poniedziałek, 5 maja 2014

Happy birthday to you!

Człowiek "na starość" robi się coraz bardziej sentymentalny ;-)
W zeszłym tygodniu wzięło mnie na wspominki dotyczące moich poprzednich urodzin...

Kilka lat temu (jeszcze w gimnazjum) moja klasa postanowiła zrobić wycieczkę rowerową. Jak to zazwyczaj bywało, pojechali nad jezioro do Świniar. Miało być ognisko, kiełbaski. Jako że był to dzień moich urodzin i czekałam na wujka który miał wpaść na tort, nie mogłam wybrać się z nimi.
Już teraz dobrze nie pamiętam, jak to dokładnie było- czy ktoś zadzwonił, żebym wyszła? A może byłam na podwórku? W każdym bądź razie nagle pod moim oknem zjawiła się cała banda ludzi, i wszyscy śpiewali mi "Sto lat". Było ich słychać w całej wiosce!
Innym razem to ja byłam odpowiedzialna za zorganizowanie ogniska (z racji tego, że mieszkam najbliżej, i najwygodniej mi było podjechać tam wcześniej i wszystko uszykować). Wraz z kolegą uzbieraliśmy suche gałęzie, ustawiliśmy ładny stosik, odgarnęliśmy śmieci po poprzednich obozowiczach.... Nagle dobiegły nas głosy całej zgrai ludzi, dopiero po dłuższej chwili pojawiły się pierwsze rowery. Oprócz pięknie odśpiewanych życzeń, dostałam od nich kilka upominków, w tych furę (dalej model stoi u mnie na półce) , komórę (różowy telefonik) i ... no, niestety nie skórę, ale torcik ze styropianu, z lizakami zamiast świeczek!

Robiąc przegląd wszystkich moich dotychczasowych urodzin uświadomiłam sobie, że ostatnie przyjęcie, imprezę czy jak chcecie to nazwać, robiłam w trzeciej klasie podstawówki! (Pomijam tu urodziny nad jeziorem, których nie organizowałam, a same się zorganizowały dzięki tym wspaniałym ludziom). I jeśli mam być szczera, zatęskniłam na tym. Gdy byłam młodsza zawsze robiłam zaproszenia już miesiąc wcześniej - rysowałam na kartce baloniki, torty, uśmiechnięte buźki i "Serdecznie zapraszałam na przyjęcie urodzinowe". Zawsze przychodziło 4-5 najlepszych przyjaciół, jedliśmy tort, który mama własnoręcznie robiła (zawsze taki jaki chciałam!), było mnóstwo chipsów i innych przekąsek (zazwyczaj u nas w domu takich rzeczy nie było)... Tylko nie pamiętam, co robiliśmy przez te kilka godzin! Chyba po prostu rozmawialiśmy albo graliśmy w jakieś gry, ale i tak zawsze mi się podobało.
Co zabawne, albo raczej smutne, byli to moi najlepsi przyjaciele, a z większością z tych osób nie mam już dziś kontaktu. Wiem, że jeden z nich wyjechał za granicę, ktoś uczy się w jakimś technikum - ale są to tylko puste informacje, dostępne dla wszystkich na facebooku...

Ale do czego zmierzam: zatęskniłam za czymś takim. Pomyślałam, przedyskutowałam ze sobą wszystkie za i przeciw, i postanowiłam zorganizować takie przyjęcie dla przyjaciół tu, we Wrocławiu. Oczywiście nie dałoby rady zrobić tego w dniu moich urodzin, więc spotkaliśmy się kilka dni wcześniej.
Zaprosiłam kilkoro przyjaciół, kupiłam chipsy i krakersy, zamówiłam pizzę - no, wszystko przygotowałam jak należy! Ba, nawet posprzątałam w pokoju! ;-)
Kiedy tak sobie siedzieliśmy i  rozmawialiśmy, uświadomiłam sobie, że jestem szczęśliwa! Że jednak ktoś tam mnie troszkę lubi, skoro zechciał przyjść (chociaż może chodziło o darmową pizzę? ;-) ) . I na prawdę świetnie się bawiłam, chociaż w gruncie rzeczy tylko siedzieliśmy i gadaliśmy.
Dlatego chciałabym tak oficjalnie podziękować bardzo mocno wszystkim, którzy przyszli i tym, którzy nie przyszli, bo nie mogli, na przykład ze względu na (cytuję!) "zapierdol, zapierdol, zapierdol" (przepraszam, ale musiałam przytoczyć ten zacny tekst). Dziękuję! Na prawdę wywołaliście u mnie wiele pozytywnych emocji, sprawiliście, że poczułam się jak w dzieciństwie, i w ogóle jesteście wspaniali!

Ale to jeszcze nie koniec urodzinowych przyjemności! Kilka dni później były moje prawdziwe urodziny, które spędziłam z najbliższymi z najbliższych. I tu również powrót do dzieciństwa - huśtawki, budowanie baz, mnóstwo niezdrowego jedzenia.... Tak więc dziękuję mojej kochanej siostrze i mojemu wspaniałemu chłopakowi za umilenie mi tego dnia, a w właściwie całego weekendu!

No i na koniec, chciałabym się pochwalić jednym szczególnym prezentem... Oczywiście wszystkie były cudowne, ale ten jeden na prawdę zwalił mnie z nóg. Moja młodsza siostrzyczka od kilku tygodni próbuje nauczyć się wyszywać. Postanowiła więc zrobić mi poduszkę z wyszytym na niej Blaisem (to mój pupilek, żółw). Oto rezultat:

Ma młoda talent, prawda? :-)

1 komentarz:

  1. Kiedy napisałaś do mnie zobaczyłam na fb Twoje udostępnienie na temat bloga. Weszłam i zaczęłam czytać. Jak dzisiaj pamiętam ten dzień Twoich urodzin, rowery, sto lat i Twoja mina. Fajne były te czasy, kiedy wiele rzeczy było dużo prostszych. Te dwie kujonki, które siedziały na matmie i robiły zadania do przodu, kiedy inni męczyli się jeszcze z bieżącym tematem. Może kiedyś usiądziemy, otworzymy butelkę czerwonego wina i powspominamy dawne czasy, przestudiujemy to co od tego czasu się zmieniło...

    OdpowiedzUsuń