmęczyłam od samego patrzenia! Wiem, że zabrzmi to okropnie, ale dobrze się bawiłam, patrząc jak pracuje. Tak mi się to spodobało, że jeszcze dwa dni później wyciągnęłam go do roboty! Jednak w ramach zemsty, kazał mi ubrać NIEMIECKI mundur. Ale czego się nie robi z miłości... Do tego gównowiaczki....znaczy.... gumowiaczki, czapka moro i 5 rozmiarów za duża kurtka (oj tam, podwinie się rękawy i będzie dobrze). Kazał mi wsiadać do samochodu i wywiózł gdzieś z dala od cywilizacji - jakieś stawy, rzeka, błoto, gryzące komary, chaszcze po kolana, drzewa pocięte przez bobry... Całkowite odludzie! No, z wyjątkiem mnóstwa wędkarzy, ale prawie ich nie było widać w tych śmiesznych moro wdziankach. 

W międzyczasie były jeszcze kręgle. Na początku szło całkiem dobrze - wiedziałam, jak wziąć kulę do ręki. Zasady też okazały się być całkiem proste - po prostu zbij wszystkie pachołki. Łatwizna! Za pierwszym razem udało mi się coś tam strącić, za drugim też (szczęście początkującego?). Nawet zaczęłam z nim wygrywać! I w tedy stało się coś dziwnego.... Prawie wszystkie moje kule zaczęły uciekać na boki, nie zbijając nic. Nie chcę nic sugerować, ale na pewno ktoś tu oszukiwał, bo nie chciał żebym wygrała! Niestety nie udało mi się załapać nikogo na gorącym uczynku, jak steruje moją kulę, więc musiałam przyznać się do porażki. Czyli kolejna gra, w którą z Nim przegrywam. I weź tu z takim w cokolwiek graj, jak i tak wiesz, kto wygra... 

Oczywiście były też inne emocjonujące atrakcje! Na przykład jazda quadem. Szaleństwo: pędząc z prędkością 10km/h, na jedynce, po tak bardzo równej drodze.... Ach ta adrenalina! Szczególnie z perspektywy biernego obserwatora (z mojej perspektywy)! Niestety nie było dane mi również poczuć wiatr we włosach, ponieważ po tych wyczynach On stwierdził, że to zbyt niebezpieczne jak dla mnie. W sumie racja - nawet z rowerem miałam problem. Bo też głupie pomysły! Jakieś linie na boisku, skrzyżowania, rondo - i masz po tym jechać zgodnie z przepisami. I nie najeżdżać na linie. I jeszcze patrz za siebie, czy możesz się włączyć do ruchu! I na rondo wjeżdżaj od tej strony! I uważaj na pasach! Jejku... Od pół roku jeżdżę po Wrocławiu rowerem i nigdy nie musiałam zwracać uwagi na takie drobnostki...

We wtorek był jeszcze basen. Na dobry początek technika pokonała Kocyka - jakiś zegareczek, barierka i wymyśl co tu zrobić, żeby przejść... Na szczęście Uprzejma Pani Z Okienka z uśmiechem (politowania) wyjaśniła, że trzeba to przyłożyć tu i przejść. Później już było fajnie. Zrobiliśmy wyścig kto szybciej przepłynie całą długość basenu, później kto szybciej zjedzie na zjeżdżalni. Oczywiście mogliśmy tego nie robić, bo i tak było wiadomo kto wygra... 

To co ciekawe, Zielona Góra się rozwija. Dwa lata temu, gdy zostaliśmy z ekipą w Bursie, wściekałyśmy się że nigdzie nie ma żadnych otwartych sklepów. Byłyśmy we wszystkich okolicznych i wszystkie były zamknięte. Przed śmiercią głodową uratowały nas dopiero automaty w Bursie. A w tym roku - prawie wszystko otwarte. Z wyjątkiem Burger House'a :( 

Ogólnie podsumowując i reasumując był to jeden z najfajniejszych weekendów w moim życiu. Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek w to wątpił, to rozwiewam wszelkie wątpliwości: mam Najfajniejszego Faceta Na Świecie! W sumie to chyba z nim pobędę jeszcze z rok, żeby zobaczyć, czy w przyszłym roku wymyśli coś jeszcze lepszego na rocznicę :-D 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz