sobota, 7 września 2013

Przypalona woda

5. Spełnione marzenie
Upiec ciasto

Wczorajszy dzień był niesamowity! Byłam w gimnazjum, spotkać się z nauczycielami, których nie widziałam od ponad dwóch lat. Miło jest, gdy przyjeżdżasz gdzieś, gdzie wszyscy Cię pamiętają, uśmiechają się na Twój widok, poświęcają swoją przerwę, żeby porozmawiać z Tobą parę minut. Bardzo mnie to dowartościowało. No i stwierdziłam, że dobrze jest mieć takie miejsce, do którego można wrócić.
Niestety przez tą wycieczkę zmarnowałam sporo czasu i nie zdążyłam zrobić porządnego obiadu. Musiałam wynaleźć coś na szybko. I właśnie to mi przypomniało o innym moim spełnionym marzeniu....

Do robienia czegokolwiek w kuchni miałam zawsze dwie lewe ręce. Mama się śmiała, że nawet wodę potrafię przypalić. W każdym bądź razie, szczytem moich zdolności były kanapki, które i tak nigdy nie były zbyt smaczne. W minione wakacje postanowiłam jednak wziąć się za gotowanie. W sumie to za dużego wyboru nie miałam, bo mama w pracy, a coś jeść trzeba. Zaczynałam od prostych rzeczy - ziemniaczki, mizeria. To, czego nie da się zepsuć. A jednak! Ziemniaki w większości lądowały w misce psa, bo były albo tak przesolone, że nie dało się ich jeść, albo przypalone na kształt małych czarnych kamyczków. Ale nie poddawałam się. Z każdym kolejnym dniem moje obiadki nadawały się coraz bardziej do spożycia. Pod koniec wakacji niektóre nawet bywały dobre!
Jednak obiad nigdy nie był szczytem moich marzeń. Mi się marzyło umieć upiec ciasto! Długo się jednak wzbraniałam przed tym, mając w pamięci historię z bezami. A było to mniej więcej tak:

Moja siostra w kuchni odnajduje się dużo lepiej ode mnie. Często coś tam pichci. Któregoś dnia naszła nas ochota na bezy. Siostra znalazła przepis i wzięłyśmy się do roboty. (tak, tak, postanowiłam jej pomóc, żeby było szybciej). Zrobiłyśmy to śmieszne "ciasto", które wylewa się na blaszkę, porozkładałyśmy malutkie placuszki i wstawiłyśmy do piekarnika. Beze pieką się strasznie długo, więc postanowiłyśmy, że włączymy sobie film, a z jakąś godzinkę zejdziemy sprawdzić, czy z bezami wszystko ok. Po około pół godzinie filmu siostra stwierdziła, że musi zejść na dół po coś do picia. Otworzyła drzwi i..... i na korytarzu zobaczyłyśmy kłęby dymy! Nie jakaś tam strużka - w całym domu było siwo tak, że nie było widać końca wyciągniętej przed siebie ręki! Spanikowane zbiegłyśmy na dół. Okazało się, że piekarnik był ustawiony na maxa, pomimo że do bezów ustawia się go na najniższą temperaturę. Z małych białych pacek, zostały nam małe czarne packi. Do tego cały dom przesiąknięty dymem. Kilka godzin wietrzenia niewiele pomogło. Od tamtej pory postanowiłam nie zbliżać się do piekarnika. 

W ostatnie dni wakacji miał nastąpić przełom. Przeszukałam maminą książkę kucharską w poszukiwaniu ciasta, którego nie da się zepsuć. Znalazłam coś w stylu tzw. Murzynka. Kilkanaście razy sprawdzałam każde zdanie w przepisie, czy aby czegoś nie pomyliłam. Gdy wsadziłam ciasto do piekarnika, cały czas siedziałam przed szybką, patrząc jak rośnie, i czy aby się nie pali. W końcu ciasto się upiekło! I nawet wyszło - skromnie mówiąc - bardzo dobre! Całą blaszkę zjedliśmy na raz!
Byłam bardzo szczęśliwa, że mi się udało. Miło było słyszeć słowa pochwały ze strony bliskich. Tak więc jak widzicie, nawet najbanalniejsze spełnione marzenie może sprawić wielką radość!

No i od tej pory zniknął mój strach przed piekarnikami ;-)

Pamiętacie tą piosenkę? :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz